O najważniejszej ze sztuk

O najważniejszej ze sztuk

Potrzebował siedemnastu lat pracy, żeby zrozumieć, że o sile filmu stanowi bezlitosna szczerość człowieka, który go robi, i odwaga, żeby się nie cofnąć ani o krok. Nie filozoficzne konstrukcje (…), ale portret uczuć, których doświadczamy wszyscy i które rozumiemy, bo bez przerwy drżymy rozciągnięci między miłością i nienawiścią, między strachem przed śmiercią i pragnieniem spokoju.

pisał Krzysztof Kieślowski w tekście pod wymownym tytułem Milczenie Bergmana. Idąc za tą myślą, na moment cofnijmy się do epoki, w której raczkował dopiero ironiczny, reżyserski dystans, nonszalancja filmowych autocytatów, gra z widzem i zabawa formą. Od października 2005 roku na ekranach polskich kin ponownie mamy okazję oglądać filmy szwedzkiego reżysera. W ciągu następnych miesięcy w dystrybucji pojawiać się będą kolejne tytuły wyświetlane w odnowionych cyfrowo kopiach, by ostatecznie zakończyć przegląd wydaniem kolekcji na płytach DVD.

Spróbujmy na moment odsunąć zachwyt i nabożny szacunek, który nierzadko wywołuje obcowanie z arcydziełami, i z szerokiego katalogu filozoficznych inspiracji zatrzymajmy się tylko nad kilkoma, które na mapie światowego kina wyznaczyły Ingmarowi Bergmanowi terytorium zarezerwowane dla nielicznych. Zapytajmy o to, co dziś mówią do nas jego filmy, co jest w nich przesłaniem aktualnym, czymś więcej niż tylko muzealną ekspozycją.

Naddatek tajemnicy

Filmowe kadry, często trwalsze od samych historii, zapamiętywanych przez nas tylko w strzępach czy fragmentach. Wszak w pamięci widza ocaleją momenty, które niosą w sobie ową uwodzicielską cechę kina, naddatek tajemnicy. Być może nawet nie zawsze będziemy je rozumieli, może częściej będziemy przeczuwać ich sens, ważniejszy od wszelkiej publicystyki i dydaktyki. Styl narracji stworzony przez Bergmana operuje licznymi niedopowiedzeniami. Zostawia przestrzeń dla domysłów i interpretacji, ale jednocześnie uwodzi prawdą i intensywnością. Można się zastanawiać, skąd się bierze ta siła wyrazu, skoro szkielety fabuł wydają się proste, a skromność użytych środków zaskakuje. Może stąd, że Bergman traktował swój zawód jako powołanie i z niezwykłą powagą próbował zmierzyć się z granicą filmowego przekazu. Sceny – jak ta, w której Antonius Block gra w szachy ze śmiercią, pastor Thomas Ericsson zmaga się z wewnętrznym udrękami, a we śnie profesora Isaka Borga pojawia się zegar bez wskazówek, by przywołać te najbardziej znane – odkładają się w pamięci, domagając się wyłączności, ze swym dramatyzmem ukrytego piękna. Są jak ikony, które prowadzą do wnętrza naszego „ja”. Ta metoda obrazowania, stosowana także przez Felliniego, Tarkowskiego czy Antonioniego, czerpała siłę nie tylko z kina, ale i z niepokojów swoich czasów, łącząc się ściśle z refleksją moralno–filozoficzną. To kino, które wymyka się obiegowym określeniom: unikalny, wybitny czy artystyczny. Jest raczej przewodnikiem, partnerem do rozmowy. Przekonuje, że film na równi z literaturą może nauczyć nas czegoś o świecie.

Przez pryzmat dekalogu

Zaciętość i surowość ojca pastora, upór i narcyzm matki, złożyły się na bogate doświadczenie religijne wyniesione z domu. Wpłynęło to na niezwykle drapieżne filmowe portrety rodzinne. Stały się one jego autotematycznymi obsesjami. Z drugiej strony, dzięki takiemu wychowaniu, Bergman niezwykle poważnie traktował perspektywę spojrzenia na świat przez pryzmat dekalogu, choć sam z rozbrajającą szczerością przyznawał się do kryzysów z tym związanych. Starał się wyostrzyć konflikt między wiarą a obrazem świata narzuconym przez naukę i technikę, uchwycić subtelną dychotomię, którą dla wierzących stanowi „zgoda na świat”. W filmach Bergmana wiara i niewiara, sacrum i profanum, należą do istoty każdej duszy. Tam, w czterech ścianach osobowości, mają swoje źródło, tam dojrzewają i rywalizują ze sobą.

W trylogii o relacjach Boga i człowieka – Goście wieczerzy Pańskiej, Milczenie, Jak w zwierciadle – w której echem odbijają się słowa rodem z Dostojewskiego – „jeżeli Boga nie ma, wszystko wolno”, przesunął problem o krok dalej. Czy filozoficzne uśmiercenie Boga mające skutkować wyzwoleniem od wszelkich nakazów i norm daje rzeczywiście poczucie radości, czy raczej rodzi kolejne pytanie o to, co pozostanie? Zważywszy na powszechność podłości i okrucieństwa, na ciągłą przegraną dobra i ciągłe powtarzanie zwycięstwa zła, piękno powinno zniknąć. A jednak istnieje, tuż obok, równocześnie z horyzontami niczym nieskrępowanej przemocy. Gdzieś w tym miejscu szukał sensu zgody artysty na świat, łączenia estetyki i moralności. Czy dziś po niemal półwieczu wystarcza to za Bergmanowski dowód pochwały dobra stworzenia?

Nazwać po imieniu

Stworzył niepokojące w swoim wyrazie portrety ciemnej strony ludzkiej osobowości. Nie po to jednak, by dać wyraz swojej artystycznej fascynacji grymasem „prześmiewcy Boga”. Usiłował raczej nie pozbawiać zła konotacji moralnych, zdolności nazywania go po imieniu. Dziś trącić może to anachronizmem, zwłaszcza gdy zło w takim zagęszczeniu współegzystuje w kulturze, pełniąc rolę efektu, prasowej atrakcji czy newsa. Bergman wskazywał na konkretne postawy, stawiając pytania o to, do jakiego stopnia można żyć w pokoju ze sobą po popełnieniu pewnych czynów. Jaki jest motyw naszego zachowania – czy wybierając zło lub dobro, kierujemy się zimną kalkulacją, szukając rachunku zysku i strat, czy może strachem przed konsekwencjami czynów, które nie pozwolą nam żyć z poczuciem podłości wychodzącej z nas samych. Miał głęboką świadomość, że ostatecznie staniemy sam na sam ze swoim sumieniem, bez szkolnego tłumaczenia o determinującym wpływie otoczenia, nie zasłaniając się stopniowalnością naszych zachowań. Jego filmowe przesłanie wskazuje dziś na pewną zbieżność z uwagami Hanny Arendt o tym, że zło potrafi być banalne, ale że dobro jako jedynie prawdziwe ma swoją głębię i radykalizm.

Pomost do religijnych doświadczeń

Post scriptum do filmowego przeglądu zaczerpnijmy z Listu do artystów Jana Pawła II, w którym papież spokojnie i mądrze daje pochwałę artystycznych poszukiwań nieobcych skandynawskiemu reżyserowi. Kultura jest wiarą, czytamy w tekście, wypowiedzią całego człowieka, w całej rozciągłości jego związków z Bogiem, w ufności, wątpieniu, świętości i nikczemności, wrzasku i milczeniu. Utrata wiary w zdolność nazywania rzeczy po imieniu, tych najwyższych i najniższych, odstąpienie od szturmowania tego, co niewyrażalne, i zdolności przekazywania sobie tych treści i nazw, prowadzi w linii prostej do kapitulacji, bo po co żyć, skoro druga przestrzeń jest pusta, a dalej „tylko tumult między duszą i ciałem”, jak mówił Bergman. Papież zwraca uwagę, że autentyczna sztuka nie musi wyrażać się w formach wyłącznie religijnych, ale powinna mieć element pokrewieństwa ze światem wiary, również w sytuacjach głębokiego rozłamu między Kościołem i kulturą. Jest swego rodzaju pomostem prowadzącym do religijnych doświadczeń. Z tą myślą zgadza się swego rodzaju reżyserskie credo, zamknięte w dialogu bohaterów Siódmej pieczęci: – Czy nie przestaniesz nigdy pytać? I tak przecież nie otrzymasz odpowiedzi. Czasem myślę, że pytanie jest najważniejsze.

Na przegląd filmów Ingmara Bergmana składają się filmy: Siódma pieczęć, Tam, gdzie rosną poziomki, Źródło, Jak w zwierciadle, Goście wieczerzy Pańskiej, Milczenie, Persona, Szepty i krzyki, Sceny z życia małżeńskiego, Jesienna sonata.

O najważniejszej ze sztuk
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...