Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie

Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie

Chodzić do kościoła z dzieckiem czy bez niego? Na mszę dziecięcą, rodzinną czy zwykłą?

Jest taka historyjka obrazkowa Marka Raczkowskiego. Przy stoliku oświetlonym lampką siedzi mały chłopiec. W drzwiach stoi tato i pyta:

– Dlaczego nie jesteś w łóżku, Piotrusiu?|
– Odrabiam religię – odpowiada synek. Tata wychodzi. Drzwi zamknięte. Chłopczyk woła:
– Tato! – Mężczyzna z zatroskaną miną staje znowu w drzwiach, a synek pyta:
– Czy zabiłbyś mnie, gdyby Ci Bóg rozkazał?

Każdy, kto ma dzieci, wcześniej czy później usłyszy pytanie o Boga. Bo czego jak czego, ale pytań dzieci nam nie skąpią.

* * *

Sto Pociech to miejsce spotkań rodzin z małymi dziećmi. Od półtora roku działa przy klasztorze oo. Dominikanów na Freta w Warszawie. W październiku 2006 roku zorganizowaliśmy debatę zatytułowaną „Jak rozmawiać z dziećmi o Panu Bogu?”. Później rozesłaliśmy krótką ankietę do bywalców Stu Pociech – rodziców małych dzieci (do siódmego roku życia). Niektórzy byli lub są w różnych wspólnotach, inni określają swoje rodziny jako „przeciętne, niespecjalnie zaangażowane”. Na pewno wszystkich łączy obietnica złożona w czasie przysięgi małżeńskiej i chrztu, że decydują się wychować potomstwo w wierze katolickiej.

Co ma w głowie małe dziecko?

Moment, kiedy Poldzio zaczął mówić i stawiać pierwsze pytania, zbiegł się z czasem choroby i śmierci Papieża. W telewizji mówiono w zasadzie tylko o Papieżu. Nasz ledwo mówiący synek zapytał wówczas: „Czy Jezus jest synem Papieża?”. Pytanie szczęśliwie dość proste: „Nie, Jezus jest synem Maryi i Józefa”, odpowiedzieliśmy. „To Papież jest synem Jezusa?” – pytał dalej Poldzio. To już zaczęło być trudniejsze, ale chyba tylko dla nas. Poldek przyjął twierdzącą odpowiedź z naturalnością dwulatka.

* * *

Rozprawialiśmy raz o stworzeniu świata i człowieka, a Staszek na to – „A kto stworzył Pana Boga?”. Nurtuje go również, jak to jest, że Pan Bóg widzi nas z Nieba przez sufit albo przez chmury. Staszek nie jest bitny i raczej nie jest z tych, którzy są zawsze pierwsi, ale jest dosyć wrażliwy, więc dobrze zapamiętał sobie, że „ostatni będą pierwszymi” i po przegranej np. w wyścigu do drzwi domu zawołał: „I tak jestem pierwszy”, i przestał się przejmować.

* * *

Pewna trzyletnia dziewczynka rysowała dźwig mający uratować babcię z nieba. Inna spotkała się ze swoją prababcią, która była na wózku inwalidzkim, na kilka dni przed jej śmiercią. Uczestniczyła potem w pogrzebie. W domu zauważyła, że nie ma prababci, i spytała, gdzie ona jest. „W niebie” – odpowiedziała mama. Po dwóch tygodniach od pogrzebu Małgosia siedziała na huśtawce na placu zabaw. Bujała się tak wysoko, że jej mama zapytała: „Bujasz się, Gosiu, aż do nieba?”. Wtedy Gosia zamyślona zadała pytanie: „Do którego nieba? Do tego, do którego poszła prababcia?”. I po chwili, nie czekając na odpowiedź, dodała: „A prababcia poszła czy pojechała do nieba? Nie, wózek schowany. Poszła sama!”.

* * *

Podczas zabawy kolejką miś dróżnik wpadł pod pociąg.

Maciek (2,8 lat): – On umarnął.
Mama: – Możemy go jakoś ożywić. To jest zabawka. Możemy to zrobić?
Maciek po chwili: – A jak nie zabawka, to kto ożywia?
– ???? Tym, to już się Pan Bóg zajmuje…
– No, to pobawmy się w PAMBUKI.

Małe dziecko idzie do kościoła

– Mamo, ale było superowo!!! – woła czterolatek wracający z niedzielnej mszy.
– Cieszę się, Jasiu, a dlaczego?
– Bo cały czas SPAŁEM!!!

Chodzić do kościoła z dzieckiem czy bez niego? Na mszę dziecięcą, rodzinną czy zwykłą? Do którego kościoła? Ranking warszawskich mszy dziecięcych to temat niejednego forum internetowego. Pozwolić maluchowi wchodzić niemal na ołtarz czy raczej kategorycznie dyscyplinować? Można zasugerować mu wzięcie ze sobą religijnej książeczki, ale lepiej nie godzić się na wózek z lalkami czy auto. Niedzielna wyprawa do kościółka, na spotkanie z Panem Bogiem, do Bozi, małej dzidzi, która nazywa się Jezus…

Na pytanie, „Jakie są wasze doświadczenia w przychodzeniu z dziećmi do Pana Boga?”, otrzymaliśmy takie oto odpowiedzi.

Czasem niektóre babcie krzywią się, że dzieci gadają i marudzą… Mamy trzech synów i oni sami w sobie są bombą zegarową (czasami tylko z opóźnionym zapłonem) i w kościele potrafią dać popalić. Najlepszy jest Adaś (3 lata), który w trakcie mszy w najmniej odpowiednim momencie, np. w czasie podniesienia, informuje wszystkich dramatycznym głosem: „Ja nie chcę już TU być!”. Ale też zdarzają się i księża, którzy w czasie mszy zdegustowani wygłaszają tekst: „Proszę zabrać stąd TO dziecko”, kiedy TO dziecko po prostu paraduje po głównej nawie. To trudny problem, bo wiadomo, że podczas mszy ludzie chcą się skupić i modlić, a tu taki ryczywół nagle zaczyna truć. Kiedy jednak ksiądz poproszony o radę w tej kwestii powiedział mi, że lepiej, aby dzieci powoli od małego nauczyły się zachowania w kościele, w czym powinna pomóc wspólnota, a nie zostały przyprowadzone, gdy już są duże, i dopiero wtedy zaczęły przechodzić taką edukację, staram się nie przejmować, chociaż sama niezbyt toleruję bieganinę innych dzieci w czasie mszy. Przełomowym momentem była dla moich synów msza u franciszkanów na Nowym Mieście, podczas której niezbyt fajnie się zachowywali. Przede wszystkim pamiętam bieganie za nimi dookoła kościoła, a kiedy wreszcie wychodziliśmy, dojrzałam kątem oka, że biegnie za nami zakonnik. „No – pomyślałam sobie – teraz będzie wykład, jakimi fatalnymi jesteśmy rodzicami”, więc przyspieszyłam kroku. Kiedy jednak dopadł nas już przed kościołem, nas, rodziców, zignorował. Przykucnął przed chłopakami i ze szczerym uśmiechem powiedział im, jacy są fajni i że bardzo się cieszy, iż przyszli na mszę św., po czym wręczył im kartki ze św. Franciszkiem – chłopaki mają je do dziś i chowają w swoich pudełkach na skarby. To zdarzenie było całkowicie odosobnione i myślę, że dlatego zrobiło na chłopakach takie wrażenie – ktoś, i to ksiądz – w końcu się ucieszył, że BYLI na mszy.

* * *

Nasze doświadczenie jest takie: dzieci bardzo nudzą się na mszy i niechętnie na nią chodzą, ale z drugiej strony wiedzą, że nie mają innego wyjścia – w niedzielę do kościoła się idzie i kropka, więc raczej nie marudzą, natomiast bardzo jęczą, gdy wypada pozaprogramowa msza. Jak to zmienić? Można chodzić na tzw. msze dla dzieci, ale prawdę mówiąc, nasze doświadczenia z tego typu mszami były jak najgorsze i zawsze staraliśmy się ich unikać – małe dzieci nakręcają się wzajemnie, jest rozgardiasz i naprawdę trudno zarówno się skupić, jak i nauczyć dziecko tego, jak powinno się zachowywać w kościele. Mamy wrażenie, że podczas zwykłej mszy dziecko prędzej doświadczy atmosfery sacrum – ciszy i skupienia, do której chcemy je wprowadzić. Jeżeli już zupełnie nie da się wytrzymać i dziecko przeszkadza innym, wtedy wychodzimy do bocznej kapliczki, ale dziecko wie, że dobrym zachowaniem w kościele są raczej skupienie i cisza niż zabawa i chichoty.

* * *

Wspólna msza św. była „wyczynem”, męczącym trwaniem do końcowego błogosławieństwa, jeśli tylko nie było tak, że już przy wejściu synek stwierdzał: „Nie będę dziś słuchał tych śpiewów”. Nieustający dylemat niedzieli: do kościoła z dzieckiem czy każde z nas z osobna. Problem zakończył się (uff), od kiedy rodzinna msza św. u dominikanów przy Freta została podzielona na część dziecięcą prowadzoną w kapitularzu dziecięcym językiem obrazków i wyklejanek.

* * *

Centralnym punktem naszego „przychodzenia z dziećmi do Boga” jest niedzielna msza św. Można powiedzieć, że jest nam szczególnie trudno, ponieważ uczestniczymy we mszach w rycie klasycznym (po łacinie) w kościele św. Benona. Taka msza trwa półtorej godziny i jest pozbawiona wszelkich atrakcji, które są składnikiem liturgii dla dzieci w innych kościołach. To nakłada na nas obowiązek wprowadzenia dziecka w istotę misterium, które ma miejsce na ołtarzu, wyjaśnienia sensu części mszy i nauki w domu niektórych modlitw po łacinie (np. Ojcze nasz). Nie jest to łatwe wyzwanie, ale powolutku udaje nam się zachęcić naszą sześcioletnią córkę do skupienia uwagi na przebiegu liturgii.

* * *

Msza święta – to doświadczenia różnorakie, od bardzo miłych (wychodzimy z kościoła, a jacyś ludzie się do nas zwracają: „W tym tygodniu Państwa córeczka nie ćwiczyła zakładania butów na schodkach ołtarza”) po bardzo przykre (kiedy ksiądz na prowincji wyprosił nas z ambony z kościoła, bo córka zbyt głośno powiedziała, że chce iść „tam” – zainteresował ją obraz Matki Bożej). Córka ma niecałe dwa lata. Ostatnio przybyło nam trochę dobrych doświadczeń, bo dawała się na krótkie momenty zaangażować w mszę. A to pokazaliśmy jej, jak ksiądz przygotowuje dary, że ma kielich, a to podczas podniesienia patrzyła z zaciekawieniem, gdy ksiądz podnosił hostię (wykrzykiwała: „O! kółko!”), a to głaskała paschał i pokazywała paluszkiem wszystkie litery i cyfry do niego przyczepione, podobała się jej procesja na wejście (wszyscy na biało i dużo dzieci) i komunia św. (z zaciekawieniem obserwowała ludzi i komentowała: „Mniam, mniam!”). Teraz akurat ma ciężki okres i raczej się jej nudzi w kościele. Jedno z nas jest częściowo wyłączone z mszy – spacerujemy po kościele i staramy się jej pokazywać coś ciekawego (ostatnio podobała się jej figura św. Antoniego i znicze zapalone dla zmarłych dzieci). Wybieramy też raczej krótkie msze.

Dla nas jest to całkowita rewolucja w życiu religijnym. Oboje nie mamy żadnych wzorców z domów rodzinnych i czujemy się nieco zagubieni. Dbanie o własną modlitwę było o tyle łatwiejsze, że bez dziecka mogliśmy się skupić, „odpłynąć” w medytację, pójść na każde rekolekcje, które nam się wydawały ciekawe. Teraz jest to głównie bieganie za dzieckiem. Myślę jednak, że kościół, by dziecko chciało do niego pójść, powinien mu się dobrze kojarzyć. Nie być miejscem, w którym nagle mama i tata przestają się dzieckiem interesować, wyłączają się i złoszczą, gdy ono próbuje zwrócić na siebie uwagę. „Kto przyjmuje jedno z tych najmniejszych, Mnie przyjmuje”… staram się więc pochylać nad córką tyle, ile potrzebuje, tłumaczyć jej to, co się dzieje, i nie nadużywać jej dziecięcej wytrzymałości i cierpliwości. Czasem oznacza to, że napije się w kościele soku. Czasem, że błogosławieństwo przyjmiemy już w drzwiach…

* * *

Kiedyś uważałam, że dzieci powinny traktować chodzenie do kościoła w niedzielę jako coś tak oczywistego, jak mycie zębów… Teraz wraz z dorastaniem dzieci życie zaczyna to weryfikować. Zmuszanie ich do pójścia na mszę przestaje być przyjemne, a coraz trudniej wymyślić słuszne argumenty za tym przemawiające… Nie chcę nadużywać zdań „Bóg cię kocha, ty też kochaj Pana Boga”, by nie stały się nic nieznaczącym sloganem.

* * *

W słowach: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie. Do takich, jak one należy bowiem królestwo niebieskie (…)” widzę pełną akceptację tego, co dzieci ze sobą przynoszą – radość, entuzjazm, ekspresję, ale i hałas, brak umiejętności skupienia uwagi na dłużej niż pięć minut, czasami znudzenie. Takie po prostu są dzieci.

O ile jednak potrafię zrozumieć, że dzieci na pewnym etapie swojego rozwoju nie potrafią usiedzieć i bez względu na powagę sytuacji i miejsca muszą chodzić, o tyle nie zrozumiem rodziców, którzy bez względu na wspomnianą powagę muszą swoje dzieci dokarmiać – ciasteczkami, paluszkami, gumami, cukierkami. Asortyment jest szeroki. Nie zdziwiłabym się, gdyby Pan Jezus ponownie nie wytrzymał i przepędził kiedyś to całe towarzystwo.

* * *

Mamy wrażenie, że nawet podczas mszy dla dzieci zwłaszcza zupełne maluchy w ogóle nie czują, że ktoś na nie czeka i że Pan Jezus się cieszy, że przyszły do Niego, bo raczej są karcone i widzą tylko piorunujące spojrzenia, jak to fatalnie, że nie potrafią wysiedzieć godziny w jednym miejscu. Odwiedziliśmy kilkanaście kościołów w poszukiwaniu odpowiedniej mszy dla dzieci, ale wszystkie, na których byliśmy, przeznaczone są dla dzieci szkolnych, więc nasze przedszkolaki albo niewiele rozumieją, albo nie są w stanie wysiedzieć na ponadgodzinnej mszy, bo w paru przypadkach przeciągały się one nawet do godziny i 15. minut. Ciągle szukamy dobrego rozwiązania, bo nie chcemy, żeby dla dzieci był to tylko przykry obowiązek lub spełnienie oczekiwań rodziców.

* * *

Dopiero, kiedy z parafii odszedł ksiądz Robert, do wszystkich dotarło, że jego msze dla dzieci były prawdziwym „strzałem w dziesiątkę”. Spokojne, wyważone, z ładną, gitarową oprawą. Ksiądz Robert potrafił skupić na sobie uwagę dzieci opowieściami nawiązującymi swą tematyką do przeczytanego słowa Bożego. Zauważał dzieci. Mówił do nich.

Zaraz po komunii ustawiała się kolejka mniejszych i większych czekających na znak krzyża na główce. Byli i tacy, którzy do księdza podchodzili ze swoimi misiami czy innymi małymi pocieszycielami i mogli być pewni, że i one zostaną zauważone. Niektóre z modlitw czy części stałych zastąpiły piosenki. Dzieciom było łatwiej się odnaleźć w takiej formule. Dawała więcej radości. Prócz wymiaru sakralnego, coniedzielna msza wnosiła w ich życie radość i poczucie dumy z faktu przynależenia do wspólnoty, w której one i ich rodzice czują się dobrze.

Wydaje się, że dla dzieci, którym trudno jest zrozumieć inny niż doraźny wymiar mszy, najważniejsza jest osoba księdza i sposób, w jaki otworzy je na słowo Boga. Dla dzieci, w ich pojęciu, reprezentuje on cały Kościół. Czasami może nawet samego Boga…

* * *

Dobrym rozwiązaniem są również msze dla trochę starszych dzieci: u nas w parafii dla przedszkolaków i wczesnoszkolnych – gdzie jest wyznaczone miejsce dla dzieci w ławkach, jest ciekawe kazanie na dywanie i wszystkie dzieci wiedzą mniej więcej, jak się zachować. Natomiast młodsze są pilnowane przez rodziców.

* * *

Będąc w Anglii, widziałam w kościołach świetne kąciki dla dzieci – pełne książeczek o tematyce religijnej, kolorowanek biblijnych itp. Mam wrażenie, że na Zachodzie widać większą inicjatywę w wychowywaniu religijnym dzieci. Być może fakt, że jest ich mało, każe dbać o nie tym bardziej? Początkowo kąciki wydały mi się kontrowersyjne, ale ostatecznie uznałam, że jeśli o dziecko rywalizują silne bodźce multimedialne (TV, komputer), to znalezienie dla dzieci miejsca w kościele nie jest żadną komercją.

Małe dziecko się modli

Współczesni rodzice małych dzieci mają za sobą różne doświadczenia wyniesione z domu rodzinnego. Jedni modlili się ze swoimi rodzicami i dalej tak robią, teraz już ze swoimi dziećmi. Drudzy, choć nigdy w życiu nie uklękli ze swoim tatą do wieczornej modlitwy, teraz próbują ze swoim synkiem, ale czują się nieswojo, sztucznie. Często jest też tak, że to żona odczuwa potrzebę modlitwy i się modli, a mąż nie. Ona chce wspólnej modlitwy, on się wycofuje.

Jak się modlić z małym dzieckiem? Czy są sprawdzone rodzinne pomysły na modlitwę codzienną? Jak włączyć w nią swoje dzieci? Czy zawsze trzeba się modlić na kolanach? Czy Ojcze naszAniele Boży zmówione po zgaszeniu światła i już w łóżku zostanie nam policzone?

* * *

Na pytanie o modlitwę, ktoś odpowiedział wprost:

– Bardzo kulawo to idzie.

* * *

Pamiętam, gdy któregoś dnia mój trzyletni wówczas syn Filip przypomniał:

– Jeszcze ta modlitwa o kupie.
– …???!

Okazało się, że ma na myśli modlitwę do Anioła Stróża, a konkretnie fragment „bądź mi zawsze KU POmocy”.

* * *

Moja trzyletnia córeczka Olga do tej pory potrafi się rozpędzić: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami GRZECZNYMI teraz i w godzinę ŚMIERDZI naszej. Amen”.

Mimo takich doświadczeń zdecydowanie jestem za wprowadzaniem od najwcześniejszych lat zwyczaju codziennej wspólnej modlitwy. Na początku ze strony dzieci może to być obserwacja. Czerpanie przykładu, wzorca, zaprocentuje, dlatego dbamy o to, by na wspólnej modlitwie nie zabrakło i najmniejszego, jedenastomiesięcznego Łukasza.

* * *

Często proszę Zuzię, aby towarzyszyła mi w wieczornej modlitwie. Gdy mówi „nie”, nie zmuszam jej. Prawie zawsze jednak do mnie przychodzi, bierze modlitewnik i zaczyna coś po swojemu czytać i oglądać obrazki. Na końcu zawsze „robi amen” i jest bardzo zadowolona, bo ją chwalę.

* * *

Ala ma niespełna trzy lata. Już teraz woła mnie i męża na modlitwę. Klękamy, a ona wtedy wstaje, bryka i znowu klęka. Sama odmawia Aniele Boży, ale nie nalegam, żeby recytowała modlitwy, których treści nie jest jeszcze w stanie zrozumieć. Odmawiamy Ojcze nasz, a później następują tzw. luźne wnioski. Przede wszystkim dziękujemy i prosimy. Ala dziękuje najczęściej za bajkę, książkę, zdrowie i prosi o zdrowie, bajkę, książkę… Najwspanialsze jest to, że jesteśmy w tym razem. Nie mam tego typu doświadczeń z domu rodzinnego, więc zawsze w trakcie modlitwy czuję, że tworzymy razem z córką i mężem jedność, taką naszą małą rodzinę.

* * *

Od kiedy pojawiły się na tym świecie dzieci, modlimy się wieczorem całą rodziną. Nigdy nie uczyliśmy chłopaków modlitw, po prostu odmawialiśmy je razem, aż któregoś dnia (łza mi się wtedy zakręciła) Mikołaj odmówił razem z nami Ojcze naszAniele Boży bez zająknięcia. Ze Staszkiem było tak samo, tylko Adaś – od kiedy zaczął mówić – próbuje wpasować się z poszczególnymi słowami. Klękamy do modlitwy na koniec dnia, kiedy chłopcy są już gotowi do spania i jest to czas na podzielenie się z Panem Bogiem radościami i smutkami. Wszyscy za coś dziękują albo o coś proszą i czasami się zdarza, że wszyscy mówią jednocześnie. Nam to nie przeszkadza, chociaż czasami są bardzo ważne prośby i wtedy chłopcy upominają się, żeby i inni poprosili razem z nimi. Bywa, że zapraszają do modlitwy swoje pluszaki. Biorą swoje ukochane misie, małpki i żyrafy na kolana – tak jak my niegdyś braliśmy naszych synów – i one modlą się z nami o zdrowie dla chorej babci i żeby brzuszek nie bolał. Mikołaj prosi, żeby Pan Bóg mu pomógł lepiej postępować, Adaś, aby mama się nie denerwowała. Dzisiaj Mikołaj mnie zawstydził, bo poprosił o zdrowie i wszelką pomyślność dla pana dyrektora taty. No cóż, nigdy nie wpadłam na pomysł pomodlenia się za swojego szefa.

* * *

Brak wzorców wyniesionych z mojego domu rodzinnego czyni przybliżanie Boga dziecku sztuczne. Dla mnie np. niektóre gesty nie są naturalne (jak modlitwa przy posiłkach) i sama się z nimi źle czuję, jeśli nie jestem w szerszym gronie wierzących. Dziecko uczy się przecież przez naśladowanie, patrzenie na rodziców. Na razie więc rezygnuję z tego, co czyni mnie nieprawdziwą, w jakiś sposób sztuczną, bo myślę, że córka wyczuwa, z jakim nastawieniem coś mówię lub robię.

* * *

W ciągu dnia modlimy się wspólnie przed posiłkami. Najczęściej modlitwę prowadzi tata, ale zdarza się, że zastępuje go (z własnej inicjatywy) nasza córka. Modlimy się także wspólnie wieczorem przed pójściem spać. Zmawiamy Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Aniele BożyPod Twoją obronę. Do tego dochodzi dziękczynienie za różne radości, które przeżywamy, oraz prośby związane z naszymi potrzebami. Nasza córka bardzo lubi tę część modlitwy i często przypomina wydarzenia, o których my – dorośli – zapominamy. Także nasz czteroletni synek zaczął się ostatnio z własnej woli dołączać do intencji i prosić Pana Boga o dobrą zabawę w przedszkolu. Z kolei nasz najmłodszy – półtoraroczny – niewiele z tego wszystkiego rozumie, ale najładniej ze wszystkich dzieci klęka wieczorem na łóżeczku, patrząc uważnie, co robią pozostali członkowie rodziny.

* * *

Mąż, wychodząc rano do pracy, błogosławi nas wszystkich, robiąc każdemu znak krzyża – to taka nasza wspólna modlitwa. Czasem na spacerze wstępuję z chłopcami do kościoła i oglądamy, co tam jest, przez chwilkę jesteśmy przed Panem Jezusem.

* * *

Staramy się czytać jedno zdanie z Pisma Świętego z komentarzem dla dzieci i z króciutkim wierszykiem rymowanką na koniec. Potem staramy się podzielić czas na podziękowania, przeprosiny i prośby – czasem się udaje. Na koniec tylko Aniele Boży… Niestety, nic więcej oprócz wieczornej modlitwy. Sama nie pamiętam o porannym znaku krzyża czy przed wyjściem z domu, a także o modlitwie przed posiłkiem i po nim, a jest to dla mnie ideał życia rodzinno–religijnego – jeśli nie jest to tylko zewnętrzny gest, a prawdziwa pamięć i wdzięczność Bogu… Jednak nie mając w rodzinnym domu podobnego przykładu, a teraz też wsparcia ze strony męża, nie czuję się naturalnie z podobnymi gestami… Czasami z mężem praktykujemy czytanie brewiarza i marzy mi się, by kiedyś i dzieci się w to włączyły… Albo choć wspólny różaniec…

Na koniec

Rodzicom nie brak przytomnego spojrzenia na sprawę. Wszyscy, którzy podejmą trud refleksji nad religijnością swoich dzieci, są świadomi tego, że to oni są najważniejszymi wzorcami dla swoich pociech.

Przychodzenie małych dzieci do Boga i ich modlitwa to przede wszystkim patrzenie na rodziców i naśladowanie. „Tato jest taki wielki, więc jaki wielki musi być ten Pan Bóg w niebie, że tato przed Nim klęka”.

Jedna z mam napisała o swojej trzyletniej córce tak:

Aniele Boży nie różni się dla niej w istocie od Słonia Trąbalskiego, kościół jest dla niej atrakcyjny, bo tam się śpiewa i biją dzwony. Wydawałoby się, że jeszcze niewiele rozumie, ale wszystko chłonie. Jak gąbka. Staram się więc, żeby Weronka w tym swoim przedrozumowym poznawaniu świata chłonęła sferę sacrum, wiary. Mimo że rytuały, gesty, które wykonujemy, nie są dla niej jeszcze wypełnione znaczeniem, to fakt, że je wykonujemy, wydaje mi się nie do przecenienia.

Rodzice wiedzą, że odpowiedzialność za przyniesienie dzieci do Pana Boga spoczywa na nich. Doświadczony tato trójki maluchów pisze:

Potrzeba wiele cierpliwości i determinacji. Często jest tak, że dziecko przez długi czas sprawia wrażenie zupełnie niezainteresowanego tematem, a potem nagle w jakiejś jego wypowiedzi czy pytaniu pojawiają się echa tego, o czym wcześniej mówiliśmy. Można więc to porównać do hodowania roślinki, kiedy trzeba podlewać ziarenko przez długi czas, aby wreszcie pojawiły się pierwsze listki. Trzeba bardzo wierzyć w sens naszej rodzicielskiej misji, aby się nie zniechęcić.

I jeszcze jedna wypowiedź:

Mój problem polega na tym, że sama czuję się słabej wiary. I często się zastanawiam: uczę te dzieci wierzyć „we wszystko, czego Kościół naucza”, a czy ja w to wierzę? A jeżeli nie wierzę, to może okaleczam dzieci, nie dając im rzeczy najważniejszych, czy też dając im je zniekształcone własnym niezrozumieniem i niepoparte własnym przekonaniem, przeżyciem. Jednym jest dana wiara jak góra, drugim jak ziarnko piasku, a jeszcze innym w ogóle. I licząc tylko na własne siły, niewiele można na to poradzić. Wiem, bo po tegorocznych rekolekcjach ignacjańskich wcale nie poczułam się umocniona w wierze, tylko właśnie odstająca od reszty na kilometry i bez możliwości osiągnięcia tego poziomu, tej głębokości. Jak pogodzić chęć przekazania dziecku silnej wiary z własnym niedowiarstwem i wątpliwościami? Myślę sobie, że bardzo często pojawienie się dzieci zmusza rodziców do określenia się i do poszukiwań w wierze.

Może zatem nie dzieciom, a ich rodzicom potrzebne są nowe formy wsparcia? Potrzeba może przestrzeni na dyskusję świeckich i duchownych? A może rekolekcji zorganizowanych specjalnie dla rodziców małych dzieci? Może też potrzeba większej wyrozumiałości dla dziecięcej energii i sposobu poznawania boskich dzieł?

Może przecież być i tak, że dzięki tym wspólnie podjętym wysiłkom uda się nam, dorosłym, przyjąć perspektywę dziecka, odświeżyć spojrzenie na Boga i stać się jak dzieci.

Jako mama dwójki małych dzieci, mam taką nadzieję.

Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie
Katarzyna Dołęgowska-Urlich

trenerka, mama trójki dzieci, pracuje w Fundacji Sto Pociech – od początku istnienia tworzy to miejsce i nim zarządza. Jej ulubio...