Wiara nieochrzczonych

Katechumenat to wspólna podróż kandydatów i ochrzczonych ku Chrystusowi. Mapą w tej podróży jest Pismo Święte. Drogowskazem oficjalny dokument Kościoła noszący nazwę „Obrzędy chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych”.

Przez kilka lat w naszych klasztorach w Poznaniu i na warszawskim Służewie przygotowywałem osoby dorosłe do chrztu. Korzystając z doświadczenia braci, którzy wcześniej prowadzili katechumenat przy naszym krakowskim klasztorze, wraz z grupą świeckich przyjaciół wypracowaliśmy metodę formacji. Z pewnością nie jest to forma jedyna. Jednak, sądząc po owocach, wydaje się, że zdała egzamin.

Kto przychodzi?

Kiedy mówiłem, że zajmuję się katechumenatem, spotykałem się zwykle z reakcją: „O, neokatechumenatem?”. Nieodmiennie odpowiadałem, że ci ludzie nie są jeszcze ochrzczeni. Często rozmówca domyślał się, że to muszą być dzieci dawnych „towarzyszy” (członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, którzy w ten sposób się tytułowali). Jednak spotkałem się w katechumenacie tylko z jedną taką osobą. Kilkoro wyrosło w środowisku świadków Jehowy, inni w rodzinach ateistycznych, ale nie pezetpeerowskich. Pozostali wywodzili się z rodzin religijnie obojętnych. Jakieś wydarzenie w ich życiu sprawiło, że zapragnęli przyjąć chrzest. Najczęściej tym wydarzeniem była – miłość. „Chcę się ochrzcić, bo moja narzeczona jest katoliczką”. Czasami do katechumenatu przyprowadzało ich wieloletnie poszukiwanie w przestrzeni duchowej.

W pierwszej katechezie przedchrzcielnej wygłaszanej w dniu tzw. zapisania imienia kandydata do chrztu św. Cyryl Jerozolimski mówił do kandydatów, że z jakiegokolwiek powodu przyszli, powinni oczyścić swoją intencję. Było to w połowie IV wieku, ale do teraz nic się tutaj nie zmieniło. Okres formacji katechumenalnej polega przede wszystkim na tym, by ci, którzy przyszli z bardzo różnych powodów, decydowali się na przyjęcie sakramentów ze względu na Pana Jezusa i pragnienie wspólnoty z Nim.

Kto przyjmuje?

Od początku byłem przeciwnikiem indywidualnej katechezy, podczas której ksiądz spotyka się z kandydatem do chrztu, wyjaśnia mu coś i zadaje lektury. Indywidualne spotkania są konieczne, ale jako część formacji katechumenalnej. Wtajemniczenie w wiarę nie jest tylko procesem intelektualnym, czysto poznawczym. Jest wprowadzeniem w duchową przestrzeń i w doświadczenie wspólnoty wiary, dlatego od początku zapraszałem ich do wspólnoty, w której znajduje się duchowny, świeccy ochrzczeni i oni, kandydaci.

Wejście w chrześcijaństwo dokonuje się przez sakramenty, a sakrament polega na tym, że człowiek daje człowiekowi więcej, niż sam posiada. To jest zadanie tej grupy, która wprowadza kandydatów do Kościoła. Będę ich odtąd nazywał odpowiedzialnymi.

Dla odpowiedzialnych katechumenat był diakonią, czyli służbą. Ich zadaniem była troska o katechumenów, otoczenie ich opieką: modlitwą, życzliwością, świadectwem wiary i starania się o życie zgodne z ewangelią. Nie oczekiwałem od nich wiedzy teologicznej, lecz właśnie świadectwa, że w tym skomplikowanym świecie można poważnie żyć Bogiem. Jeden z członków diakonii, obecnie mąż i ojciec, powiedział mi niedawno, że dla niego katechumenat był swoistym doświadczeniem Kościoła, jakiego wcześniej nie znał. W centrum uwagi nie był prowadzący grupę ksiądz, tylko kandydaci, a wszyscy pozostali, wraz z księdzem, modlili się za nich i wykonywali swoje zadania zgodnie z darem, który każdy otrzymał.

Drogowskazy

Katechumenat to wspólna podróż kandydatów i ochrzczonych ku Chrystusowi. W podróży potrzebne są mapa i drogowskazy. Mapą jest Pismo Święte. Z nim obcowaliśmy nieustannie. Na jego podstawie odbywały się spotkania. Wymagałem od katechumenów, by przed chrztem przeczytali wszystkie cztery Ewangelie, a w okresie po chrzcie Dzieje Apostolskie i co najmniej jeden list Pawłowy.

Drogowskazem i planem podróży była jeszcze jedna książka: oficjalny dokument Kościoła pod nazwą Obrzędy chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych (Ordo inititationis christianae adultorum, odtąd w skrócie OICA). Trzymaliśmy się tego dokumentu wiernie, modyfikując tylko to, na co sam dokument pozwalał, a i to rzadko.

Elementy formacji

Spotkania katechetyczne odbywały się raz w tygodniu i były obowiązkowe. Podczas nich modliliśmy się i rozmawialiśmy na konkretne tematy. Punktem wyjścia do rozmowy była lektura fragmentów Pisma Świętego. Nie byłem obecny na całym spotkaniu. Rozpoczynałem je, modliliśmy się wspólnie przez dłuższą chwilę, potem wprowadzałem w temat spotkania, zadawałem kilka problemów i pytań pomocniczych i wychodziłem. Wracałem po ustalonym wcześniej czasie (zazwyczaj 45 minutach, czasem dłużej) i słuchałem tego, co grupa mi mówiła, pytań, które zrodziły się w czasie spotkania, odpowiadałem na nie, rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę i spotkanie kończyło się krótką modlitwą i specjalnym błogosławieństwem nad kandydatami, zaczerpniętym z OICA. Dlaczego wybrałem taki sposób postępowania? Szybko odkryłem, że obecność osoby duchownej, zwłaszcza na początku, utrudnia szczerą rozmowę. Katechumeni często się księdza po prostu boją, osoby towarzyszące podświadomie na spotkaniu idą na łatwiznę: skoro jest funkcjonariusz Pana Boga, to dlaczego ja mam się wypowiadać, skoro on wie lepiej i powie to, jak trzeba. Gdybym nie wychodził ze spotkań, nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że jeden z kandydatów mówi: „ten wasz Bóg”, a odpowiedzialni nie mieliby szans dać świadectwa swojej wierze.

Wiara przyszła przez miłość

Wiele dobrych rzeczy otrzymałam od rodziców, dużo uwagi, wsparcia, miłości, wiedzy. Przekazali mi i siostrze wszystko, co mieli, a czegoś mi w życiu brakowało. Mieli – i mają – lewicowe poglądy, stąd o Kościele katolickim „sprzedali” nam swoje złe zdanie. Kończyłam świetne, rozwojowe szkoły, przyjaźniłam się z wieloma ludźmi, podróżowałam po Europie, a poczucie jakiegoś braku towarzyszyło mi codziennie. Szukałam tego „czegoś” w psychologii, którą studiowałam, w buddyzmie, który panował w moim liceum. W sztuce, w muzyce, w filozofii. Wciąż to nie było to.

Muszę przyznać, że Bóg usiłował do mnie przemówić najpierw subtelnie.

Pamiętam gorące modlitwy za wszystkich bliskich, ukryta w łóżku pod kołdrą – żeby rodzice mnie nie wyśmiali. Pamiętam nieopanowane łzy, kiedy niedaleko naszego domu przejeżdżał nasz Papież, a ja odważyłam się jedynie wyjść na górkę, aby Go zobaczyć. Pamiętam homilie o. Michała Zioło, wówczas dominikanina, dla których wymykałam się w niedzielę rano na mszę św. Kościół był dla mnie wówczas zakazanym owocem, pociągającym, ale lęk przed brakiem akceptacji przez rodziców był silniejszy.

Przyszedł w końcu czas znaków wprost. Musiałam wyprowadzić się z domu rodzinnego. Na śmietniku pod nowym mieszkaniem znalazłam Biblię. Zaczęłam ją czytać pierwszy raz w życiu, nie wiem, dlaczego, od Księgi Estery. Rano usłyszałam, że był to 14 dzień miesiąca adar, podczas którego Żydzi świętowali Purim, na pamiątkę wydarzenia, o którym czytałam. Nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić. Pojechałam więc do Poznania, do nowicjatu dominikanów, gdzie był Michał, jedyna osoba związana z Kościołem, której zaufałam. Podał mi rękę.

W tym samym czasie poznałam człowieka, dla którego żywa wiara była podstawą życia. Słuchałam go z zaciekawieniem, opowiadał o rzeczywistości, której moje serce nie znało, a za którą tęskniło. Zaprowadził mnie do kaplicy, gdzie tłukły się po mnie słowa: „Panie, nie jestem godna, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko Słowo…”. Zaprowadził mnie do wspólnoty, w której raczkowałam w wierze. Nie znałam nawet słów wiernych wypowiadanych na mszy św.

Przyszedł czas pierwszych rekolekcji. Nie zrozumiałam nawet połowy słów tam głoszonych. Nie znałam miejsca w sobie, w którym On jest i mówi do mnie.

Z frustracji i wkurzenia na swoją ułomność poprosiłam o wiarę. Jeśli jest Miłością, poprosiłam, aby przyszedł do mnie poprzez miłość. I tak się stało.

Spotkania katechetyczne były zamknięte. Czasem katechumeni chcieli, żeby uczestniczyli w nich także ich katoliccy narzeczeni, jednak po pierwszym roku prowadzenia grupy zrezygnowaliśmy z tego. Ich obecność bowiem rozpraszała i nie pomagała w integracji grupy. Rozmowy często dotykały osobistych doświadczeń uczestników. Trudno mówić o tym wobec osób, które nie weszły do końca w grupę, bo były zbyt skupione na partnerze, który często nie był oparciem dla swej drugiej, nieochrzczonej połowy, bo sam miał płytką wiarę.

Zaradzić temu problemowi miały spotkania niedzielne, które rozpoczynały się mszą św. w kościele. Były one mniej formalne i otwarte dla wszystkich. Poza tym stanowiły szansę powrotu do niedzielnej mszy św. dla tych, którzy właściwie nie praktykowali, zanim ich niewierzący kiedyś narzeczeni weszli do katechumenatu.

Trzecim rodzajem spotkań były wspólne wyjazdy. Co najmniej dwa. Pierwszy, w styczniu, poświęcony był moralności chrześcijańskiej, drugi w tygodniu wielkanocnym, zaraz po chrzcie, obejmował katechezę sakramentalną. To był czas, kiedy można było porozmawiać dłużej, razem coś ugotować, pobyć w kaplicy.

W końcu odbywały się spotkania indywidualne. Starałem się z każdym katechumenem rozmawiać przynajmniej raz w miesiącu i dać mu tyle czasu, żeby mógł swobodnie się wypowiedzieć. Rozmawiali również inni członkowie grupy i choć były to spotkania z założenia koleżeńskie, wyjścia na piwo czy bilard, to i podczas nich działo się coś ważnego. Było to budowanie ludzkiej wspólnoty, przyjaźni, zaufania, przekonania, że chrześcijaninem jest się również przy piwie i na spacerze. I że to nie psuje smaku piwa.

Spotykali się również ze sobą odpowiedzialni. Przynajmniej raz w miesiącu znajdowaliśmy czas na wspólną adorację lub różaniec w intencji katechumenatu, a potem rozmawialiśmy o tym, jak nam idzie, jakie postępy robią kandydaci, jakie mamy odczucia, rozładowywaliśmy napięcia i nieporozumienia między nami, w końcu jedliśmy razem kolację. Uczyliśmy się mówić o katechumenach, także krytycznie, ale z szacunkiem i dyskrecją. Zgodnie z zaleceniem OICA wspólnie podejmowaliśmy decyzję co do dopuszczenia kandydatów do następnego etapu przygotowań.

Etapy formacji

OICA wyróżnia cztery podstawowe etapy formacji katechumenalnej.

Pierwszym jest okres wstępnej ewangelizacji, kiedy to kandydaci są nazywani sympatykami chrześcijaństwa. Ma on ich doprowadzić do przyjęcia Jezusa jako Pana i Boga. Przez ten czas grupa się poznaje. Następuje dobór odpowiedzialnych i katechumenów. Każdy katechumen bowiem ma swojego opiekuna. Katechumen i odpowiedzialny dobierali się sami, na zasadzie ludzkiej sympatii i porozumienia. Żeby uniknąć dodatkowych komplikacji, zazwyczaj odpowiedzialny i kandydat byli tej samej płci. Nie zgadzałem się również, by odpowiedzialnym był życiowy partner, narzeczony czy przyjaciel katechumena.

Podczas spotkań poruszaliśmy takie tematy, jak człowiek, świat, istnienie Boga, Jezus Chrystus. W tym czasie dużą rolę mają odpowiedzialni, bo to na ich świadectwie opiera się katecheza. Właśnie na świadectwie, nie na wiedzy. To czas największej bezradności prowadzących, bo tutaj najlepiej widać, że nic sami z siebie uczynić nie możemy. To już na tym etapie widać zalążki wiary kandydatów i łatwo zrozumieć, że katechumenat nie miałby żadnego sensu, gdyby Bóg sam nie prowadził tych ludzi.

Drugi etap to właściwy katechumenat. Można zostać katechumenem, gdy ma się wiarę w Jezusa jako Pana. W tym najdłuższym okresie katechumeni otrzymują instrukcję dotyczącą podstawowych prawd wiary i moralności chrześcijańskiej. Opieraliśmy się na artykułach wyznania wiary, dekalogu i ośmiu błogosławieństwach. Moralności chrześcijańskiej poświęcaliśmy jeden wyjazd weekendowy. Przyjąłem zasadę, że ten temat omawiają odpowiedzialni, a ja pojawiam się dopiero pod koniec spotkania. Dużo lepiej jest, kiedy choćby o VI przykazaniu mówią zwykli ludzie, a nie „zawodowy chrześcijanin”. Poza tym ksiądz zazwyczaj kojarzony jest z moralizowaniem, a to nie jest korzystne. Odpowiedzialni robili to znakomicie. Z jeszcze jednego istotnego powodu nie zaczynaliśmy od tematyki moralnej – z grzechem jest jak z nałogiem: nie da się go wyleczyć samym napominaniem i obietnicą poprawy, lecz jedynie dzięki radykalnie nowym doświadczeniom. Tych właśnie doświadczeń ma dostarczyć proces wtajemniczania w chrześcijaństwo poprzez katechumenat; w liturgii, modlitwie i ludzkiej wspólnocie.

Jak długo powinien trwać ten okres? To zależy od postępów, które robią katechumeni. Zazwyczaj było to parę miesięcy, ale zdarzało się, że ktoś był katechumenem dwa lata. Nie wydaje mi się, by można było sztywno określić ramy czasowe. Ważna jest również intensywność przygotowania i duchowy wzrost każdego. Trzymaliśmy się zasady, że katechumenat kończy się w pierwszą niedzielę postu poprzedzającego święta wielkanocne, podczas których odbędzie się chrzest. Taka jest najstarsza chrześcijańska tradycja i w innym terminie chrztu nie planowaliśmy. Oczywiście możliwe jest wybranie innego dnia na chrzest, jednak OICA preferuje wigilię paschalną.

Trzeci etap to czas bezpośredniego wybrania do chrztu. Odpowiedzialni musieli wspólnie ze mną podjąć decyzję o dopuszczeniu kandydatów do chrztu bądź odsunięciu jego terminu. Istotne jest, czy kandydaci uporządkowali swoje osobiste życie na tyle, by nie było takiej sytuacji, że zaraz po chrzcie wpadną w grzech ciężki, bo np. żyją w związku, który nie ma szans być sakramentalnym małżeństwem. Musieliśmy to wiedzieć i to było warunkiem dopuszczenia. Samo słowo „wybranie” tłumaczy doskonale, że chrzest i przynależność do Kościoła jest łaską, a nie czymś, co się należy. Etap ten rozpoczyna się obrzędem wybrania w I niedzielę wielkiego postu, a kończy rytem Effata w Wielką Sobotę. Jest to czas intensywnej modlitwy, wielu rytów, dopinania szczegółów, czyli 40–dniowe rekolekcje.

Czwarty etap to okres mystagogii – wprowadzania w sakramenty. Rozpoczyna się chrztem w noc paschalną, a kończy w zależności od potrzeb, jednak nie wcześniej niż po odbyciu pierwszej spowiedzi św., do której oczywiście neofici byli przygotowywani.

Liturgia i modlitwa

Najważniejszym celem katechumenatu nie jest przekazanie pewnej wiedzy religijnej, lecz wprowadzenie w doświadczenie wiary. To samo dotyczy również przygotowywania do bierzmowania osób ochrzczonych w dzieciństwie. Stąd fundamentalna rola modlitwy i liturgii.

Z nieochrzczonymi trudno jest się modlić. Spontaniczna modlitwa nie wychodzi, bo zbyt wiele jest zahamowań. Pacierz trudno jest mówić, skoro Ojcze nasz jest modlitwą, która dopiero zostanie powierzona wybranym do chrztu w uroczystym rycie przekazania Modlitwy Pańskiej, a skoro tak, to aby zachować logikę tego rytuału, nie należy jej odmawiać z nimi wcześniej. Wierzę w Boga również podlega tej samej zasadzie: przez kanoniczny katechumenat wyjaśniamy poszczególne artykuły Credo, w okresie bezpośredniego przygotowania sprawujemy ryt przekazania symbolu wiary (tzw. traditio symboli), a w Wielką Sobotę, przed chrztem w Noc Paschalną, wybrani „oddają” symbol (tzw. redditio symboli), wypowiadając go głośno wobec zgromadzonego Kościoła.

Pozostaje więc odwołanie się do Pisma Świętego i wspólna recytacja psalmów, czytania, modlitwa wiernych ukształtowana na wzór brewiarzowej. Zamiast oracji końcowej był tzw. egzorcyzm mniejszy przed katechezą wzięty z OICA. Wykorzystywaliśmy też polskie pieśni kościelne (Wszystkie nasze dzienne sprawy sprawdziło się doskonale) i kanony z Taizé.

Podczas wyjazdów wystawiałem rano i wieczorem Najświętszy Sakrament i czytaliśmy na zmianę jedną księgę Pisma. Przed chrztem była to Ewangelia św. Marka. Doskonale się sprawdzało tłumaczenie ks. Tomasza Węcławskiego, celowo chropowate i podlegające prawom języka mówionego. Ewangelia podzielona na trzy części służyła nam do modlitwy w sobotę rano i wieczorem oraz w poranek niedzielny. Przy okazji odkryłem, jaką wartość ma przeczytanie całej Ewangelii.

Osobną sprawą było wtajemniczanie w mszę św. Podzieliliśmy je na etapy wyznaczone przez OICA. Po liturgii przyjęcia do katechumenatu, na pierwszym spotkaniu katechetycznym wyjaśniałem obrzędy tej części, która niegdyś nazywała się mszą katechumenów, a teraz tożsama jest z obrzędami wstępnymi i liturgią słowa (z wyłączeniem Credo oraz, jak sama nazwa wskazuje, modlitwy wiernych). To część liturgii, w której katechumen ma pełne prawo uczestniczyć.

Przyjmować życie

Wychowałam się w domu, w którym obowiązywały wszystkie zasady i przykazania, których uczy nas Pan Bóg, ale ateistycznym. Tych zasad uczyli mnie moi wspaniali Rodzice i nie mam do nich żalu, że to nie oni pokazali mi drogę do Pana Boga. Dom był ciepły, kochany, bezpieczny… był właśnie taki, jaki powinien być, ale mnie od początku czegoś albo kogoś brakowało. Nie potrafiłam tego nazwać. W miarę mojego dorastania czułam się coraz bardziej samotnie. Nie potrafię także powiedzieć, skąd wypływała ta samotność. Moja decyzja, aby się ochrzcić, nie przyszła nagle. Nabrzmiewała we mnie. Chodziłam do kościoła, ale czułam się w nim trochę jak obcokrajowiec. Patrzyłam na ludzi i trochę im zazdrościłam, że czują się w świątyni tak swobodnie, tak rodzinnie, że są często zadumani i skupieni. Zazdrościłam im nawet tego zadumania. Moje życie było pasmem niepowodzeń, wielkich grzechów, których wtedy tak boleśnie nie odczuwałam, jak teraz. Z potężną siłą wracają do mnie i uświadamiają mi ich zło. Pewnie te udręki, to ciągłe pytanie: „Dlaczego znów ja”, spowodowały, że zaczęłam szukać drogi do Pana Boga. Nie potrafiłam jednak zabrać się do tego tak, aby urzeczywistnić pragnienie chrztu, pierwszej komunii i bierzmowania. Pomogli mi w tym moi przyjaciele, podali rękę, zrobili ze mną pierwszy, zasadniczy krok. Potem już poszłam sama, trochę po omacku, ale konsekwentnie.

Nauki u ojców dominikanów dały mi bardzo wiele. Przybliżyły ten świat, dla mnie nieznany, nauczyły podstaw, ośmieliły w wierze. Był to dla mnie dobry czas. Czas pełnej mobilizacji, czas poznawania, zbliżenia. Teraz staram się nie zadawać już sobie pytania, dlaczego znów ja, dlaczego jestem sama, dlaczego sama wychowuję dziecko, dlaczego, dlaczego… Uczę się dostrzegać to, co dostaję. Uczę się dziękować za to. Staram się odczytywać wydarzenia w moim życiu jako wskazówki, które mają mnie czegoś nauczyć.

Moje życie jest jak puzzle, które czasem udaje mi się ułożyć w obrazek, ale jest to bardzo trudne. Im więcej poukładanych obrazków, tym bardziej staje się ono czytelne, przejrzyste. Nie potrafię i nie chcę nawet zadawać już sobie pytania, dlaczego jedni mają bardzo źle, a inni tak dobrze. Staram się to przyjmować i pragnę pokonywać trudności, które na swojej drodze napotykam, wierząc, że taki jest plan. Tego uczę się teraz. Kiedyś bardzo się nad sobą rozczulałam, teraz też mi to się zdarza, ale nie czuję się już tak bardzo samotnie, jak to było przed chrztem.

(osoba 50–letnia, 6 lat po przyjęciu chrztu)

***

Starożytny Kościół po zakończeniu kazania modlił się nad katechumenami i odsyłał ich. Nie mieli prawa uczestniczyć w dalszej części mszy. Skąd taki przepis? Była to praktyka niemówienia kandydatom niczego o sakramentach, zanim się ich udzieli, a o Ojcze nasz czy Credo, zanim się je przekaże w rycie liturgicznym. Renesansowi badacze starożytności chrześcijańskiej nazwali ją disciplina arcani. Wynikała z przekonania, że są rzeczy, których nie można duchowo zrozumieć, stojąc na zewnątrz, a czysto intelektualne poznanie na nic się nie przyda. Jest to zresztą zgodne ze starotestamentalną tradycją. Izrael to lud prowadzony przez Boga według zasady NAASE WE NISZMA – „zrobimy i (wtedy) usłyszymy (tzn. zrozumiemy)”. By naprawdę zrozumieć, trzeba wejść do środka.

Przyjąłem tę samą zasadę i nie wyjaśniałem niczego z liturgii, zanim kandydat nie uzyskał „prawa” do niej. Stąd dokładnie tłumaczyłem mszę katechumenów; reszty, czyli dawniejszej mszy wiernych, już nie. OICA, zgodnie z najstarszą tradycją, zaleca odesłanie katechumenów, a jeśli z jakiegoś powodu zostają, nie powinni uczestniczyć na sposób wierzących. Nie stosowaliśmy odesłania katechumenów, choć jest to znak wyjątkowo mocny, z dwu powodów. Przede wszystkim część z nich regularnie chodziła na msze św. dużo wcześniej, zanim zdecydowali się prosić o chrzest. Pamiętam chłopaka, który przez okres szkoły średniej chodził na katechezę, miał z religii szóstkę, często był na mszy, a nikt nie wiedział nawet, że nie był ochrzczony. Trudno komuś takiemu mówić: teraz nie będziesz mógł uczestniczyć w drugiej części. Po drugie, trzeba mieć co zrobić z tymi ludźmi, kiedy reszta grupy jest na mszy. Wybraliśmy więc drugi wariant. Katechumeni pozostawali w kościele, ale nie uczestniczyli w liturgii tak samo jak inni. OICA nie precyzuje, co to znaczy: „nie uczestniczyć na sposób wierzących”. Przyjęliśmy zasadę, że będzie to obecność milczącej adoracji, przy zachowaniu tych samych postaw ciała, co wierni. Dopiero po liturgii paschalnej, w czasie której otrzymali chrzest, bierzmowanie i eucharystię (pod dwiema postaciami oczywiście), tłumaczyłem po kolei wszystkie ryty i ich znaczenie.

Ryty i obrzędy katechumenatu

Przyjęliśmy zasadę, że wszystkie rytuały katechumenatu odbywają się publicznie, w kościele, podczas mszy św. Po pierwsze, to wprowadza wszystkie nauki w szersze doświadczenie Kościoła i każe przełamać wstyd. Po drugie, ludziom ochrzczonym przychodzącym do kościoła daje sposobność poważnego pomyślenia o własnej wierze.

Ryt wprowadzenia w katechumenat. Podczas mszy po kazaniu kandydaci stają przed ołtarzem wraz z tymi, którzy za nich ręczą (w tej roli występują zazwyczaj odpowiedzialni), wyznają swoją wiarę i zostają naznaczeni krzyżem na całym ciele. OICA przewiduje różne wersje tego rytu. Wybraliśmy taki sposób, że celebrans znaczył krzyżem czoło wybranych, a resztę ciała, oczy, uszy, plecy, pierś, naznaczali poręczający, celebrans wygłaszał tylko odpowiednią formułę. Następnie wręczał katechumenowi krzyż i Pismo Święte.

Szczególnie ważne są ryty okresu wybrania, ściśle połączone z poszczególnymi dniami wielkiego postu, zwłaszcza z niedzielami. W pierwszą niedzielę postu dokonuje się obrzęd wybrania. Wtedy po raz pierwszy występują publicznie rodzice chrzestni, których rola jest całkiem odmienna niż przy chrzcie dzieci. Chrzestni dorosłych według OICA mają im towarzyszyć przed chrztem, nie zaś po nim. Idealnie byłoby, gdyby chrzestnym zostawał dotychczasowy opiekun katechumena – i czasem to się udawało – ale nic na siłę. Jeśli wybrany do chrztu chciał mieć kogoś innego, była na to zgoda, choć z każdym kandydatem na chrzestnego rozmawiałem i sam podejmowałem ostateczną decyzję. Musiał to być poważnie praktykujący chrześcijanin. W dniu wybrania dopuszczeni do chrztu podczas mszy świętej zapisywali własnoręcznie swoje imiona w księdze chrztów. Jak mówi Apokalipsa 21,27: „A nic nieczystego do niego (miasta Bożego) nie wejdzie ani ten, co popełnia ohydę i kłamstwo, lecz tylko zapisani w księdze życia Baranka”.

Największy cud

Kiedyś byłem zagorzałym wrogiem Pana Jezusa, Kościoła i Jana Pawła II. Od czterech lat jestem chrześcijaninem, jednak nie umiem powiedzieć, co sprawiło, że moje serce zaczęło bić dla Pana Boga. Jest to dla mnie największy cud, który Bóg mi uczynił. Pierwszą świadomą obecność Pana Boga poczułem, mając dwadzieścia pięć lat. Z okazji ukończenia studiów rodzice sprezentowali mi wycieczkę objazdową do Włoch. Pamiętam, jak denerwowała mnie wizyta na placu św. Piotra. Jednak gdy Papież przejechał w swoim papamobile tuż obok mnie, nagle się rozpłakałem. Krótko potem odwiedziliśmy Asyż i św. Franciszka, a na końcu Monte Cassino i św. Benedykta. Pamiętam, że wróciłem z tej wycieczki poruszony życiem świętych ludzi. Zastanawiałem się, jak można całe życie poświęcić Bogu.

