Bezpieczny powrót do niskości

Bezpieczny powrót do niskości

Szanowny Lwie,

on rzeczywiście był gotów zabić o tej porze.

– Mordy – wskazywał kciukiem siedzących pod płóciennym daszkiem ludzi w kapeluszach – żują, mlaszczą, gul, gul, gul, opróżniają szklanice. Ich miny ambasadorów wypowiadających wojnę, gdy oceniają surowo, czy suto polana oliwą z pierwszego tłoczenia chrupiąca sałata dostatecznie wysoko wznosi się nad złoty pasek salaterki. Do tego biorą, te przechrzty, po solidnym kawałku sera o brudnostopym smaku. Jest pora na rzodkiewkę, biorą rzodkiewkę, ale te delikatnisie zamawiają tylko tę ciętą na krzyż i wrzucaną do zimnej wody, żeby się otworzyła i wypróżniła z ostrości. I żeby to już było wszystko, ale nie, jeszcze świeże masło, po dwie, trzy kulki na liściu winogronowym, lekko rozmiękłe, gotowe do nałożenia na rzodkiewkę, w ten krzyż ramionami rozwarty, a potem chrup, chrup. No patrz, patrz i powiedz, czy kłamię? – i Jacques, Szanowny Lwie, siłą odwracał moją głowę w stronę żelaznych stolików. Był solidnie głodny, i stąd, jak mi się wydaje, jego kwieciste, lekko przyrumienione i jakże detaliczne opisy przystawek i dań głównych, nie pomijając chrupkości długich chlebów, świńskiej głowizny, głowizny baraniej ze szklanymi oczami, wypatroszonych królików i ciężkich pulard. Ale nie miał grosza przy duszy i chyba też był zbyt dumny, żeby wyciągnąć rękę do co lepiej ubranych przechodniów zmierzających ulicą… No właśnie, jak nazywała się ta ulica? Nie pamiętam, Szanowny Lwie, a taka niepamięć jest wyrokiem dla mojej kariery pisarza. Tak, postanowiłem zostać pisarzem. Przynajmniej tak ustaliliśmy z Jacques’em w drodze z rogatki południowej. To on mnie usilnie namawiał, obiecał pomóc, zaopiekować się, ba, nawet sprzedać mi kilka mocnych – jak on to mówi – „warsztatowych numerków”.

Ulica Saint–Honoré numer 396

– Ty zawsze jesteś gdzie indziej, Karomenya, zamyślasz się. Gdzie ty jesteś? Patrz, na miłość boską, masz tu przecież kilka stroniczek za darmo. Boże mój, znów jest daleko, chłopczyna. Gdzie? Jeden Bóg wie. Nie wolno pisać: „ulica”, „plac”! Proszę mi tu połączyć ulicę z dobrą i smakowitą jej nazwą, na przykład de la Convention, która zaraz skrzyżuje się z rue Lecourbe! I dobrze jest dać znak czytelnikowi, że ulica St. Antoine dochodzi do placu Bastylii, on ma wziąć twoją książkę i chodzić z nią jak z mapą sztabową. Przecież to się samo pisze, uwierz mi – mówił przypochlebnym głosem starego belfra i nie przestając się gapić na żelazne stoliki, przy których panowie w czarnych, grzybkowych kapeluszach spożywali drugie śniadanie, przymilał się: – No, a ty w tej swojej Afryce? Co ty możesz napisać, że jesteś gdzie? Południk, równoleżnik? Trochę kurzu, trochę rogatego łajna na drodze, co zarasta, zanim żuki zdążą ulepić z niego pomme, i ta oszałamiająca precyzja w nawigacji: „Tak, proszę pana, pójdzie pan prosto, proszę pana, cały czas prosto, proszę pana, i jeszcze trochę prosto, a w czwartek, proszę pana, proszę skręcić w lewo”.

Stale egzaminował mnie.

– To nieładnie tak ci dokuczać, lecz gdybyś mi łaskawie przypomniał, jakie to bruki szlifujemy już od dobrego kwadransa, no?

– Bardzo właściwe zapytanie – próbowałem zyskać choć nieco na czasie, ale Jacques był bezlitosny.

– Och – zawołał i było to westchnienie pełne udawanej rozpaczy – fru fru, uciekają darmowe stroniczki, no zlituj się, przecież to bastion naszego Maksia Nieprzekupnego, aż się prosi paroma zgrabnymi ruchami pędzla osaczyć go raz jeszcze dla potomności i paru franków. Na ten przykład, jak wraca sobie w nocy z klubu jakobinów, te chude łydeczki w białych pończoszkach, i lezie po drabinie do swojego skromnego pokoiku, a obywatel cieśla Duplay, gospodarz tego domu, smacznie pochrapuje sobie, przynajmniej we śnie sprawy rewolucji mając w głębokim poważaniu, czyli w… Ale ten detal porzućmy jako ludzie honoru. Nie odpowiadasz, więc daję ci szansę: ulica Saint–Honoré numer… – tu wstrzymał oddech, a potem z nonszalancją cisnął numer domu Robespierre’a podobnie, jak mijany niedawno rzeźnik rzucił na wagę krwawy befsztyk, pewny, że nie ma w nim ani grama więcej i ani grama mniej niż prosiła ta wymagająca, czepialska, sucha kobieta w czerni: szala przechyliła się na jego stronę, poszedłem w górę, lekki, bez pamięci, zanadto ogólny, niezdyscyplinowany, z wyrokiem. 396. Ulica Saint–Honoré numer 396.

Nie umieliśmy powiedzieć tatusiowi „nie”

Szliśmy w milczeniu, głodni i zmęczeni.

– Nie, nie rób takiej płaczliwej miny, przecież to tylko Robespierre. Znam dobrze ten numer, bo musiałem tu przychodzić z teściem. To wszystko. Nie wszystko, to dopiero początek, jeśli chcesz mnie słuchać z pustym żołądkiem, a to ociera się o heroizm. Ocieranie się o heroizm, hm, być może jest to mój przypadek, z tą zaciskającą zęby cierpliwością, z tym tresowaniem gniewu latami, grzecznością na pokaz. Ocieranie się, rzeczywiście, tak to wyglądało, jak kot o nogi swojego pana, jak pies wierny czekający na rozkaz. Heroiczne nogi mojego teścia profesora, które przemierzały tyle razy tę ulicę. Bogaty, z pozycją w zgromadzeniu narodowym. Kochałem jego córkę. Nie umieliśmy powiedzieć tatusiowi „nie”. Oprócz obiecanego majątku i zapewnionych wejść do lepszego towarzystwa należało przyjąć jego poglądy. Nie tylko Julian Apostata na początek, ale i Spinoza, Platon oraz poranne i wieczorne nauki przy stole, sutym stole, nie przeczę, spadkowe srebra, obrusy z monogramem, a mięsiwo, ostrygi, omlety – za ciężko zapracowane uniwersyteckie pieniądze, nic do zarzucenia, uczciwość, nieprzekupność, powtórka Maksia R. Wiedział o tym, był przeświadczony o swoich przewagach i dlatego pozwalał sobie na wewnętrzną skromność. Brodziłem po tych jego dywanach z kieliszkiem w ręku i z podziwem wpatrywałem się w jego oczy – to był żabiozielony absynt, od którego ginie Francja, żabiozielony absynt bez cukru. „Bez cukru!” – chciało mi się wołać, jak Baudelaire przy każdym spotkaniu, ale zawołanie takie było całkowicie zbędne, doskonale wiedział, co ma zapodać każdemu śmiertelnikowi – oczywiście bez cukru, za to całą prawdę o twoim skurczeniu, zgarbieniu we wszelkich domenach, twojej nadczułości, przesadzie, może nawet egzaltacji. Wyobrażałem sobie, jak on się goli, musi się przecież gapić w te oczy, czy były dla niego rodzajem zwierciadła? Nie, zapewne nie, był zbyt skromny, wyrafinowany i wstydliwy, by pozwalać sobie na taką odrobinę narcyzmu. On raczej przeglądał się w swoich pismach, artykułach, one właśnie były rodzajem zwierciadła, w których przeglądał się w rzadkich chwilach euforii. On wiedział. Cóż z tego, że lekcję tę przerabiali silniejsi od niego i bardziej zdeterminowani bronić mglistego ideału człowieka, jakościowo nowego etapu w jego rozwoju, który zniesie prawa różnorodne i sprzeczne, podziały wyraźne, ciężary nierówne, przesądy i nędzne estetyczne gusta. Cóż z tego! Nic! Och, przeklęte słówko! Po prostu NIC! Zaczynał znów od początku, wszystko. Kolejny wariat starający uwolnić od wszystkiego, co przygodne, uniwersalną naturę człowieka. On, z definicji trzeźwy i zdyscyplinowany, racjonalny, na moich oczach rano i wieczorem wikłał się w swoich obsesjach. I jaka ohydna złość w nim tkwiła, jaka irytacja, że jego rozumowa sztywność napotyka opór. No a stąd już tylko krok do przemocy.

– Hi, hi – Jacques na chwilę zapomniał o drugim śniadaniu z głęboką porcją czerwonego wina w zielonej, przydymionej butelce, zatarł ręce i chrząkając, próbował bezskutecznie uwolnić się od ściśniętego, wstydliwego, lecz nad wyraz mocnego śmiechu.

– Hi, hi – a tak, a tak, to nie był Maksio king size, o nie, nie. Całkiem mały Maksio, wydanie kieszonkowe, ludzka livre de poche. Oczywiście, tracił panowanie nad sobą ten mózg chodzący na kogucich nogach, ten rewolucjonista odmawiający sobie barykady, bo boi się przeziębić! Stawał się niecierpliwy, ale nie miał sił nas zabić, wygonić z domu, oddać do Conciergerie. Ograniczył więc przemoc do domowego poletka. I z jakimże wdziękiem je uprawiał! On nas nie rozumiał i ile dobrej woli wkładał i wysiłku, by choć w części pojąć i ogarnąć jedno proste zdanie skierowane do niego podczas posiłku. To był cały teatr, przedstawienie, komedia ludzka. Najpierw jakby się budził, otrząsał ze snu, lekko poruszając głową, że słucha, lecz mimo najlepszych chęci, nie może zrozumieć, łagodnie potem dopytywał się o znaczenie kolejnych słów, wiązał je ze sobą ze skrupulatnością zecera, dokładał brakujące litery, sylaby, człony zdań, sięgając gęsto do swoich kaszt. Nigdy nie odpuszczał ani centymetra przestrzeni, w każdej sprawie, w każdej domenie miał coś do powiedzenia, zauważenia, a gdy czegoś nie wiedział, robił wszystko, aby to ten drugi poczuł się zawstydzony i zmuszony do tłumaczeń. No i jego humor, wchodzący jak dobry sztylet bezboleśnie w ciało, dopiero po dobrej chwili, gdy dotarło do ciebie, co uczynił… no tak, ale wtedy nie było już czasu na dobrą ripostę. Zresztą, któż by się odważył nad misą pełną świeżych ostryg. Zdrabniał czule nasze imiona, gdy raczył się pojawić po skończonej pracy ze studentami, którzy go uwielbiali. Myślę teraz sobie, Karomenya, że nosił on w sobie kilka dobrych pudów rozpaczy. Mesjasz, psia krew – Jacques wyciągnął dłonie z postrzępionych mankietów czarnej od brudu koszuli – zdawał się pozbawiony przesądów i skrupułów, a to zawsze prowadzi do nieumiaru nawet u tych, którzy mają genialne wyczucie smaku, no więc przebrał miarę, kiedy powołał do życia lożę masońską obradującą jawnie, dwunastu starszych, łysych panów z brzuszkiem, niby apostołowie, w każdy czwartek celebrującą ostatnią wieczerzę bez chleba i wina, śmierć starego porządku, nadejście nowych czasów, śmieszna, mieszczańska dziecinada – ot, darmowy temacik, który sam się pisze, coś dla początkującego, kolorowego pisarza. Nie zapomnij tylko uśmiercić jednego albo dwóch z tego kółka ateistycznych kapłanów, czytelnik zawsze to doceni, ryby w Sekwanie również. Ale czy to wystarczy, czy wystarczy?

Inteligentny, ale niezbyt głęboki

– Lecz ty, Jacques – zapytałem w końcu – lecz ty, jak to się stało, że znalazłeś się pod mostem?

– Nic prostszego, synku – odpowiedział, siląc się na wesołość – nic prostszego niż udać się tam pewnego pięknego dnia. Kiedy wreszcie opuściliśmy na zawsze starego, okazało się, że nasze siły są wątłe, a stargane nerwy dawały znać raz po raz. Nic z nas nie zostało, nas – dawnych bywalców kawiarni Closerie des Lilas i baru Kalissaya. Ona odeszła pierwsza, z kimś, tego tematu ci nie sprzedaję, zbyt banalny na opowieść za trzy franki, a potem ja, ja odszedłem. Przepiłem wszystko. Nigdzie nie mogłem utrzymać się dłużej niż tydzień. Zmieniałem redakcje, nawet do zakonu chciałem wstąpić – tak mistyczny wydawałem się samemu sobie. Próbowałem zaczepić się w komunie artystów wyrabiających sandały z koźlej skóry, doszło do potężnej awantury i mordobicia. Niestety, sprawdziło się to, o czym tak chętnie lubił rozprawiać stary – że jestem inteligentny, ale niezbyt głęboki, szybko się wypalam, pozostaje więc szukać agonii godnej mojej skromnej przeszłości. Mój bunt? Zbyt duża cena jak na tak marne korzyści, Karomenya, zarzucam staremu rozpacz, a przecież sam nie jestem od niej wolny, zresztą, być może już wszyscy tu ulegamy tej nowej, powszechnej chorobie, tej krańcowej postaci samolubstwa.

Wszyscy podobni

Chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz właśnie przechodziła obok nas wysoka, szczupła kobieta w żałobie. Jej dłoń unosząca woalkę. Zdawało się nam, że nakazała nam milczenie. Na mgnienie nasze oczy spotkały się z jej niebieskimi. Dziwne. Zaczęliśmy poprawiać nasze wymięte marynarki i brudne koszule, otrzepywać nogawki u spodni, a przecież zniknęła już dawno za rogiem ulicy.

– Znikające piękno – odezwał się niepotrzebnie Jacques. Tego dnia znów się narodziliśmy. Jacques przestał mówić o sobie i smutku literatury. Nie pamiętaliśmy już, po co tak naprawdę łaziliśmy do paryskich katakumb, w których dozorcą był jeden z dawnych przyjaciół Jacques’a. Dmuchając w swój potężny wąs, wpuścił nas tam bez większych ceregieli.

– Co nowego – zapytał nawet – nie macie dzisiejszej gazety?

Nie mieliśmy dzisiejszej, Jacques dysponował tylko starymi numerami, którymi wyścielił swoje kamasze.

– Tylko kości mi nie wynosić – pogroził palcem. Marudziliśmy to tu, to tam, wreszcie dotarliśmy do szarożółtej ściany. Piszczele. Równo. Porządnie. Jeden na drugim. Zrośnięte. Poprzetykane czerepami, czaszkami o dziwnym ceglanym kolorze. Doły oczu. Oczodoły. Ossemens du cimetière de ST. Landry. Le 18 juin 1792.

– Pytałeś o miasto, Karomenya – proszę, przedstawiam ci i tych mieszkańców, pardon, w takim stanie powinienem przedstawić ich jako mieszańców.

Stęchłe, przesycone zapachem murszejącego kamienia powietrze odnajdywało nad naszymi głowami tajemniczy komin i zadawało się wypychać nas ku górze, ku światłu.

– Wszyscy podobni – dodawał sobie animuszu Jacques – nie rozróżnisz przy tym świetle, którzy z nich to typy asteniczne, pykniczne, atletyczne, basedowskie, choć pewnie nie należy traktować tych podziałów jak artykułów wiary, wszystko w końcu jest wymieszane. Byli przed nami. To wszystko. Nie, nie wszystko. Musisz wiedzieć, że my jesteśmy inni niż wy. Już, już poprawiam się, już, już precyzuję! Wy obcujecie ze swoimi zmarłymi na co dzień, my zaś, hm… Do nas zaś zmarli powracają. Czasami pod taką postacią. Po co? Każdemu wydaje się inaczej, lecz jest coś w tych uwagach wspólnego, co mianowicie? Hm, to nazywa się przestrogą. To za mało powiedzieć, że każdy z nas podzieli ich los. Powiedzmy oględnie, że ten postulat został dyskretnie przez każdego wewnętrznie przyjęty, dobrze. Ale on w nas gnije. Nie tylko dlatego, że o wiele za dużo niepokoi nas śmierć, ale nade wszystko dlatego, że przestało niepokoić nas życie. Dwóch słów nie znajdziesz już w naszym słowniku, człowieku z dalekiego kraju: hierarchia i respekt. Ale one wrócą, jak zwykle w tej części świata, z naszymi zmarłymi, nowymi zmarłymi.

Jacques zdawał mi się przesadnie uroczysty i lekko pijany.

Ciut za wysoko

– Chodźmy stąd – poprosiłem słabym głosem.
– Idziemy – zgodził się – nic nowego, po co tu siedzieć, choć diabeł tu nie zagląda, on lubi świeże powietrze, gdy rutynowo kieruje rzeź na właściwe tory.

Dotarliśmy do furtki w murze. Mała mosiężna klamka wilgotna jak ślad ślimaka. Ustąpiła.

– Nie myśl tylko, Karomenya, że Jacques zatracił zupełnie instynkty samozachowawcze – otrzepywał z wigorem spodnie i wkładał z widocznym wysiłkiem za cholewki butów ciągnące się po ziemi końcówki sznurowadeł – nie jesteśmy wszak zaprzysięgłymi wrogami naszych żołądków. Marsz! Lewa! Lewa! Znajomość odpowiedniego adresu ratuje życie, a świat zyskuje na chwilę strukturę wspaniałą i solidną!

Deszcz padał miękko na nasze głowy, gdy po krótkiej naradzie udaliśmy się do konwentu świętej Urszuli.

– Dostaniemy gęstą zupę z dobrą sztuką mięsa, i zapewniam cię, nie zapędzą nas do śpiewania psalmów tak jak wszystkich, mam znajomości, szczególne znajomości, więzy pokrewieństwa, związki rodzinne, ojcowską bliskość, no, może nawet prawo. Oddałem tam moją jedyną córkę – powiedział Jacques, specjalnie akcentując słowo „oddałem”. Postawił kołnierz u marynarki, wydawał mi się wzruszony. Końcówki sznurowadeł znów ciągnęły się za nim po ziemi.

– A teraz zachowuj się, nie wybrzydzaj, nie rzucaj się niegrzecznie na jadło i nie żądaj napitków, zmów Ojcze nasz – pouczył mnie, gdy stanęliśmy przed wysokimi, brązowymi drzwiami z łuszcząca się miejscami farbą. Pociągnął za dzwonek. „Barang! Barang!”. Raz jeszcze. „Barang!”. Cisza. Drzwi uchyliły się nieśmiało. Jej twarz w bielutkim kornecie, cętki w jej oczach, usta. Drzwi otworzyły się szerzej. Jej uśmiech, białe zęby, zduszony krzyk: „Ach, tatko, tatko zawitał! Taka niespodzianka! Tatko, mój ukochany tatko!”. Jacques promieniał, wyprostował się dumnie, rósł i rósł, wreszcie sztywno pochylił się, żeby ucałować ją w policzek, a właściwie musnąć lekko biały materiał okrywający szczelnie twarz zakonnicy.

– Nic ci dziś, dziecko, nie przyniosłem – zaczął usprawiedliwiać się, gdy prowadziła nas do ciasnego pokoiku i sadowiła przy okrągłym stole obitym ceratą.

– Nic nie szkodzi, tatko, poczekajcie tu chwilę – strzepywała niewidoczne okruchy swoim niebieskim fartuchem i wyciągała dwie sczerniałe drewniane łyżki z szuflady prostego kredensu. – Nic nie szkodzi – powtórzyła i zniknęła za drzwiami.

– Moja córka – upewniał mnie Jacques, zawiązując kraciastą serwetę pod szyją. Jest tu prostą konwerską, bo nie miała posagu, ale to skarb, Karomenya, i jak ona to wszystko wytrzymuje – tu zatoczył drewnianą łyżką ciasny krąg w jakiś tajemniczy dla geometrii sposób obejmujący cały klasztor z ogrodem warzywnym i pralnią – Bóg jeden wie, On wie to najlepiej, no i jeszcze ta ich przełożona, jak ona patrzy na mnie z wyrzutem, jak daje znaki swoim owieczkom, żeby następnym razem usadzić mnie wraz z innymi głodomorami we wspólnej sali, założę się, że szczypie sobie policzki, żeby je zarumienić i mogę przysiąc, że jak godnie przechadza się obok głodnych, to habit jej robi frou–frou, hm… na Boga.

– I jak ty, córuś, wytrzymujesz to wszystko, no jak – prowokował ją Jacques, zabierając się z apetytem do gęstej jarzynowej zupy.

– A tatko dalej swoje, już tyle lat! Przecież kocham Jezusa, czy to nie wystarczy? I On mnie też kocha, za darmo, tatko, w swoim wielkim miłosierdziu. Ale ja wciąż pragnę wywyższenia, zdaję się kimś niezwykłym, jedynym we własnych oczach, cóż, pokora wciąż jest daleko ode mnie. Widzę, że znowu się ze mnie śmiejesz, gdy tak mówię, bardzo lubię, gdy się tak śmiejesz, tatko.

– Śmieję się, córeczko, bo mówisz prawdę. I wierzę, że twoje życie tu uratuje niejednego z nas, którzy wolą wybrać nieodwołalne nieszczęście potępienia niż Boga nad sobą. Ty masz jedną nadzieję: Jezusa. My kilka złudnych, których – jak nam się zdaje – już prawie dosięgamy, tak bardzo wydają się nam nasze. A w końcu ta cała iluzoryczna obietnica nie jest niczym innym jak tylko popiołem, prochem, zetlałą stroniczką z marnym poematem, na który pies z kulawą nogą nie rzuci za kilka lat okiem.

– Och, tatko, wszystko, co mówisz, jest takie podniosłe i dramatyczne, piękne oczywiście, lecz zbyt skomplikowane, żeby pochodziło z życia – opuściła bezradnie ręce – pewnie wciąż żałujesz, że nie bywasz w salonie pani Natalki Barney i nie masz okazji toczyć melancholijnych dysput zagryzanych słonymi sucharkami. Nie umiem ci nic poradzić, ale z posłuszeństwa weź ten większy kawałek mięsa, a pan, panie Karomenya, wcale się nie obrazi, czyż nie tak? Idę moją wybraną drogą i coraz większe jest moje pragnienie, aby ktoś mnie prowadził, udzielał rad i mną kierował. Zamknięta w sobie, w bólu przeszłości i lęku przed przyszłością, nigdy nie spotkam Jezusa. To życie z innymi, z ich słabościami, pozwoli w końcu zjednoczyć się z Nim. A to jest prawdziwe szczęście, tatko.

O, tak, Szanowny Lwie, słuchając tych słów, nie miałem zbyt mądrej miny, do tej pory nie słyszałem, aby ktoś tak prosto mówił o Tobie i z taką miłością. Czyżby to był ten święty człowiek, na którego tak niecierpliwie w tym mieście czekałem? Czy to właśnie od niego zależy los miasta? Chciałem ją jeszcze zobaczyć, zapytać. Nie wróciła już.

– Zbieramy się – zakomenderował bez większych ceregieli Jacques, ocierając rękawem usta. – Dawniej, za dobrych, tłustych czasów siostrzyczki serwowały prima ciasteczko, leciusieńki, chmurkowy ptyś, istne cudo przełożone pianką z kurzych białek. Nazywało się to w naszym języku kloszardów „pierdnięciem mniszki”. Zwał jak zwał, idziemy!

Wezbrała we mnie złość, Szanowny Lwie, czy jednym głupim odezwaniem musiał on wszystko popsuć, zniszczyć?

– Dlaczego tak powiedziałeś, Jacques?!
– Bo zaczynało być już ciut za wysoko jak na moje stare nogi, a poza tym mój naród ma to już we krwi: kiedy jest pięknie i podniośle i wszyscy są zadowoleni ze święta – zawsze trzeba powiedzieć coś obrzydliwego. Choć nie przeczę, że być może istnieją inne metody bezpiecznego powrotu do niskości.

Twój Karomenya

Bezpieczny powrót do niskości
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...