Feudalnie

Feudalnie

, 0 recenzji

Prowincje wracają

Prowincje wracają na weekend do domu
Ale już nie są dla nich kraje zawarszawy
Warszawy też nie dla nich. Takie to sprawy

– Kto jesteś? A nie wiadomo
Pewno Polak, lecz mniejszy
Na ten dzień dzisiejszy
Trzeba pobyć z rodziną, która jest przyczyną
Że ledwo ze snów nad ziemię wystają
Żegnają się i zgrają do miasta wracają
Ale ono ich nie chce

Dlaczego?
Czy z butów wyłażą im wiechcie
Choć markowe kupili trzewiki.
Dlaczego?
Wciąż ten but ich uwiera
A, nie wiedzą jeszcze
Że ten nóż zatknięty za cholewą

Napisałem ten wiersz już ze trzy lata temu. To opis czasu, kiedy Warszawa i inne duże miasta jakby pustoszeją. Bo duża część „mieszkańców-niemieszkańców” wraca do siebie. Gdzieś do małych miasteczek, gdzie nie ma roboty, na wieś, gdzie trudno żyć. Za czasów mojej młodości tłukliśmy się pociągami podmiejskimi po parę godzin dziennie. Wracaliśmy nocą tylko po to, żeby coś jeszcze zrobić przy domu, przyłożyć głowę do poduszki i wczesnym rankiem ruszać znów do stolicy. Oczadziali ze zmęczenia, bezdomni właściwie. Bo nie było czasu na nic więcej niż praca, dojazdy i bytowanie. Czy teraz nie ma tych ciągle bezdomnych? Są. Jest trochę inaczej, bo wielu z nich wynajmuje gromadnie jakieś mieszkanie, np. w Warszawie. Ale nie stają się obywatelami ani tego miasta, ani swojego – rodzinnego, gdzie niby jeszcze mieszkają. Gdzie niby czują się swojakami, a naprawdę… Nie są ani tu, ani tu.

Czy to tylko problem pracy i mieszkania? A może groźna moda na wykluczanie. Co to znaczy?

Dzisiaj silne i ważne są grupy zamknięte. Wrogie dla innych, bo we własnej grupie zaciekle bronią zasady „dobrzy jesteśmy”. My. Żeby czuć się lepiej, należy innym narzucić swoją lepszość. A przede wszystkim narzucić ją sobie. Stworzyć układ wzajemny, do którego tak zwane przynależenie jest zaszczytem. Szkoda jedynie, że często ten niby-zaszczyt jest okupiony niewolnictwem wobec reguł tylko „naszych”. Reguły takie nie mają zazwyczaj myślowego uzasadnienia. Odwrotnie, muszą być przeciwstawne w myśleniu. Jesteśmy lepsi, bo ci inni są gorsi. My „ cool” – oni „obciach”. Tak jak zasady u kibiców drużyn piłkarskich, które kibiców przekształcają w kiboli. Wielbią więc siebie, nienawidząc innych. Dochodzi do tego, że nieważne są naprawdę piękne zagrania przeciwstawnych drużyn. Czasem już nawet nie o mecz chodzi. Przecież coraz częściej kibole umawiają się na tak zwane ustawki, podczas których jedni leją drugich. Bo są dla siebie wzajemnym, mówiąc najłagodniej, obciachem. I należy drugich zniszczyć.

Wiadomo, że wzajemne wykluczanie się jest niebezpieczne. Nawet dla naszego kraju, który też bywa przyjmowany z trudem do różnych wspólnot europejskich. No niby przyjmują, ale tak, żeby poczekał sobie w przedpokoju. Tylko co tu narzekać, skoro sami tak postępujemy wobec siebie. Zawsze tak było. Bo ci co bardziej tępi łatwiej zaznaczają swoją wyższość przez wykluczanie innych niż przez otwieranie się na inne wymagania. Bywa, że następuje przewartościowanie, byle wpasować się w świat łatwych pewników. Często wreszcie także pod hasłami otwartości tworzymy bardzo eleganckie zamknięcie.

