Jezus dekoracyjny
fot. jenna c / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Modlitwy wiecznego poniedziałku

0 votes
Wyczyść

Zalecam na początku krótkie, lecz obowiązkowe nawiedzenia, prawie jak wejście i wyjście, przy okazji, bez pracy nad oczyszczaniem myśli i czasu potrzebnego, by tak naprawdę pozbyć się noszonego w sobie zgiełku ulicy.

Chleb jest przeznaczony do jedzenia, a nie do wpatrywania się w niego. Sam Chrystus powiedział: „Bierzcie i jedzcie”, a nie: „Patrzcie, adorujcie”. Jednak dodał: „To czyńcie na moją pamiątkę” – chodzi więc również o działanie. Eucharystia to nie modlitwa, śpiew. Jej najbardziej charakterystyczny element to łamanie chleba, jest więc przejściem, Paschą. Jesteśmy naznaczeni przemyśleniami średniowiecznych teologów, którzy – jak to podkreśla chociażby ojciec Pierre-Marie Gy w Avancées du Traité de l’Eucharistie de S. Thomas…, artykule opublikowanym w 1993 roku – skoncentrowali teologię Eucharystii na fragmencie Chrystusowego przesłania – nakazu: „To jest moje Ciało, to jest moja Krew”, w odróżnieniu od współczesnych teologów podkreślających: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Oczywiście dziękczynienie jest drugim wymiarem Eucharystii i nie wolno go zaniedbywać, ale powinno znaleźć swoje zasadnicze miejsce w sprawowaniu mszy świętej, w momentach do tego przeznaczonych i podkreślanych wezwaniami: „W górę serca”, „Dzięki składajmy Panu Bogu naszemu”, jest bowiem dziękczynienie (gratiarum actio) najbardziej fundamentalną postawą chrześcijanina, która zakłada zaufanie pokładane w Bogu, oddawanie Mu chwały za dzieła, które uczynił, a nade wszystko za Łaskę, której udzielił nam w Jezusie Chrystusie (J 1,17; por. Paul de Clerc Adoration eucharistique et vigilance théologique). Chrystus nie jest ograniczony przez przestrzeń kościoła czy tabernakulum. Podczas mszy świętej stół słowa Bożego jest zastawiany razem ze stołem eucharystycznym, Chrystus jest obecny w swoim Słowie, a adoracja Najświętszego Sakramentu spycha słowo Boże na pozycję tolerowanego dodatku, prywatyzuje członków kościelnej wspólnoty, która tworzy się właśnie przez sprawowanie Eucharystii, prywatyzuje Chrystusa, który staje się moim Jezusem, doskonałym psychologiem, który rozumie mnie i popiera w przeciwieństwie do nieakceptującej mnie wspólnoty. Godziny spędzane przed tabernakulum są często ucieczką od domowych obowiązków i wezwań codzienności.

Co to znaczy

Najprawdopodobniej słowo „adoracja” pochodzi od łacińskiego ad os (do ust) opisującego gest, w którym adorujący przykładał rękę do ust i przesyłał pocałunek. Była to cześć specjalna, zarezerwowana dla bogów starożytności i osób uchodzących za równych bogom – jak choćby imperatorzy. Taki właśnie gest wykonuje starożytny chrześcijanin Alexamenos na znanej bluźnierczej karykaturze przedstawiającej Chrystusa w postaci oślej głowy na krzyżu. Karykatura podpisana jest: „Alexamenos adoruje swojego boga”.

Dla św. Tomasza z Akwinu gest adoracji Boga ma wymiar zewnętrzny i objawia się pokorną postawą ciała: przyklękanie wyraża, jak bardzo jesteśmy słabi w porównaniu z Bogiem, prostracja (padnięcie twarzą na ziemię, leżenie krzyżem – przyp. red.) wskazuje na naszą nicość wobec Bożego istnienia. Dyspozycja wewnętrzna wyraża się w geście zewnętrznym, który służy podtrzymaniu i ćwiczeniu wewnętrznej pobożności. To Bóg jest Panem Wszechświata. Stworzycielem Nieba i Ziemi, Kimś, kto powołał nas do życia, dlatego należy Mu się bezwarunkowa adoracja, która według Tomasza obejmuje umysł i wolę. Chcąc Boga adorować, trzeba Go już w pewnym sensie znać i ciągle tę wiedzę wzbogacać. Umysł z pokorą dostrzega wszędzie ślady Boga, także w ciężkich próbach, którym poddany jest człowiek na tej ziemi. Wola zaś nagina człowieka do pokornego stylu przeżywania rzeczywistości.

Łatwo również rozpoznać w tej sferze owoce adoracji: człowiek staje się wyciszony, ogarnięty miłosną Bożą bojaźnią, Bóg sam staje się inicjatorem swojego kultu i ludzkiego działania, które doprowadza człowieka adorującego do szczerego ofiarowania się Bogu. Człowiek taki zawładnięty jest przez prawdę o Bogu – tak więc nie może zanegować ani Bożej wielkości, ani Jego miłosierdzia, piękności czy mocy. Tak samo godny jest adoracji Jezus Chrystus, Bóg Człowiek, co stwierdza II Sobór Konstantynopolitański w 553 roku. Sobór Trydencki wyznaje, że nasz Pan – to znaczy Jego ciało, Jego krew, Jego dusza i Jego boskość (por. Dezinger, nr 478) – jest prawdziwie, rzeczywiście, substancjalnie obecny w świętej eucharystii i ma być w niej adorowany.

Działanie sakramentu

Gdy zastanowimy się chwilę nad Ewangelią, oto spotykamy niespodziewanie Miłość absolutnie skonkretyzowaną, dotykalną, cierpiącą, łaknącą mnie dla mnie samego, a zarazem mającą nieutulone pragnienie wprowadzenia mnie z moimi braćmi w nieopisaną miłość Trójcy Świętej, podzielenia się nią, udzielenia jej, aby radość nasza była pełna; miłość Tego, który „wykrwawiony, poraniony, nie cofnie nigdy swego oddania się”. Miłość, którą może doskonale scharakteryzować i taka, nieco szokująca, opowieść z naszej epoki, spisana przez Grzegorza Górnego: „Przypomina mi się rozmowa pewnego księdza z człowiekiem, który wyznał, że bardzo chciałby móc choć przez chwilę być na miejscu Boga i poczuć to, co czuje Bóg. – Nic prostszego – odpowiedział kapłan – weź młotek i wbij sobie gwóźdź w rękę”.

Miłość ta jest niewyobrażalna, jest nieobjęta, lecz zarazem każdy z nas może wiele o niej powiedzieć, gdy tylko uzna, że to sam Mesjasz Jehoszua z Nazaretu, Chrystus spowiada się z moich grzechów Bogu. „Nie takiego mamy arcykapłana, który by nie umiał współczuć ludzkim słabościom!” (Hbr 4,15). Zawsze, w każdym momencie, jaki został mi dany do przeżycia. Jego współczucie objawia się najpełniej w eucharystii. To w niej „Pan przychodzi, jest to Jego akt, ale nie następuje potem akt odejścia. Można to powiedzieć inaczej: Ofiara eucharystii stanowi prawdziwe wydarzenie, a zarazem wtargnięcie wieczności w czas, po czym nie następuje powrót do wieczności” – pisał Hans Urs von Balthasar w Duchu chrześcijańskim. Należy więc dotknąć eucharystii, zobaczyć w niej działanie i kontemplację. Jeszcze dosadniej – zrobić szybki rachunek sumienia z naszego przeżywania mszy św. Zdaję sobie sprawę z niezależności sakramentów i ich działania przekraczającego moje ograniczenia, psychiczne stany i fizyczne ułomności. Jednak moim zadaniem jest dogłębne przyjęcie i przemyślenie tego, co się stało i dzieje się w eucharystii (bo msza św. odprawia się we mnie nieustannie!). Moim zadaniem jest zachowanie w sercu tej drżącej z bojaźni miłości, która stała się i trwa, choć powtarzamy za patriarchą Jakubem: „O, jakże miejsce to przejmuje mnie grozą! Prawdziwie jest to dom Boga i brama niebios” (Rdz 28,17).

A wszystkim sfrustrowanym przez ułomne przeżywanie Przenajświętszej Ofiary daję pocieszenie, ale z tym zastrzeżeniem, że nie będzie ono pojmowane jako przewartościowanie wydarzenia i nie będzie zachętą do słodkiej statyki, podczas której ubijamy czasami dość bezwzględnie życiowe interesy. Będzie to próba definicji adoracji Najświętszego Sakramentu. Pisał Balthasar: „Adoracja jest pamiątką i serdeczną myślą o tym, jak odwieczna miłość wtargnęła w czas, a czas otwiera się dla wiecznej miłości. Nikt nie potrafi uświadomić sobie czegoś takiego podczas mszy św.: przystępuje i przyjmuje chleb, może także wino, spożywa je i wraca na swoje miejsce, a po pięciu minutach opuszcza kościół. Nie wie, co się z nim dzieje. Wierzy, jak potrafi, ale wie, że nie zdaje sobie w pełni z tego sprawy. Pociesza się, iż całego życia na to nie starczy. Godzi się z tym, i słusznie. Mimo to ma wyrzuty sumienia. Przyjął oddanie się Boga i tym samym je potwierdził. Czyż to nie znaczy jednak, że powinien upodobnić swoje życie do tego oddania się i poszerzyć do jego wymiarów? Jak to ma zrobić? Przeżywa dzień powszedni, jak potrafi. Z dobrą wolą. Jednak czy tak zwana dobra wola pozostaje w jakiejkolwiek proporcji do bezgranicznego udzielania się Boga w Jezusie Chrystusie? Czy jest jakieś kryterium, by móc o tym sądzić?”.

Powiedzmy od razu szczerze: nie. Dobra wola nie wystarczy, jako też i marszczenie czoła w wytężonej, intelektualnej refleksji lub powtarzanie frazesów o swojej niegodności. Szybko doprowadzi to do swoistej chrześcijańskiej ekologii, w której chroniony jest zagrożony gatunek: człowiek – kosztem Boga. Powiedzmy jeszcze inaczej: podkreślanie w eucharystii wyłącznie działania prowadzi wcześniej czy później do uzurpacji na terenie eucharystycznej wspólnoty, która to uzurpacja zawsze jest w końcu zamachem na zdrowy rozsądek i żywi się dla swojego przetrwania sukcesem, pogardzając światem rzeczy małych i pokornych rodem z Nazaretu.

Działanie sakramentu przekracza samo siebie. Będąc przede wszystkim przyjęciem miłości Boga, zawiera w sposób istotny moment kontemplacji, który przynagla, by sięgnąć poza działanie. Muszę i chcę dalej i głębiej przemyśleć „wielkie rzeczy, które mi uczynił Pan”. Muszę i chcę materialnemu pokarmowi i napojowi otworzyć mego ducha i mą egzystencję, ponieważ Pan, oddając mi się, zwraca się do nich. Akt przyjęcia musi objąć mnie całego, ogarniętego bez reszty wydarzeniem – stanem Pana eucharystycznego, który jest „Najświętszy” (Balthasar).

Jedyną prawidłową odpowiedzią na „wielkie rzeczy” jest człowiecza wdzięczność obecna właśnie przy adoracji, wdzięczność ogarnięta eucharystyczną łaską. Jakże wielka to dla człowieka próba!

Jeśli już się zdecydujemy…

…nawiedzić Najświętszy Sakrament i przyznać trzeba, że jest to wcale częste, choć zazdrośnie skrywane, bo kojarzone z naszymi niemocami i brakiem sukcesu, to przychodzimy niejednokrotnie dzielić się swoim bezsensem, nie pojmując osobistego wrzucenia w życie. Wychodząc z kościoła, czekamy podświadomie na spełnienie próśb. Czy więc była to adoracja? Powiedzmy, że tak. Może lepiej: spotkanie swojego bezsensu z bezsensownym statusem Eucharystycznego… Być może to właśnie u początków adoracji – wdzięczności – powinna leżeć podzielona troska, może nawet bez wielkiej wiary, bez mocnego przekonania o prawidłowości adresu. Może właśnie to otrząśnięcie się nagłe i pytanie, gdy powstaję z klęczek: „Co ja właściwie tu robię i przed kim?!” poprowadzi mnie do Jego tajemnicy.

Zalecam na początku krótkie, lecz obowiązkowe nawiedzenia, prawie jak wejście i wyjście, przy okazji, bez pracy nad oczyszczaniem myśli i czasu potrzebnego, by tak naprawdę pozbyć się noszonego w sobie zgiełku ulicy. Proponuję powtarzać, niekiedy na siłę, słowa małego Samuela przynaglanego głosem Pana w świątyni: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha”. Jesteśmy Jego dziećmi, mamy wolny przystęp do Boga. To, „czym Bóg jest, zostało nam objawione w eucharystii”. Nie lękajmy się, Bóg poszerzy nas do wymiarów eucharystii. I z adoracji wyniesiemy pokorę, bo eucharystia jest pokorą Boga. Zostaniemy uciszeni, bo oto znaleźliśmy się w miejscu zamieszkanym, a nasza cisza będzie współtworzyć wspólnotę, do której przynależymy i która często zdawała się nam nie na naszą miarę (w dobrym i złym sensie tego słowa). Na niej to rozważymy Słowo, które może wcześniej „stało się dla nas” podczas sprawowania eucharystii. Poczynimy także bardzo konkretne postanowienia – przebaczenie wrogom, opowiedzenie się za prawdą, przyznanie się do winy. Powoli też nauczymy się przebaczenia stawiającej nam opór materii świata, który jest kochany przez Boga, tak kochany, że zesłał na niego swojego Syna, który stał się człowiekiem. „Człowiek ten został rozżarzony ogniem Boga na niezliczone iskry, trwa w stanie takiego oddania się Bogu, że Ten w sposób niewyczerpany może Go dzielić na niedostrzegalne okiem cząstki – przez wszystkie czasy i przestrzenie. Wszak to Bóg Ojciec rozdaje nam Eucharystycznego Syna, a Bóg Duch Święty sprawia, że niewysłowione pomnożenie jednokrotnego wydarzenia stale się powtarza. Przede wszystkim jednak Ten, który się oddał, zamordowany na krzyżu, wykrwawiony, poraniony, nie cofnie nigdy swego oddania się. Nigdy nie będzie scalał swych cząstek eucharystycznych, aby powstała całość. Jako zmartwychwstały żyje także w stanie oddania się i wykrwawienia…” (Balthasar).

Jeśli całym sercem przylgniemy do tego porażającego świadectwem wiary cytatu, na adoracji da znać o sobie absolutna, pozbawiona wszelkich póz i infantylizmu bezradność, bo bezradność okazuje się wtedy, gdy przywracane są właściwe proporcje człowiekowi i Bogu, wobec którego człowiek staje i któremu pozwala być Bogiem, ale również – a może nade wszystko – wtedy, gdy proporcje zostają potężną decyzją Boga zachwiane i człowiek wezwany zostaje bezwarunkowo do proporcji Boga… „Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz? Czym syn człowieczy, że się nim zajmujesz” – powtarza oniemiały psalmista. I takie jeszcze słowa: „Podnosisz z prochu nędzarza i z barłogu dźwigasz ubogiego, by go wśród możnych posadzić, wśród książąt swojego ludu…”. I być może człowiek zniszczony bezsensem, człowiek, któremu zadawany ból i własna nikczemność nie wykrzywiły twarzy grymasem, lecz uczyniły z niej jeszcze jeden rekwizyt podobny do tych z „wielkiego magazynu zrzuconych i zdartych skór, czy, jak kto woli, krajobrazu po wyprowadzce” (Josif Brodski), być może człowiek ten po raz pierwszy zapłacze, aby się rozwiązało. I stanie się to być może dziś, czyli w czasach ostatecznych, kiedy On stoi u drzwi, a nam wystarczy – jak mówił Balthasar – „jedno uderzenie skrzydeł – i za nami wieczność”.

Jezus dekoracyjny
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny* polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze