Ksiądz, który umiał słuchać

Ksiądz, który umiał słuchać

Zmarł ksiądz Jan Twardowski. Dobry i mądry. Ksiądz – poeta. Dla wielu z nas prawdziwie bliski człowiek. Przyjaciel, powiernik, mistrz duchowy. Dla mnie – ukochany „Dziadek”.

Już 2 lutego 2006 roku o godzinie 12. w kościele sióstr Wizytek w Warszawie, gdzie przez lata pracował jako kapłan, wystawiono trumnę ze zwłokami Księdza. Prostą, dębową. Na niej – według życzenia „jak najcięższy mszał”, kielich, przewieszona stuła. Wokół kwiaty – wieńce i drobne kwiatki przyniesione przez zwykłych ludzi. Róże, tulipany. Bez i storczyki. Z czasem wstawiono je do wody, do wysokich wazonów. Cały czas wokół gromadzili się ludzie. Stali w zadumie, klęczeli, modlili się cicho. Podchodzili i całowali stułę. Jak niegdyś, gdy przychodzili do księdza do spowiedzi. Podobno już słaby, w chorobie – pragnął, jak tylko poczuje się lepiej – usiąść raz jeszcze w konfesjonale… To, że ludzie, słabi i grzeszni – nawracają się – umacniało jego wiarę w dobro, które w końcu zwycięża. W tym po prawej stronie, gdzie zawsze czekał na penitentów – w kratkę ktoś włożył bukiet kwiatów. Zwiędły już, przyschły. Po drugiej stronie kapłani wciąż sprawowali sakrament pokuty. Dawno nie czekałam tak długo w kolejce do spowiedzi. Dla wielu z nas był to czas nawrócenia. Byliśmy dla siebie dobrzy. Przeżycia jak po śmierci papieża. I znów to poczucie, że mamy orędownika w niebie. Drugi długi „ogonek” był do wpisu w księdze kondolencyjnej. Każdy chciał coś Księdzu na koniec jeszcze powiedzieć. Jakaś młoda dziewczyna zostawiła kartkę – list – później przy grobie. On tak umiał słuchać… Był dla wszystkich dostępny, gdy siedział co dzień o trzeciej na krzesełku w przedsionku kościoła przy zakrystii. Przez wiele lat schodzili się tam do niego. Dla wielu otwierał też drzwi swojego małego mieszkanka. Dla wszystkich – serce.

O 17. miała być msza święta. Podchodząc do kościoła na kwadrans wcześniej, zaczęłam poważnie się obawiać, że nie wejdę do środka. Kolejka przed wejściem ciągnęła się przez cały plac przed Wizytkami i skręcała w Krakowskie Przedmieście kawał w stronę uniwersytetu. Ludzi z każdą chwilą przybywało. Czekających zadziwił… śpiew ptaków. W lutym, już o zmierzchu! Po ciemku nie śpiewają. Tym bardziej w środku zimy. Okazało się, że śpiew nagrany na płycie puszczono z głośników.

Pamiętam jedno z niedawnych spotkań, latem. Przez uchylone okno dobiegał świergot ptaków. Tuż za nim wisiał karmnik. Trzepotało w nim skrzydlate towarzystwo! Były z Księdzem wciąż. I na witrażach na szybie, i w myślach. I są z nami w niejednym wierszu. Choćby w tym o przepiórce:

Przepiórko co się najgłośniej odzywasz zawsze o wschodzie i zachodzie słońca prawda że tylko dwie są czyste chwile ta wczesna jasna i tamta o zmierzchu gdy Bóg dzień daje i gdy go zabiera gdy ktoś mnie szukał i jestem mu zbędny gdy ktoś mnie kochał i gdy sam zostaję kiedy się rodzę kiedy umieram te dwie sekundy co zawsze przyjdą ta jedna biała ta druga ciemna tak bardzo szczerze że obie nagie tak poza nami że nas już nie ma.

Albo:

Ciało pedagogiczne
Słowik górniczek co niesie dwa czubki zadarte do góry i miłość swą spisuje na liściu czerwonym zaspany ślepowron z białym włosem z tyłu głowy sikora z żółtą piersią w niebieskim berecie sowa uszata od puchacza o połowę mniejsza wróbel co skacze jak na cudzej nodze uczą mnie być nieważnym nic ich nie obchodzę.

Pomyślałam: szkoda, że nie zaśpiewają Księdzu ptaki wśród drzew na Powązkach. Do betonowego „bunkra” żaden świergot nie dotrze. Ale przecież – tam pozostaną tylko jego zwłoki. W tym przyszłym narodowym panteonie. On sam jest już gdzie indziej… I przypomniał mi się inny wiersz – Drzewa. Kończy się słowami:

Poproście Matkę Bożą, abyśmy po śmierci w każdą wolną sobotę chodzili po lesie bo niebo nie jest niebem jeśli wyjścia nie ma.

Do kościoła wszystkim chyba udało się wejść, choć ścisk był taki, jak np. na rezurekcji. Ludzie w różnym wieku. Nawet staruszki dzielnie stały wsparte o laski. Organy, łacińskie chóry. W pięknej homilii celebrans podkreślał pracę kapłana. Właśnie o siedemnastej była zazwyczaj msza, którą odprawiał ksiądz Jan. Przychodziliśmy posłuchać zawsze krótkich, ale jakże celnych homilii. Nie przegadanych, jak wiele kazań, a kryjących w sobie mądrość. Pamiętam, jak pięknie nawiązał kiedyś Ksiądz do obrazu w wielkim ołtarzu – nawiedzenia świętej Elżbiety. Do relacji między postaciami (występują tam również mężowie świętych niewiast). Schorowany, utrudzony, z wysiłkiem nieraz odprawiał mszę, ale robił to, dopóki mógł. Trudno uwierzyć, że już nigdy nie zobaczę go przed tym barokowym ołtarzem. Dziś święto Matki Boskiej Gromnicznej, ofiarowania Pańskiego. Po mszy „Czuwanie ze świecami” – program słowno–muzyczny z wierszami Księdza w wykonaniu znanych aktorów, później jeszcze dziewczynki śpiewające Jego poezje. Cisza, zasłuchanie, wzruszenie. Przejmujący pierwszy wiersz o umieraniu, o dotykaniu dna i odbijaniu się w górę, wreszcie jednak – przyklejaniu się doń, przenikaniu jakby przez membranę – na drugą stronę. Potem jakże długa procesja do trumny. Wszyscy pragnęli podejść, dotknąć.

Trumna była wystawiona całą noc. Tłum powoli rzedniał, ale ludzie wciąż przychodzili. Modlili się. Czuwały też za kratą, bo to zakon kontemplacyjny, zamknięty – siostry wizytki. Ksiądz Jan przez tę kratę udzielał im komunii…

Niektórzy, zamiast kwiatów, wrzucali pieniążki do skarbonki na seminarium, zgodnie z wolą Księdza.

W przedsionku zakrystii ludzie kupowali nowe tomiki, m.in. Śmierć na śmierć nie umiera, z ilustracjami z Powązek. Z niego garść myśli:

Śmierć nie jest straszna. Jest ona odejściem do Boga, ale nie przerywa łączności pomiędzy tymi, którzy się kochają.
(Nieprzygotowani)

Bóg już przed wiekami każdego z nas indywidualnie wymyślił i ukochał, dlatego po śmierci nie stracimy swej osobowości.
(Osobowość)

Widzimy jedynie zwłoki. Ktoś umarł, a więc coś się z niego zwlekło. Zmarły odszedł, na ziemi pozostała jedynie jego powłoka. Coś się zwlekło, ale coś innego zostało. Ktoś, kto przechodzi przez śmierć, jest już zupełnie inny. Tak jak Pan Jezus, którego po Zmartwychwstaniu nie poznali uczniowie. Bo niby ten sam, ale jednak całkiem inny.
(Radosne święta)

Modlimy się za zmarłych, ale możemy też modlić się do nich.
(Świętych obcowanie)

Dzień Wszystkich Świętych to dzień tych, którzy nie zmarnowali swojego życia. Obyśmy i my nie zmarnowali swojego życia.
(Razem)

3 lutego 2006 roku, godzina 10. „U świętej Wizytki” msza pożegnalna. Bardziej niż wczorajsza oficjalna. Dużo młodzieży, poczty sztandarowe ze szkół Jego imienia (i z liceum Czackiego, które kończył), harcerze. Wieńce, delegacje. Przede wszystkim tłum zwykłych ludzi, którym służył jako kapłan, nauczyciel, poeta. Znali go osobiście albo tylko poprzez wiersze. Przyjaciele, krewni. Rozmodleni, skupieni. Organy, łacińskie chóry. Piękne, ale… może Ksiądz wolałby zwykłe znane polskie pieśni, które podjęliby wszyscy wierni. Nie wiem. Podobno prosił o ciche msze w jego intencji. Chciano go uczcić. Mnóstwo ludzi przepychało się do komunii.

W homilii porównano księdza Jana do proroka Jana Chrzciciela. Także do naszych rodzimych proroków współczesnych: wielkiego Ojca Świętego, Prymasa Tysiąclecia, księdza Popiełuszki. Nie należał jednak do grona proroków. Nie grzmiał z ambony o upadku obyczajów, nie gromił, nie wieszczył, nie straszył rychłą zagładą, jak starotestamentowi prorocy. Choć był żywym obserwatorem rzeczywistości, także tej gospodarczej i politycznej, kryzysu wartości. Nie zapomnę jego stwierdzenia, które padło w rozmowie prywatnej, a później odnalazłam je w wierszu: „świat sam świństwa swoje zwymiotuje”. Jak po przepiciu czy przejedzeniu. Ufał Bogu, który działa w historii. Nasza cywilizacja, czasy – w których jakże często odwracamy się od chrześcijaństwa, wracając do hedonizmu czy epikureizmu antyku – są przejściowym etapem. On był świadkiem niejednego nawrócenia konkretnych ludzi.

Nie kocha nie lubi nie szanuje
– Bluźnisz że Pan Jezus na śmietniku
nikt go nie kocha lubi szanuje
    
– Świat sam świństwa wszystkie zwymiotuje
a On jak łza matki na starym klęczniku.

Był współczesnym świętym Franciszkiem. Nie nawoływał do nawrócenia – tylko o nie prosił.

Bóg wszechmogący co prosi o miłość, tak wszechmogący że nie wszystko może skoro dał wolną wolę 1.

Umiał z pokorą iść obok, towarzyszyć zagubionemu człowiekowi. Nie przyszedłem pana nawracać… 2. Zaufał drodze.

Kochał Boga poprzez wspaniałe dzieło stworzenia. Świata jednak nie idealizował. Akceptował go taki, jaki jest. Afirmował życie łącznie z całym bólem, który niesie.

Nie płacz w liście nie pisz że los ciebie kopnął nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno odetchnij popatrz spadają z obłoków małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju i zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz 3.

Młodym i starym mówił o miłości. O tym, że jest najważniejsza i tylko w niej jest sens 4. Słowami poezji wyraził to, co papież – intelektualista – w ostatniej encyklice. Dobrze wiedział, jak miłość związana jest z cierpieniem. Bywa trudna i splątana… Jak kochać nieprzyjaciół? Mówił o „nieprzyjacielu”: „nie–przyjaciel” to etymologicznie co innego niż „wróg”. Ktoś może nie być przyjacielem, ale to jeszcze nie znaczy, że jest wrogiem. Pisał też o przyjaźni:

Można kochać i chodzić samemu po ciemku z przyjaźnią jest inaczej – ta zawsze wzajemna 5.

Dużo wiedział o życiu.

Cichy, pokorny, ubogi, w starej sutannie. Skromne małe mieszkanko wśród serdecznych pamiątek. Najprostsze meble, klęcznik. Bez telewizora, wideo, komputera czy sprzętu muzycznego (na telewizję – np. „Wiadomości” – chodził czasem do mieszkania opiekuna czy opiekunki; tam też był telefon). W tym miejscu można było schronić się przed zgiełkiem świata i skupić na tym, co naprawdę ważne. Ta przestrzeń emanowała ciepłem i serdecznością gospodarza.

Skromny jak Biedaczyna z Asyżu, pokochał siostrę Biedę, a cała jego twórczość jest pochwałą stworzenia. Też chwalił Pana z bratem słońcem, księżycem, siostrami gwiazdami, bratem wiatrem i siostrą wodą, bratem ogniem i matką ziemią. Z wszelakimi roślinami i zwierzętami. I „z ludźmi, co przebaczają dla miłości Twojej, I znoszą słabość i utrapienie, (…) którzy wytrwają w pokoju”. A nawet:

Pochwalony bądź Panie przez siostrę naszą, śmierć cielesną, Której żaden człowiek żywy ujść nie może (…) Błogosławieni, którzy znajdą się w Twej najświętszej woli Bowiem śmierć wtóra zła im nie uczyni 6.

O godzinie 11. kondukt pogrzebowy wyszedł z kościoła. Krucyfiks, długi rząd sztandarów, wieńce i wazony kwiatów. Wreszcie trumna, niesiona na ramionach. Przejście Krakowskim Przedmieściem niedaleko, bo tylko do kościoła Świętego Krzyża. Duchowieństwo, rodzina, tłum wiernych. Tylekroć wędrował ksiądz tym Traktem Królewskim… Po schodach, obok posągu Chrystusa dźwigającego krzyż, idziemy za trumną z doczesnymi szczątkami poety. W drzwiach błyskają flesze, kręcą kamery. Mnóstwo dziennikarzy. Aż to denerwujące: jakiś ksiądz idący w kondukcie obruszył się: – Życzyłbym sobie, żeby na moim pogrzebie nie było fotoreporterów. Cóż, ksiądz Twardowski od dawna niósł ciężar popularności. Wystarczy wspomnieć tłumy na spotkaniach z nim w kościołach, podczas wieczorów autorskich i długie kolejki po dedykację w książkach. Na pewno go to męczyło, ale nie odmawiał. Cieszył się, że jest czytany, że poprzez słowo pisane nawiązuje łączność duchową z tak wieloma ludźmi. Teraz już jest ponad tym.

Trumna wędruje do centrum kościoła, ustawiono ją na skrzyżowaniu naw. W sąsiedztwie trochę kwiatów, w tym te oficjalne wieńce – prezydenckie, rządowe, biało–czerwone. W prawym ramieniu nawy poprzecznej trwa rekonstrukcja ołtarza. Tam urządzono swoisty ołtarzyk dla księdza Jana – z jego fotografią i najbardziej chyba znanym cytatem: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. U stóp ołtarza, na stopniach, złożono pozostałe wieńce i kwiaty. Szeregi byłych akowców, nie tylko z Warszawy, trzymają wartę honorową. Wśród nich są też kobiety. Pisał ksiądz o Matce Boskiej Powstańczej:

Najświętsza, utracona, z rozkazami spalona – w barykady równoczarnym strumieniu – z Tobą twarz zapłakana, z Tobą bitwy do rana i uśmiechy, i sen na kamieniu.

W zakrystii ustawiają się biskupi, księża. Mszę celebrować ma prymas Polski. Wśród oficjalnych gości są m.in. premier, żona i matka prezydenta. Przywieźli wieńce i odznaczenia. Licznie obecni przedstawiciele świata kultury. Za trumną uwijają się dziennikarze. Jakiś fotoreporter urzęduje na ambonie. Świątynia wypełniona jest po brzegi. Zwykli ludzie, którzy kochali księdza Jana, tłoczą się w nawie głównej i bocznych.

Msza pogrzebowa zaczyna się punktualnie o dwunastej. Oprawa plastyczna i muzyczna godna jest wielkiego zmarłego. W prezbiterium w głębi chór męski, po obu stronach szeregi biskupów. Podniosły nastrój. Niestety, chwilami zakłóca go fatalne nagłośnienie. Akustyk nie potrafi zlikwidować jakiegoś sprzężenia, huki i trzaski przerywają liturgię. W kapiącym od złota ołtarzu głównym przejmujący obraz Chrystusa na krzyżu. Najpiękniejsza chyba ewangelia ośmiu błogosławieństw. Jakże pasuje do życia i twórczości tego cichego Człowieka. Potem na prośbę zmarłego homilię wygłosił biskup Życiński. Dobrze mówił. Mądrze. O przesłaniu księdza Jana, o jego życiowej drodze. O poezji. Podkreślał, że ksiądz Jan nie wtrącał się do polityki, nie straszył ani spiskiem syjonistycznym, ani wykupieniem Polski, nie roztaczał apokaliptycznych wizji, tylko uczył ewangelicznej miłości. Nie tylko słowami. Całym życiem. Dalej – trwa część eucharystyczna mszy świętej. Nagle pojaśniało w całym kościele. Słońce! Zaskakujące, gdyż dzień był szary i smutny. Rano lekko padał drobny mokry śnieg. Gdy szedł kondukt, niebo też zasnuwały ciężkie chmury. I nagle to słońce – tuż przed słowami o światłości w liturgii eucharystycznej. Zaświeciło dla Niego. On już jest w Światłości.

Może to był przypadek, ale „starannie zaplanowany” 7. My, którzy byliśmy tam w kościele, odczytaliśmy to jako znak. „Tylko dla Niego mogło dziś słońce zaświecić” – usłyszałam z boku. Przez wielkie okna w prezbiterium zalewało nas ciepłe światło.

Słońce nie świeciło długo. Było jeszcze błękitne niebo, gdy już po uroczystościach pogrzebowych wyprowadzono trumnę z kościoła. Ale niewiele dłużej. Taka dziura w chmurach.

Ludzie tłoczyli się jeszcze przy samochodzie, by dotknąć trumny. Zanim zatrzaśnięto tylne drzwi. Potem ruszył kondukt – daleko, przez całe miasto, aż do Wilanowa. Za samochodem firmy pogrzebowej – VIP–y w autach. Potem pięć autobusów. W pierwszym rodzina i duchowieństwo. W następnych reszta. Ścisk jak za dawnych socjalistycznych czasów. Ledwo drzwi się zamknęły. Było dużo starszych ludzi, niektórzy wsparci na laskach. Ale tylko jakiś młodzieniec z plecakiem narzekał na niewygodę. I złą organizację. „Miały być przecież autokary, a tu zwykłe autobusy i taki ścisk”. On nie pamiętał tamtych czasów. A w nowych, cóż: wszystko kosztuje. Ktoś musiał zapłacić za transport. Młody ucichł, bo ludzie w całym autobusie spontanicznie zaczęli się modlić i śpiewać pieśni żałobne. Odmawiali koronkę do Miłosierdzia Bożego. Nieprzypadkowo. W kościele rozdawano obrazki „Jezu, ufam Tobie” z podpisem Księdza i jego ostatnim wierszem, podyktowanym w szpitalu w dzień odejścia do Pana:

Jezu, ufam Tobie
Zamiast śmierci racz z uśmiechem przyjąć Panie
pod Twe stopy życie moje jak różaniec.

Mijamy już park w Wilanowie. Potem budujące się osiedla mieszkaniowe, niektóre domy są już zamieszkane. Za parę lat pewno będzie to teren zabudowany i pełno ludzi, ale na razie świątynia Opatrzności Bożej powstaje w polu. Daleko do najbliższego przystanku. Msze odbywają się już, ale w prowizorycznej kaplicy przypominającej barak. Teren budowy zagrodzony, ale kondukt wjeżdża na plac. Nie zmierzamy jednak do dopiero wychodzącej w górę konstrukcji głównego kościoła, tylko w bok, pod ziemię. Poprzez dolny parking, zastawiony samochodami, wchodzimy przez prowizoryczne szerokie drzwi do dolnego kościoła. Nawiązuje on do panteonu. Ma okrągły kształt, posadzka obejścia opada w jedną stronę. Surowa konstrukcja żelbetowa, na razie nieotynkowana. Żebra sklepienia zbiegają się pośrodku; w centrum okrągły świetlik, przez który wpada światło dzienne. Budowla znajduje się pod ziemią, ale nie jest to piwnica głównej świątyni, tylko osobny budynek. Pośrodku ołtarz i wielki krucyfiks, stojący wprost na posadzce. Tę centralną halę, bez żadnych środkowych podpór, otacza na wpół otwarty na nią korytarz, w którego ścianie zewnętrznej umieszczono nisze na trumny (przewidziano po dwie w każdym przęśle, jedna nad drugą). Tę, w której pochowano Księdza, wyłożono już kamieniem. Replika watykańskiego grobu Ojca Świętego znajduje się w przestrzeni nawy.

Może i szkoda, że pogrzeb nie na Powązkach, ale to, co najważniejsze, było – nastrój, zaduma, szczera modlitwa ludzi, którzy Go kochali. Śpieszymy do krypty. Idąca obok mnie kobieta (przed chwilą też wysiadła z autobusu) mówi: „Kupiłam Mu garść tulipanów. Na ulicy. Całą wiązkę za 10 zł, teraz zimno, tym kwiaciarkom trudno się sprzedaje. Przyjechałam z Bieszczad. Całą noc jechałam, ale zdążyłam na mszę o dziesiątej do Wizytek. Tylko szkoda, że nie udało mi się dostać tego obrazka, bo zawiozłabym do nas. Nie widziałam przy wyjściu tych, co rozdawali”.

Miłość ludzka.

Obrzędy pogrzebowe odbyły się pośrodku dużej hali. Pośrodku, przy ołtarzu, postawiono trumnę. „Niech Bóg da Ci pić ze źródła wody żywej”. Ludzie otaczali ją ze wszystkich stron. Po modlitwie trumnę zaniesiono do krypty. Za nią ksiądz, najbliższa rodzina, kwiaty, wreszcie – zwykli ludzie. Tłum napierał, każdy chciał znaleźć się przy grobie. Niszę zamknęła kamienna płyta. Ręce się wyciągały, żeby jej dotknąć.

Ś.P. Jan Twardowski 1915–2006 Ksiądz Poeta

Potem tłum zrzedniał. Została garść przyjaciół. Wspominali. Modlili się. Poukładano przywiezione kwiaty (większość została w Świętym Krzyżu). Zapłonęło kilka skromnych zniczy.

Na dworze, wprost na śniegu, przed wejściem – też paliły się świeczki. Jakiś reporter je fotografował. A mnie przypomniał się wiersz:

Morderca Ubożuchna rzewna mogiła bez pomnika majestatu pełna
przyszedł pan zdjął kapelusz jak chory w aptece i zarżnął święty nastrój ustawiając świece.

Stróż na placu budowy poganiał. Chciał już zamknąć bramę, minęła szesnasta. A tam, w środku, było jeszcze kilka osób. Do tego nowi właśnie przyjechali samochodem i prosili, by ich choć na chwilkę wpuścić. Nie chciał.

Podobno grób ma być dostępny przez tydzień po pogrzebie co dzień między dziesiątą a siedemnastą. A potem?


1
 Z wiersza Co prosi o miłość. 
2 Z wiersza Wyjaśnienie. 
3 Kiedy mówisz. 
4 „O tyle bowiem moje istnienie ma sens, o ile kocham innych ludzi” (Odtąd – dotąd). 
5 Do księdza Stanisława Bozowskiego. 
6 Św. Franciszek „Zaczyna się pochwała stworzenia…”. 
7 Cytat z wiersza Ankieta: „Czy nie dziwi cię / mądra niedoskonałość / przypadek starannie przygotowany…”.

Ksiądz, który umiał słuchać
Ewa Gwóźdź

urodzona w 1961 r. – architekt, stała współpracowniczka „Renowacji i Zabytków”, publikowała w „Spotkaniach z zabytkami”, w „Świecie Konsumenta” i w „Aspekcie Polskim”. Interesuje się sztuką. Lubi dziką przyrodę....