Pewien zaś Samarytanin

Roman Bielecki OP: W swoim ostatnim wywiadzie Światłość świata papież Benedykt mówi m.in., że nawrócenie jest fundamentalnym słowem dla wiary chrześcijańskiej. Jednocześnie dodaje, że w naszym świecie, nakierowanym na naukowość i nowoczesność, straciło ono na znaczeniu. Dlatego zacznijmy od definicji podstawowej – po co się nawracać i co to w ogóle znaczy?

Wojciech Ziółek SJ: W Ewangelii jest napisane: „nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Tylko że potem cała Ewangelia jest opowieścią o tym, że to nie my „się nawracamy”, a Pan Bóg nas nawraca. Nie dzieje się to na skutek jakichś głębokich przemyśleń czy refleksji, tylko na skutek niezwykle silnego, przemieniającego życie doświadczenia.

Nawrócenie to zawsze doświadczenie spotkania. Ono jest pierwsze. Potem mogą być jakieś łzy, emocje i chęć zmiany, ale na początku jest to „coś” związane ze spotkaniem, co wyzwala w nas energię prowadzącą do zmiany i innego sposobu postrzegania świata, życia i siebie. Takie są wszystkie opisy spotkań ludzi z Panem Jezusem w Ewangeliach czy historie z Dziejów Apostolskich. Mówimy, że ktoś się nawrócił pod wpływem czyjegoś nauczania, kazania, czyichś słów, ale przecież to chodzi o to „coś”, co dokonało się głęboko wewnątrz, co uruchomiło mechanizm zmiany. To jest taka chwila, w której doświadcza się czegoś, co może zaboli, ale wewnętrznie tak mocno poruszy, że się za tym odważnie pójdzie.

A gdyby pokusić się o opis tego, jak ma wyglądać nawrócenie?

Zaczynaliśmy Wielki Post od czytania z księgi proroka Joela: „Rozdzierajcie wasze serca, a nie szaty”. To jest definicja nawrócenia, otwarcie serca. Tylko wtedy coś może do mnie przemówić i trafić, kiedy Słowo Boże rozedrze moje serce.

Miał ojciec takie doświadczenie?

Nie wiem. Na pewno dane mi było doświadczyć czegoś, czego skutki trwają już ponad dwadzieścia lat i bez czego nie byłbym teraz ani księdzem, ani jezuitą, ani nie rozmawiałbym o nawróceniu. Miałem dwadzieścia parę lat, byłem już jezuitą i przyszedł na mnie czas kryzysu dotykającego wszystkiego: sensu życia w ogóle, powołania zakonnego i kapłaństwa (choć jeszcze nie byłem księdzem) i oczywiście wiary. Pytałem, czy przypadkiem to wszystko nie jest wymyślone, a nawet jeśli nie jest wymyślone, to czy nie jest bezsensowne. Czy ja nie uprawiam jakiegoś masochistycznego udręczenia? To były bardzo bolesne pytania, a jeszcze boleśniejsza była sześcioletnia rozpaczliwa bezradność wobec nich i wobec życia. Zarówno umysłem, jak i sercem chodziłem po manowcach. I żeby było jasne: nie nawróciły mnie duchowe rozważania i pogłębiona refleksja nad moją sytuacją. Nawróciły mnie trzy słowa – „pewien zaś Samarytanin”. One zmieniły moje życie nie dlatego, że ktoś je wypowiedział z emfazą. Było w nich to „coś”, co rozdarło moje serce.

Zresztą najczęściej poruszają nas słowa, które ktoś powiedział niechcący, mimochodem. Nie o tym myślał, nie o to mu chodziło, a to trafiło do słuchających. Na całe szczęście to Pan Bóg tym słowem kieruje. Ja mam tylko stworzyć warunki, żeby On miał do mego serca dostęp, żeby mógł je rozedrzeć, otworzyć. Skoro Pan Bóg przemów

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się