Zimne ognie
fot. Warren Wong / UNSPLASH

Iskra odpoczynku

Kiedy nagle gasło światło, wiedzieliśmy z bratem, co robić. Mama nauczyła nas, że brak prądu oznacza też brak wody. Podstawialiśmy pod krany miednice i garnki, odkręcaliśmy kurki i w podnieceniu obserwowaliśmy, ile zdążymy jej zebrać. Po kilku minutach strumień słabł, a wreszcie ustawał, z kranu wydobywało się tylko ciche syczenie. Byliśmy z siebie dumni, jeśli udało się napełnić miednicę i czajnik. Kiedy wrócą prąd i woda? – to zawsze pozostawało niewiadomą, zaś ich zniknięcie – choć częste – nigdy nie przestało nas zaskakiwać.

Mnie jeszcze nie było wolno majstrować przy zapałkach, więc biegłam do przedpokoju po wojskową latarkę na płaskie baterie, a starszy brat wyciągał smukłe białe świeczki i topił trochę wosku na szklanych spodkach, na których paliły się później w kuchni. Bo kiedy robiło się ciemno, wszyscy zbieraliśmy się w kuchni. Razem było raźniej. Dla otuchy odpalaliśmy też jeden czy dwa palniki kuchenki gazowej. Siadałam przy niej na taborecie i uderzałam palcami w podłużną poziomą rączkę piekarnika, na której wisiały lniane ściereczki. Udawałam, że jestem pianistką, a kuchenka jest moim fortepianem. Grałam nieme koncerty dla zwisających z drewnianego wieszaka chochli i wałków, suszącej się pod okapem wiejskiej kiełbasy i kryształków soli wyrastających na sznureczku nad słoikiem, zgodnie z zadaniem domowym wyznaczonym przez panią od fizyki. Grałam dla rzeżuchy kiełkującej na wilgotnej gazie i dla twarog

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 11, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść