Osobliwym kunsztem wiązane

Osobliwym kunsztem wiązane

W porodowej modlitwie dziecka podoba mi się także to, że wierny zanosi tutaj błagania całkowicie we własnej intencji, zatroskany nieobłudnie o siebie samego.

Nie wiem, gdzie mógłbym sprawdzić, czego Kościół naucza o najwcześniejszych formach modlitwy u dzieci. Co więcej, nie wiem nawet, czy istnieje na ten temat obowiązująca wszystkich wiernych nauka, korpus autorytatywnych wypowiedzi o tym, jakie warunki spełniać musi dziecko pod względem rozwoju intelektualnego, aby mogło się modlić, i to w jak najbardziej dosłownym sensie. Czy zresztą Kościół potrafiłby sformułować te warunki w taki sposób, żeby były zrozumiałe bez reszty dla specjalisty od psychologii rozwojowej, obojętnego – przynajmniej w praktyce zawodowej – na sprawy nadprzyrodzone? Jeśli taki opis wymaganych u dziecka zdolności umysłowych byłby w kościelnym dyskursie możliwy, to czym różniłby się od uczonej charakterystyki tych cech intelektu, bez których dziecko nie może sobie wyobrazić, że mówi do kogoś nieobecnego?

Wielowiekowa praktyka chrztu niemowląt wskazuje, że Kościół od dawna już nie wahał się przypisywać uczestnictwa w boskim życiu dzieciom nowo narodzonym, o ile oczywiście przez kąpiel pierwszego sakramentu zaszczepiona została w nich łaska uświęcająca. Można więc być mieszkaniem Trójcy Świętej nawet wtedy, gdy nie potrafi się jeszcze skierować swojej myśli na nic konkretnego, nie wyłączając mleka. Ze zgody na wczesny chrzest wynikałoby zatem, że łaska nie potrzebuje niczego poza człowieczeństwem jako takim – i że doskonale sobie radzi nawet z tymi istotami ludzkimi, które faktycznie nie mogą się jeszcze pochwalić takimi wyróżnikami człowieczeństwa jak rozum, znajomość języka czy sumienie. Tzw. życie nadprzyrodzone nie wymaga więc wcale modlitwy, przynajmniej u tych, którzy ze względu na wiek czy upośledzenie nie są do niej zdolni.

Owszem, kto prosi o chrzest dla swego dziecka, powinien zadbać o to, aby jak najwcześniej nauczyło się ono modlić już po włączeniu w tajemnice boskiego życia. Może obowiązek ten bierze się stąd, że na pewnym etapie, gdy intelekt zaczyna dojrzewać, życie nadprzyrodzone musi ogarnąć również myśli człowieka, angażować jego władze umysłowe, bo inaczej zatrzymałoby się w osobliwym niedorozwoju. Nie jestem pewien, czy to jest analogia bezpieczna, ale podobnie jest chyba z dążeniem do szczęścia nawet w granicach tego świata, bez żadnych boskich odniesień. Jak zauważono już w starożytnej Grecji, nikt nie wybrałby dla siebie, z perspektywy osoby dorosłej, owego beztroskiego życia, którym cieszy się niemowlę czy dziecko, którego wszelkie potrzeby zaspokajane są niezwłocznie i z miłością. W życiu takim, pozbawionym bólu, świadomości zła, odrzucenia, brakowałoby jednak tej ludzkiej głębi, bez której trudno sobie wyobrazić szczęście z prawdziwego zdarzenia, związane z działaniem i rosnące stopniowo, w miarę upływu lat.

Podobnie pewnie nikt, kto może myśleć o Bogu, mówić do Niego, spierać się z Nim itd., nie wybrałby dla siebie nadprzyrodzoności znacznie mniej skomplikowanej, takiej, w której uczestnictwo w życiu Boga pozostaje dla człowieka wprawdzie całkiem realne, autentyczne, ale nie porusza umysłu, odbywa się bowiem zupełnie poza świadomością. O ile więc życie z Bogiem możliwe jest bez modlitwy, zwłaszcza wtedy, gdy nie pozwalają na nią intelektualne ograniczenia wynikające z wieku lub choroby, o tyle jednak w idealnej sytuacji – przynajmniej na tym świecie – modlitwa jest użytkiem, który łaska czyni z naturalnej ludzkiej zdolności do myślenia i rozmawiania z innymi. Jeśli mam już wychowywać swoje dziecko w wierze, to powinienem zatroszczyć się o to, żeby praktyka modlitwy – nieudaczny gest krzyża na piersi czy kończenie z pamięci poszczególnych linijek recytowanej przeze mnie Modlitwy Pańskiej – nie pozostawała daleko w tyle za rozwojem tych zdolności umysłowych, bez których nie byłaby w ogóle możliwa.

Cokolwiek naucza Kościół w tej sprawie, nie ulega wątpliwości, że płód jeszcze nie umie się modlić, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, nie jest jeszcze fizycznie gotowy do myślenia i używania języka: jego mózg nie dorósł do owych niezmiernie złożonych zadań, bez których nie ma sensu mówić o modlitwie. Po drugie, i to już powód specyficznie religijny, modlitwa jest przejawem boskiego życia w tym, kto się modli, a o płodzie w łonie kobiety należałoby sądzić, że jest przez grzech pierworodny odłączony od Boga, jeszcze bowiem nie zagnieździła się w nim darmo dana łaska przez sakrament oczyszczenia. A skoro modlitwa nie jest w nikim tylko jego własnym dziełem, to wydaje się, że i z tego powodu płód nie jest do niej zdolny.

Bywa oczywiście tak, że ludziom nieochrzczonym Bóg przychodzi nagle do głowy – najpierw jako godna rozważenia możliwość, a z czasem jako adresat ich uwielbień czy próśb, słuchacz, od którego domagają się pomocy w rozstrzygnięciu, czy On w ogóle istnieje. Chrześcijanin odczyta taki zwrot ku Bogu jako skutek działania łaski w tym, kto dopiero ma się nawrócić i przyjąć sakrament inicjacji. Tak samo można by przecież powiedzieć, że skrucha jest u grzesznika skutkiem boskiego przebaczenia, a nie wstępnym warunkiem, który grzesznik musi o własnych siłach spełnić, aby zasłużyć na przebaczenie. Ciekawość Boga i wiara, które prowadzą do chrztu, podobnie jak skrucha pchająca ku spowiedzi, są paradoksalnie efektem łaski udzielonej w sakramentach, a tak czy inaczej nie podważają prawdy o bezwzględnym pierwszeństwie Boga w więzi z człowiekiem, o tym, że wszelki ruch we mnie ku Bogu jest w nietrywialnym sensie aktem Boga samego.

Ateusz nawiedzony w myślach przez Boga dysponuje wszakże tym wszystkim, co do modlitwy, przynajmniej w minimalnej postaci, konieczne: językiem, zdolnością do abstrakcyjnego myślenia, doświadczeniem w kontaktach z innymi ludźmi, o ile oczywiście można te rzeczy od siebie sensownie oddzielić. Płód nie ma natomiast żadnych takich przywilejów, więc życie Boże przed chrztem nie ma się w nim o co zaczepić, co zresztą prowadziło już w historii chrześcijaństwa do strasznych myśli o potępieniu wiecznym dzieci zmarłych bez chrztu. Foetus orans – płód, który się modli – jest zatem nie tylko psychologicznie niewiarygodny, ale może i w świetle doktryny kościelnej niemożliwy. Tylko sentymentalista religijny, nieczuły na prawdy wiary i nic sobie nierobiący ze zdrowego rozsądku, mógłby nalegać, że macica jest dla płodu ową izdebką, w której modli się on do Ojca w ukryciu.

Jednak nie mogę zaprzeczyć, że ta sentymentalna postawa ma dla mnie swoje atrakcje. Pociąga mnie ona tak samo, jak pobudza moją wyobraźnię domniemany dialog między Janem Chrzcicielem a jego młodszym kuzynem prowadzony z wnętrza ciał ich matek. Chciałbym, aby moje dziecko było już teraz jako płód właśnie zdolne do modlitwy, a podczas porodu mogło – bezgłośnie dla nas na zewnątrz – wydzierać się do Boga z prośbą o rychłe zakończenie tej strasznej próby. Gdzie, jak nie w kanale rodnym kobiety, wiarygodniej brzmiałyby słowa psalmisty, że nawet gdyby szedł ciemną doliną, nie będzie się lękał? Dziecko nie będzie jeszcze umiało ani myśleć o swoim zagrożeniu, ani ułożyć swojego aparatu głosowego w taki sposób, żeby wydać z siebie artykułowany dźwięk, który inni uznaliby za znaczącą wypowiedź. Mimo tych rozwojowych ograniczeń całym swoim ciałem, z uporczywym szlochaniem, wyrażać będzie niecierpliwą desperację, błagać o zapewnienie, że powolne brnięcie przez ciasny tunel nie skończy się dla niego śmiercią. Przyspieszonym rytmem serca klepać będzie nerwowe zdrowaśki, coraz krótsze i z czasem ograniczone do pierwszego wersu, zaczynane ciągle od nowa, jakby dziecko nie mogło skupić woli na tyle, aby chociaż raz odmówić modlitwę w całości.

Nie będzie to może modlitwa rodem z traktatów o duchowości – metodyczna, posłusznie rozłożona na poszczególne fazy, naznaczona osobistym piętnem mistrza, który dany rodzaj modlitwy swoim własnym przykładem i nauczaniem wypromował. Dziecko nie osiągnie zapewne szczytów kontemplacji, ograniczy się tylko do prymitywnej modlitwy błagalnej. Bez skruchy, uwielbienia czy zachwytu będzie w tych krytycznych chwilach zwracać się do Boga z prośbą o pomoc. Pod tym właśnie względem jako żarliwe błaganie skierowane do Tego, kto może mu dać to, czego dziecko najbardziej chce i potrzebuje, modlitwa płodu w kanale rodnym matki jest dla mnie wzorem. Nie chciałbym tutaj negować wartości przykładów wznioślejszych, wspartych świętością ich popularyzatorów i przenikniętych subtelną teologią. Doceniam te niedoścignione wzory pobożności, pragnąłbym nawet wytrwalej się do nich przymierzać, nie zrażając się tym wszystkim, co się w opisach heroicznej modlitwy bezlitośnie starzeje, jak np. skrupulatne klasyfikacje różnych typów doznań czy uznane sposoby zwracania się do osób sprawujących władzę, na których modlitwa żeruje w poszukiwaniu adekwatnego zwrotu do Boga.

W porównaniu z arcymistrzami modlitwy płód wydaje mi się jednak nadzwyczaj prostolinijny, podobnie jak Syn Boży w prostych słowach błagający o ocalenie w przededniu swoich katuszy. Bądź ze mną, ratuj mnie, nie daj mi umrzeć – to dla mnie najlepsze parafrazy tego, czym powinna być modlitwa, również wtedy, gdy nie jest wyłącznie takim desperackim krzykiem o pomoc. W porodowej modlitwie dziecka podoba mi się także to, że wierny zanosi tutaj błagania całkowicie we własnej intencji, zatroskany nieobłudnie o siebie samego, nie zaś o chwałę Boga, bezpieczeństwo bliskich czy pokój na świecie. Eksperci od duchowości piszą nieraz tak, jakby osoba, która się modli, miała być w swojej modlitwie nieobecna jako ośrodek pragnień, podmiot wyrzutów wobec adresata, reprezentant innego niż boski punkt widzenia na swoje własne sprawy. Rozumiem poniekąd ten ideał, przyznaję też, że wznoszenie myśli ku Bogu powinno skutkować z czasem nabieraniem dystansu do nieistotności przynajmniej niektórych z moich trosk. Zarazem nie palę się jednak do takiej modlitwy, w której miałbym się ostatecznie roztopić, nie umiejąc już nawet prosić szczerze o nic, bo sam stałbym się dla siebie kimś niepowtarzalnie nieistotnym.

Płód walący głową w ściany ciała swojej matki i Syn Boży walący głową w kamień Ogrójca – to dla mnie przypomnienie, że pierwsza osoba liczby pojedynczej ma swoje miejsce w modlitwie, której nie można zarzucić powierzchowności. „Choćbym nawet chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. Bez względu na to, co mówią adepci psychologii rozwojowej i teologowie, nie odmówię tych słów bezmyślnej istocie bez chrztu, zamkniętej wciąż w cudzym wnętrzu i coraz niecierpliwiej przeze mnie oczekiwanej.

Osobliwym kunsztem wiązane
Wojciech Jajdelski

urodzony w 1976 r. – absolwent filologii (polskiej i angielskiej) i prawa.Publikował m.in. w „Pamiętniku Literackim”, „W drodze”, „Literature and Theology” oraz „Pressjach”, jest współautorem „Encyklopedii języka angiels...