Gdy miałem dwadzieścia siedem lat, przyjaciółka z lat dzieciństwa zaproponowała mi udział w spotkaniu osób przygotowujących się do chrztu świętego. Nie wiedziałem, jak jej odmówić. Postanowiłem pójść na dwa spotkania i powiedzieć po nich, że to nie jest dla mnie. Pierwszy raz miałem okazję rozmawiać z zakonnikiem i przyjrzeć się jemu. Ja, zagorzały wróg Kościoła, siedzę w kaplicy i próbuję rozmawiać o Panu Bogu. Było to dla mnie niewytłumaczalne przeżycie. Moi znajomi martwili się, kiedy im opowiadałem o tym, i zastanawiali się, co mnie skłoniło do tego. Kilka tygodni później doznałem wstrząśnienia mózgu. W tym czasie odkryłem w sobie nieodpartą potrzebę czytania Pisma Świętego.

Świadectwa osób, które przychodziły na spotkania katechumenatu, a także sposób dzielenia się wiarą ojców prowadzących wpłynęły na chęć zmiany dotychczasowego życia. Bóg stał się dla mnie realną Osobą, dla której warto żyć i starać się życiem potwierdzać tę gotowość. W ciągu krótkiego czasu postawiłem swoje życie na nogi. Wyprowadziłem się od dziewczyny, z którą mieszkałem. Zrezygnowałem z absorbujących zajęć na studiach. Więcej czasu mogłem poświęcić moim, mocno już starszym i potrzebującym pomocy, rodzicom. W końcu zrozumiałem, że nie chcę już żyć bez Pana Boga. Okres katechumenatu i przede wszystkim przyjęte sakramenty zaczęły kiełkować w sercu. Rozpoczęła się też droga do podporządkowania wszystkiego Panu Jezusowi. Pierwsze spowiedzi święte (niełatwo jest mówić o swoich ciemnościach komuś, kto nigdy w życiu tego nie robił) i przyjmowanie Pana Jezusa podczas eucharystii sprawiało, że zostałem utwierdzony w postanowieniu chęci przylgnięcia do Niego.

(osoba 30–letnia, 4 lata po przyjęciu chrztu)

***

Następnym etapem są skrutynia. Połączone są treściowo z czytaniami III, IV i V niedzieli wielkiego postu roku A i nawet gdy wypada rok B lub C, bierze się wtedy te czytania (zresztą post jest okresem, kiedy zawsze można stosować czytania roku A). Słowo pochodzi od łacińskiego scrutare – przenikać. Skrutynium jest uroczystym egzorcyzmem, modlitwą błagalną do Boga, by przeniknął serce kandydata poznaniem i skruchą, modlitwą za wybranego do chrztu, aby otworzył się na łaskę (łaska to nic innego jak miłość Boga, który działa), która ma być mu dana w chrzcie, by poznał i uznał swoją grzeszność i to, że Boga nieskończenie potrzebuje. To bardzo ważne, gdyż kandydaci nie spowiadają się przed chrztem (nieochrzczony nie może przyjąć żadnego innego sakramentu) ani nie mają obowiązku wyznawania swoich grzechów. Na to naciskałem bardzo mocno, wolność sumienia jest istotną sprawą. Inna rzecz, że znaliśmy się już tak dobrze, że podstawowe problemy moralne kandydatów zazwyczaj były wiadome. Mimo to w skrutyniach powierzaliśmy wybranych Bogu, który jeden zna tajniki serca, i z pokorą wobec Niego i wobec kandydatów usuwaliśmy się w cień, by On sam działał i nawracał, a nie my.

Dwoma istotnymi rytami czasu wybrania są przekazanie oraz oddanie Symbolu i przekazanie Modlitwy Pańskiej. Również one odbywały się podczas mszy, w dzień powszedni. Jest coś pięknego, kiedy wszyscy obecni w kościele mówią Wierzę w Boga wobec wybranych, powierzając im skarb, który zawarty jest w tych słowach. Przekazanie Modlitwy Pańskiej to powierzenie sercom wybranych tajemnicy modlitwy, intymnego, jedynego stosunku do Ojca, który ma Chrystus, a przez Niego każdy wierzący. Homilia w te dwa dni była komentarzem do tych tekstów.

W Wielką Sobotę wieczorem, zaraz przed rozpoczęciem liturgii Zmartwychwstania, wybrani publicznie wobec Kościoła recytowali po raz pierwszy to samo wyznanie wiary, na znak wspólnoty z ochrzczonymi. Modlitwy Pańskiej natomiast się w ten sposób nie oddaje. Po oddaniu symbolu następował ostatni rytuał: kapłan dotykał ust każdego wybranego i mówił: „Effata”, jak Pan uzdrawiający niemego w Ewangelii. Effata znaczy „otwórz się”, otwórz na to, co stanie się za chwilę, a co zostanie ci wytłumaczone, kiedy już tego doświadczysz. Otwórz się na Boga, który tajemniczo stanie się Panem twojego serca, twojego życia. Potem gasły światła, kończyła się Wielka Sobota i zaczynaliśmy Wigilię Paschalną, pierwszą liturgię Wielkanocy, najważniejszą noc w roku dla chrześcijanina.

Liturgia sakramentów

Prawo kanoniczne stanowi, że kiedy chrzci się dorosłego, od razu udziela się mu również bierzmowania i Eucharystii. Kapłan, który chrzci, udziela zatem też bierzmowania. Ta jedność trzech sakramentów jest ważna i tylko w wyjątkowych sytuacjach OICA pozwala na rozłączenie ich i udzielenie bierzmowania później. Czasami słyszałem zarzut, że w ten sposób nie podkreśla się łączności neofity z biskupem, ale Kościoły wschodnie (także katolickie), które bierzmują dzieci w jednym rycie wraz z chrztem, nie mają takiego problemu. Ważne jest nie, kto namaścił, lecz kto konsekrował krzyżmo – robi to biskup podczas mszy krzyżma w Wielki Czwartek, gdy staje przed ołtarzem razem ze wszystkimi prezbiterami swojej diecezji. Sakramenty powinny być sprawowane w tej wspólnocie Kościoła, która do chrztu przygotowywała. Metropolita poznański, arcybiskup Gądecki rozwiązał ten problem, przekazując za moim pośrednictwem osobisty i ciepły list do każdego nowo ochrzczonego, własnoręcznie podpisany.

Do praktycznej strony sakramentów kandydaci nie byli przygotowywani wcale. Chrzestni mieli ich prowadzić, mówić do ucha, co mają odpowiedzieć. Po chrzcie ubierali ich w długie alby, świece chrzcielne były z prawdziwego wosku, pięknie przybrane. Staraliśmy się uniknąć we wszystkim kiczu i tandety. Religijność nie może się z nimi kojarzyć. Po Wigilii paschalnej było święto do rana. Pierwsze w życiu neofitów wielkanocne śniadanie, święconka (był koszyczek), rozmowy, goście. To też ważne.

Okres neoficki i mistagogia

Mistagogia to wprowadzenie w tajemnice. Są nimi sakramenty Kościoła. Nie tłumaczyłem ich wcześniej, dlatego wyjazd w pierwszy weekend po Wielkanocy był im poświęcony w całości. Krok za krokiem, wzorując się na św. Ambrożym i Cyrylu, komentowałem ryty, mówiłem, co znaczą. Zaraz potem opowiadałem o mszy i jej znaczeniu.

Czas wielkanocny był poświęcony pozostałym sakramentom. Mówiliśmy o spowiedzi, rachunku sumienia, o rozeznawaniu duchowym. Znów o modlitwie i o wszystkim tym, co składa się na chrześcijańską codzienność. Okres formacji kończy się najpóźniej z chwilą celebrowania pierwszej spowiedzi neofitów. Przygotowanie do niej jest najtrudniejszym i najbardziej delikatnym zadaniem diakonii katechumenalnej.

Co dalej?

Potem zaś następuje życie codzienne i wybory. Część katechumenów idzie swoją drogą, czasem pojawiają się, żeby opowiedzieć, jak żyją, czasem spotykam ich stojących w kolejce do konfesjonału. Z niektórymi kontakt się zupełnie kończy, znikają. Nie można nikogo zmusić, żeby przychodził. Inni pozostają w katechumenacie jako odpowiedzialni.

Pewne jest, że nie można ich zostawić samym sobie po chrzcie. To największe zaniedbanie, które można popełnić. Człowiek po chrzcie jest najczęściej gorliwy, ale też bardzo kruchy. Odzywają się demony przeszłości. Potrzebuje wsparcia duchowego i ludzkiego. Wiele raz słyszałem od neofitów, że gdyby nie było spotkań po chrzcie, odpłynęliby gdzieś, nic by się nie zmieniło. Tutaj procentują relacje nawiązane w okresie przygotowania. Byłem świadkiem sytuacji, gdy ludzie wcześniej całkiem sobie obcy po chrzcie się wzajemnie wspierali, remontowali mieszkania, byli ze sobą w trudnych momentach. Dobrym pomysłem jest trzymanie adresów, e–maili, telefonów byłych katechumenów i zapraszanie ich przynajmniej na ważne momenty w życiu nowego katechumenatu. Oni są znakiem dla tych, którzy przyszli, ale też i sami otrzymują umocnienie. Podróż w wierze dopiero się zaczęła.

Wiara nieochrzczonych
Tomasz Kwiecień

były dominikanin....