konfesjonał
fot. Grant Whitty / UNSPLASH

Kłopoty z nawróceniem

Choć moja przeszłość jest częścią mnie, choć w jakiś sposób mnie wykuła, nastroiła, nie ma zniewalającego wpływu na moją wolę. Nawrócenie to danie sobie nowej szansy. Być może znowu się nie uda, ale spróbuję.

Nawrócenie nie ma dobrej sławy, choć niby powinno. Jeśli jestem uczniem Chrystusa, jeśli świadomie Go wybrałem, jeśli Ewangelia ma być osią mojego życia – ideałem, który przyjmuję jako własny, powinno mi zależeć, aby się do niego przybliżać, aby moje życie coraz bardziej do niego przystawało. W końcu nawracam się w stronę dobra – nie pozornego, ale rzeczywistego, które za takie uznałem.

Nawrócenie może się kojarzyć ze smutkiem. Muszę się nawrócić, a zatem coś zostawić. Grzechy, ale czy tylko? Nawrócić się to znaczy być innym, wybrać inne życie. Łatwo powiedzieć, kiedy to życie jest trudne i męczące, ale co wtedy, jeśli kocham moje życie? I kocham siebie takiego, jaki jestem. W końcu już się do siebie przyzwyczaiłem. Nauczyłem się ze sobą żyć: nieidealnym, popełniającym błędy. Zgrzeszę – przeproszę. Przeproszę – zgrzeszę. Kocham siebie. Mam zatem siebie zostawić? Czy nie jest to jakaś niemiłość?

O nawróceniu mówimy, że to porzucenie dawnego człowieka (Ef 4,22–24). Święty Paweł nie przez przypadek pisze o śmierci (Rz 6,11). A skoro nawrócenie jest śmiercią – grzechu, ale też dawnego mnie – to czy nie będzie na miejscu pewna żałoba? By odżałować siebie, swoje radości, przyjemności, przywary. Tymczasem w uszach brzmią słowa Zbawiciela, który ogłasza światu swoje nadejście i misję, jak przekazał ewangelista Marek: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). Czas się wypełnił, a więc nie ma czasu. Trzeba się spieszyć, nie ma na co czekać, a co z takimi maruderami jak ja?

Tu i teraz

Nawrócenie może się wydawać etapem wstępnym, przejściowym lub okresowym w życiu chrześcijanina. Najpierw się nawracam, a potem już żyję jak chrześcijanin. Przy takim rozumieniu nawrócenie byłoby skończonym procesem: jak ukończenie szkoły podstawowej czy odbycie nauk przedmałżeńskich. Te analogie pokazują jednak problematyczność takiego podejścia. Przecież uczyć należy się całe życie. Wiedza nieużywana odchodzi w niepamięć, a tempo, w jakim zmienia się świat (i my wraz z nim), domaga się ciągłego studiowania. Podobnie nie da się raz na zawsze zdobyć miłości. Komu się wydaje, że wraz z wypowiedzeniem sakramentalnego „tak” zostaje zwolniony z dalszego wysiłku, bo może traktować bycie drugiej osoby przy sobie jako zagwarantowane, właśnie zaczyna ją tracić. To samo dotyczy też dynamiki nawrócenia. Nie rodzimy się, ale stajemy się chrześcijanami. Wiara nie jest czymś, co da się zakontraktować raz na zawsze, ale jest ciągłym wychodzeniem w drogę, ciągłym mierzeniem się z sobą: swoimi ograniczeniami, pytaniami, próbami. Dotychczasowa historia może stanowić cenną pomoc, ale nie chroni przed upadkami i nie zapieczętuje drzwi ewakuacyjnych: droga odejścia jest zawsze otwarta.

Nawrócenia nie można też sprowadzić do corocznych ćwiczeń wielkopostnych. Jest to, owszem, szczególny czas, kubeł zimnej wody dla uśpionego sumienia. Nie można jednak traktować Wielk

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 11, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść