Christiania czeka na chrystianizację

Christiania czeka na chrystianizację

Goethe mówił, że jeśli chce się poznać myśliciela, należy poznać jego ojczyznę. Wydaje mi się, że lepiej zrozumiałem Sørena Kierkegaarda, gdy odwiedziłem Danię. Kierkegaard krytykował współczesne sobie oficjalne chrześcijaństwo, zredukowane do moralizmu i pozbawione pierwiastka nadprzyrodzonego. Religię bez pasji i żaru, bez bojaźni i drżenia. Nie widział w niej gotowości na przyjęcie cierpienia, egzystencjalnego napięcia towarzyszącego wyborom duchowym i etycznym. Drażniła go rutyna, schematyzm i banalizowanie orędzia zbawczego, co przywodziło mu na myśl apokaliptyczną letniość.

Moi polscy znajomi, od lat mieszkający w Danii, opowiadali mi, że znakomicie rozumieją Kierkegaarda, którego ostrze krytyki wymierzone było w państwowy luteranizm i sojusz tronu z ołtarzem. Tamtejszy Kościół bowiem stał się instytucją państwową, a pastorzy urzędnikami ds. kultu i moralności. Protestancka Dania była bodajże jedynym krajem na świecie, którego kodeks karny cytował dosłownie całe passusy Starego Testamentu. W tej sytuacji każde złamanie norm chrześcijańskich stawało się automatycznie wykroczeniem przeciwko prawu. Takie utożsamienie grzechu z przestępstwem spowodowało, że kiedy w XX wieku doszło do gwałtownej sekularyzacji i niektóre czyny, jak np. bluźnierstwo czy homoseksualizm, przestały być w świetle obowiązującego prawa przestępstwami, to automatycznie w świadomości większości Duńczyków przestały być także grzechami. Mogłem się o tym przekonać podczas spotkań w Kopenhadze, gdy moi rozmówcy mieli duże kłopoty ze zrozumieniem w ogóle pojęcia grzechu. Jeżeli coś zostało usankcjonowane przez prawo, jak np. aborcja czy pornografia, to tym samym – argumentowali – nie może to być uważane za grzech.

W stolicy Danii postanowiłem odwiedzić Christianię – słynną dzielnicę, której mieszkańcy postanowili zbuntować się przeciwko temu, co kilka pokoleń wstecz tak bardzo mierziło Kierkegaarda: przeciw drobnomieszczańskiemu, pełnemu hipokryzji, a zarazem moralizującemu społeczeństwu. Bunt ten miał oczywiście inne korzenie niż w przypadku prekursora egzystencjalizmu – wyrastał na gruncie kontrkultury, z ruchu hippisów, fenomenu dzieci kwiatów. W ciągu trzech dni odbyłem kilkanaście długich rozmów z weteranami Christianii, którzy mieszkają tam już od dwudziestu, trzydziestu lat. Z owych spotkań z antropolożką Irmą, architektem Klausem, reżyserem Nilsem, aktorką Brittą, moderatorem społecznym Dietlevem oraz innymi bardzo sympatycznymi osobami wyłonił się paradoksalny obraz.

Kiedy na początku lat 70. zasiedlali opuszczone koszary na terenie Christianii, głosili, że tworzą społeczeństwo przyszłości, enklawę ekspresji, spontaniczności i twórczości w morzu norm, rutyny i przewidywalności. Odrzucali życie, w którym szczytem marzeń jest święty spokój i domek z ogródkiem. Byli młodzi i rzucali w twarz wyzwanie zramolałemu, stetryczałemu społeczeństwu. Gdy rozmawiam z nimi teraz, widzę przed sobą ludzi, którzy sami ulegli drobnomieszczańskiemu modelowi. Też marzą o spokojnym życiu, mają domki z ogródkami, a ich dzieci – jak opowiadali mi Nils i Britta – uciekają z Christianii, bo nie widzą tu dla siebie przyszłości.

Oglądamy wspólnie archiwalne nagrania sprzed trzydziestu lat dokumentujące pionierski, heroiczny okres Christianii: bitwy z policją, happeningi, zasiedlanie pustostanów. Moi rozmówcy z tęsknotą wzdychają do tamtych czasów: „Gdyby znów udało się przywrócić ducha prawdziwej Christianii”, kiwają ze smutkiem głowami. Minął już jednak etap charyzmy i utopii, mit założycielski wygasł, samo zaś miejsce przyciąga jedynie siłą inercji i coraz bardziej wyblakłej legendy.

Spacerując po tej dziwnej dzielnicy, zastanawiam się nad fenomenem chrześcijaństwa, którego od dwóch tysięcy lat nie zdołała zabić rutyna, nie popadło w schematyzm i nie wypaliło się od środka, bo zawsze, niemal w każdym pokoleniu pojawiali się wciąż nowi wyznawcy, pełni pasji i żaru, którzy odnawiali je od wewnątrz, nadając mu blasku i świeżości. Komunizmowi starczyło tej pasji zaledwie na kilkadziesiąt lat – jego upadek był już właściwie przesądzony, gdy sami komuniści przestali w niego wierzyć.

Tak sobie rozmyślając, chodzę po Christianii i szukam w niej jakichkolwiek śladów religii. Jedyny budynek sakralny stanowi buddyjska pagoda, ale – jak informują mnie miejscowi – nie służy ona jako miejsce kultu. Rozmowy z mieszkańcami dzielnicy upewniają mnie, że są oni otwarci na przekaz duchowy, gotowi na przyjęcie prawdy, spragnieni czegoś, co nada ich życiu wyższy sens – być może są nawet o wiele bardziej chłonni niż uczestniczący w „wyścigu szczurów” ludzie spoza tej enklawy – ale nikt nigdy nie przyszedł do nich z chrześcijańskim orędziem. Nikt nie opowiadał im z mocą o Jezusie Chrystusie, który może wkroczyć w ich życie tu i teraz. Nie pojawił się, niestety, po stu pięćdziesięciu latach żaden nowy Søren Kierkegaard.

Christiania czeka na chrystianizację
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...