Gazety, książka i kawa

Gazety, książka i kawa

Jest dobrze. Nie tylko dlatego, że mamy nowy rok, a karnawał – czas szaleństwa i zabawy – przed nami. Jest dobrze, gdyż kolejny rok życia za mną. Jasne, że niektórzy zaczynają popadać z powodu nieubłaganie upływającego czasu w rozpacz. „Boże, jestem rok starszy” – można usłyszeć okrzyk tu i ówdzie. Ale, na pocieszenie, dodam, że – jak mówił mój dziadek – każdy kolejny rok na karku, to więcej oleju w głowie.

Jest jednak dobrze przede wszystkim dlatego, że nowy rok zaczynam od pozbycia się nałogu. Tak, proszę mi wierzyć, rzucam nałóg. Zgoda, że gdyby ktoś mi powiedział jeszcze trzy miesiące temu, iż moje uzależnienie będzie obecnie już tylko wspomnieniem – nie dałbym wiary. Moje życie osobiste i zawodowe, moje myśli i działania, toczyły się przecież pod dyktando mojego uzależnienia. Gotów byłbym więc założyć się o każde pieniądze, że i w 2007 roku nadal nie będę wolny od tego uzależnia. Do tej pory każdy swój dzień zaczynałem przecież tak samo: jak maszyna, która od początku do końca jest zaprogramowana.

Po przebudzeniu natychmiast szedłem do kiosku, kupowałem gazety i zaraz po powrocie oddawałem się ich lekturze. Pochłaniałem ich treść, niczym odkurzacz okruszki ciastek z podłogi. Dzień w dzień. Miesiąc w miesiąc. Rok w rok. Lekturze, obowiązkowo, rzecz jasna, towarzyszyła kawa.

Jeśli ktoś myśli, że porzucenie porannego czytania gazet to owoc mojego mocnego postanowienia noworocznego, pokuty nałożonej przez spowiednika czy braku pieniędzy na ich kupno, myli się bardzo. Przeciwnie, robiłem wszystko, by nic w grafiku mojego poranka się nie zmieniło. Także w nowym roku. Chciałem nadal, zaraz po przebudzeniu, oddawać się lekturze. Kierowała mną przecież ciekawość, co piszczy w trawie polskiej i zagranicznej polityki. W jakim kierunku będą rozwijały się procesy ekonomiczne? Jaki jest stan naszej demokracji? Jaką rolę w globalnym świecie pełni religia? Jednak próba znalezienia choćby zarysu odpowiedzi na powyższe kwestie od jakiegoś czasu w polskich gazetach coraz częściej przypomina marzenia ściętej głowy. Szpalty gazet zapełniają za to informacje, co się jada na salonach, gdzie się obecnie chadza i z kim się najlepiej zabawić. Tyle że jakie to ma znaczenie dla czytelnika, który prócz plotek chciałby także, aby codzienna lektura gazet pomagała mu zrozumieć otaczający świat?

Przyznaję, walczyłem zaciekle, niemal do upadłego, by każdego ranka nadal czytać gazety. Nie chciałem rozstać się z moim nałogiem. Było mi z nim dobrze. Cóż więc takiego się stało? Otóż rodzime dzienniki i tygodniki postanowiły pokazać mi figę z makiem. Już od dłuższego czasu gazety jasno dają do zrozumienia, że nie interesuje ich nałogowy „zjadacz prasy”. Ba, że nie interesuje ich czytelnik, który wymaga od gazety nie tylko informacji, „kto kogo załatwił” albo „kto z kim sypia”, ale chciałby rzetelnego opisu i analizy świata, wydarzeń czy zachodzących procesów politycznych. Zatem, to nie ja siłą swej woli wyleczyłem się z nałogu czytania poważnych i opiniotwórczych polskich gazet. To rodzima prasa skutecznie wyleczyła mnie z konieczności sięgania po nią każdego poranka.

Czy oznacza to, że teraz dołączę do miliona ciemniaków, którzy w Polsce nie czytają żadnej gazety, a więc – ku przerażeniu redaktorów – nie mają zielonego pojęcia o świecie? Nic z tych rzeczy. Pozostają przecież książki. Tych, na szczęście, wydaje się w Polsce dużo. I to bardzo dobrych. Choćby niewielka książeczka Zygmunta Baumana o Pracy, konsumpcjonizmie i nowych ubogich, która ukazała się nakładem jezuickiego wydawnictwa WAM. Chcę więc szczerze podziękować redaktorom i gazetom, że wyleczyły mnie z nałogu czytania ich produktów. W ten oto sposób w nowym roku będę miał dodatkową godzinę na lekturę książek. Oczywiście przy kawie.

Gazety, książka i kawa
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...