Czy to, że tak bardzo walczyliśmy o wolność, o solidarność (to słowo rozumiem przede wszystkim społecznie), o prawdę, o braterstwo, ma się skończyć tym, że ostatecznie wolność pojmujemy jedynie w odniesieniu do własnej grupy, a solidarność to już tylko pojęcie démodé? A może znaczenie się przewartościowało, ot tak według kodeksu grup? A może jest to tak bardzo zawstydzające, że lepiej zapomnieć?
Zatem na złość przypomnę dawny dowcip. Otóż w PRL-u wiele się ględziło o walce o pokój. Złośliwi powiadali: Tak długo będziemy walczyć o pokój, dopóki nie zostanie nawet kamień na kamieniu.

Coś takiego się dzieje w naszej Niepodległej. Ględzimy, rozmywamy, podpinamy co rusz inne podpinki.

Ale zostawiam myśl, bo wejdzie w politykę, a ta, jak wiemy, źle kształtuje nasze przyzwyczajenia i obyczaje. Sam nie mam na nią sposobu. Mogę tylko od polityki uciekać. Ślepy jednak nie jestem i coraz bardziej uwiera mnie problem tej bezdomności, jaką ludzie czują w sobie, strachu przed wykluczeniem, dążenia do bycia „kibolami”. Bo niby inteligentni ludzie, ale też to polubili. Chcą być gdzieś bezpiecznie, więc starają się dostać do (ja to tak nazywam) „korporacyjnego systemu bezpieczeństwa”. Zanim się obejrzą, wpadają w pułapkę. Bo system ów jest ostatecznie feudalny. Dostajesz obronę, szanse nijakie, ale za wasalstwo i posłuszeństwo bezwzględne. No i niektórzy się załapują, inni nie. Ci, którzy się załapali, muszą uwiarygodniać siebie przez wykluczenie innych.

Dzieje się podobnie nawet w zwykłym warszawskim tramwaju. Ludzie tego miasta, które historia połamała, przemieliła tak, że naprawdę mało w nim odwiecznych mieszczan, z upodobaniem grają rolę miastowych wobec wiejskich, stołecznych wręcz buraków. To daje siłę, umacnia w poczuciu wyższości. A odrzuconym wskazuje drogę jedyną: Wcisnąć się w silną grupę, zostać wasalem, niewolnikiem, ale będzie się miało poczucie wyższości. Ot i taka tramwajowa lekcja.

Co zresztą gadać, jeśli nawet wśród tych, którzy szukają Boga, dowodzi zasada wykluczania. Też jest upodobanie w budowaniu prawości przez odrzucenie innych. Czyż wśród elit Kościoła nie mamy „obciachów” i tych, którzy są „cool” czy na tak zwanym topie? Czy nie uwiera nas bycie w jedności z niemiłymi nam braćmi? Czy nawet dobre pragnienie ucieczki od tego dzikiego świata nie tworzy grup ludzi kochanych, ale budujących wokół siebie mur obronny? Okopy, oazy, zespoły, wspólnoty.
To także są miejsca ważne, bo dają poczucie bezpieczeństwa. Ale dlaczego mnie tak niepokoją? Bo to jest równocześnie obrona jak z czasów feudalnych. Małe republiki, zatrzaśnięte obronnie. Ale rozumiem to, bardzo boleśnie rozumiem. Tak jak i rozumiem wielkie, pełne wiary i nadziei gromadzenia się na placach, kiedy budzi się poczucie wspólnoty. Pamiętam jedność i nadzieję pokolenia JPII, ale pamiętam też, jak byli opuszczeni. Ile zostało potem z tego ruszenia pospolitego dobrych ludzi „znijaczone”.

Nieciekawe te moje rozważania. Niedowcipne, może i obciachowe. Ale musiałem to napisać. Post przyszedł. Coś trzeba znów przemyśleć. Już czas. Na razie sami wyganiamy siebie wzajemnie ze wspólnej ojczyzny. A czasem i ojczyznę z siebie wyganiamy. Razem z wolnością. Po co?

Feudalnie
Ernest Bryll

urodzony 1 marca 1935 r. w Warszawie – polski poeta, pisarz, autor tekstów piosenek, dziennikarz, tłumacz i krytyk filmowy, dyplomata. Autor „Kolędy-Nocki” oraz wielu innych sztuk scenicznych, oratoriów, musicali, tekstów...