To nie są nasze twarze

To nie są nasze twarze

, 0 recenzji

Słuchając ludzi, można odnieść wrażenie, że wszystko dzieje się „na Fejsie”. Facebookowiczów łączy wspólne wirtualne doświadczanie, a ci, którzy w nim nie uczestniczą, uchodzą za gorszych i słabiej poinformowanych.

Rzucam okiem na nowe e-maile w skrzynce odbiorczej. Gosia do mnie napisała! Sto lat się nie widziałyśmy. Zaczynam czytać: „Mam już swój profil na Facebooku, gdzie mogę umieszczać zdjęcia, filmy i informacje o wydarzeniach. Zapraszam cię do moich znajomych i przeglądania mojego profilu. Najpierw jednak dołącz do serwisu Facebook! Po zakończeniu rejestracji ty również będziesz mieć możliwość utworzenia własnego profilu”. Wkrótce e-maile o tej samej treści, wysłane z kont bliższych i dalszych znajomych, lawinowo zaczęły zalewać moją pocztę. Na początku broniłam się dzielnie, nie mając ochoty na powtórkę rozczarowującej przygody z Naszą klasą. Ale z czasem zaczęło się we mnie odzywać coś na kształt… wyrzutów sumienia. „Jesteś dziennikarzem, musisz być na bieżąco, nieznajomość Facebooka to dziś obciach” – myślałam sobie. I skapitulowałam. Od tego momentu upłynęło kilka miesięcy mojego facebookowego życia. Mam niewielu, bo zaledwie stu czterdziestu dwóch znajomych, należę do pięciu grup, na portal zaglądam kilka razy dziennie. I ciągle zadaję sobie pytanie: po co?

Łowcy znajomych

Jak to po co? Żeby odnawiać, podtrzymywać i nawiązywać nowe kontakty z ludźmi. To jeden z głównych oficjalnych powodów korzystania z Facebooka. Starych znajomych – z piaskownicy, szkolnej ławy, obozów letnich, z innych krajów – na portalu można odnaleźć w mig. Entuzjastycznie wymieniamy pozdrowienia, zerkamy na statusy związku, przeglądamy albumy ze zdjęciami, przesyłamy sobie dwa, trzy dłuższe e-maile, żeby opowiedzieć, co u nas słychać. Potem emocje opadają, tematy się wyczerpują. Ograniczamy się jedynie do kliknięcia „Lubię to!” pod wpisem „Piję piwo i oglądam mecz” czy wrzucenia komplementu w stylu „Rewelacyjnie wyglądasz!” pod dopiero co umieszczonym zdjęciem. Oczywiście nie zawsze facebookowy kontakt musi utknąć w takim punkcie. Zdarza się, że internauci odgrzebane czy zawarte w wirtualnym świecie znajomości przenoszą w świat realny. Niektóre z nich przeradzają się w autentyczną przyjaźń bądź miłość, o czym można poczytać na stronie www.stories.facebook.com (która notabene jest jedną wielką apoteozą portalu). Jednak te opowieści, choć tak liczne, stanowią zaledwie kroplę w morzu pozornych, bezowocnych, by nie rzec bezsensownych facebookowych znajomości.

W temacie portalowych więzi istnieje jeszcze jedno ciekawe zjawisko: na listach znajomych sporo, jeśli nie najwięcej, miejsca zajmują ludzie, z którymi… stykamy się na co dzień – koledzy z uczelni, pracy, duszpasterstwa. Owszem, nie zawsze da się w przerwie na lunch albo między wykładami pogadać dłużej i otwarcie na ważne tematy, ale Facebook także nie daje takiej możliwości. Tu niemal dosłownie wypełniają się słowa z Ewangelii o tym, że cokolwiek powiesz komuś na ucho, będzie rozgłaszane na dachach, więc lepiej się na portalu nie zwierzać ze swoich kłopotów bądź rozterek. A co w takim razie z dyskusjami, chociażby na gorące tematy polityczne? Ludzie wprawdzie próbują je zażarcie toczyć, jednak Facebook, jak każde inne medium, ma swoją specyfikę i co za tym idzie – ograniczenia. Mówiąc wprost, na Facebooku trzeba się streszczać. Nie ma tu czasu ani miejsca na dogłębne argumentacje i wnikliwe analizy zjawisk. Więc nie pozostaje nic innego, jak wyrazić współczucie pod postem kolegi „niepotrzebnie dziś wstałem” i skomentować „wróżbę na dziś” koleżanki.

Kociokwik w mózgu

Druga najczęściej udzielana odpowiedź na pytanie: „Dlaczego jesteś użytkownikiem Facebooka?”, brzmi: bo daje mi to dostęp do wielu informacji. I ja z entuzjazmem uczepiłam się takiego tłumaczenia. Rozpływałam się w zachwycie nad tymi wszystkimi zapowiedziami wydarzeń, linkowanymi stronami, artykułami, blogami, filmami, teledyskami, zdjęciami etc. Fenomen Facebooka polega na tym, że są to treści polecane nie przez bezduszną, bezosobową wyszukiwarkę, ale właśnie przez znajomych, więc z tym większą ochotą po nie sięgamy. Bo oprócz wiedzy na dany temat, zyskujemy także wiedzę… o danym znajomym.

Kiedy nieco otrzeźwiałam, zdałam sobie sprawę z tego, ile śmieci musi przyswoić mój mózg, zanim przedrze się przez gąszcz wpisów i trafi na coś naprawdę ciekawego czy istotnego. A skomentowała status B, C też ma uczucia, D marzy, podczas gdy E wybiera się do kina. Badania naukowców z University of California w San Diego wykazały, że co dnia przyswajamy – uwaga – 34 gigabajty informacji! Nasz mózg tonie w informacyjnym zalewie. Skutek? Mamy coraz mniejszą zdolność do analizowania, a co za tym idzie, rozumienia zjawisk i coraz mniej odczuwamy. Informacyjne przedawkowanie, na które przecież choruje tak wielu facebookowiczów, może wywołać objawy podobne do autyzmu, dlatego swoista higiena umysłu wydaje się niezbędna.

Przejęta tą myślą postanowiłam zapełnić portalową ścianę (walla) bardziej pożytecznymi treściami, przeszłam się więc po stronach (fan page’ach) czytanych przeze mnie gazet i cenionych instytucji, klikając „Lubię to!”, dzięki czemu ich posty zaczęły się pojawiać na moim profilu. No, teraz to ma sens, pomyślałam z zadowoleniem. Jednak dość szybko sobie uzmysłowiłam, że w ten sposób sama się skazuję na subtelne informacyjne ubezwłasnowolnienie, ponieważ pozwalam, by ktoś za mnie decydował, o czym powinnam wiedzieć i co jest newsem dnia. Czas spędzony na Facebooku (jak on niepostrzeżenie ucieka!) lepiej zainwestować w przegląd kilku zaufanych portali, z których sami wybierzemy to, co nas interesuje.

Podglądacze i ekshibicjoniści

Skoro omówiliśmy już oficjalne, politycznie poprawne motywacje użytkowania Facebooka, warto przyjrzeć się i tym utajonym. Nie od dziś wiadomo, że podglądanie innych, obiegowo uznawane za zachowanie niestosowne, mamy w zasadzie we krwi, bo dzięki obserwacji człowiek poznaje i się uczy. Facebook daje możliwość podglądania ludzi legalnie, bez konieczności stawiania sobie pytania o granicę zdrowej ciekawości. Tu rządzi zasada: biorę tyle, ile mi dajesz. A użytkownicy bywają niezwykle hojni. To dość zabawne, że często złościmy się na wścibską sąsiadkę, a jednocześnie jesteśmy w stanie poinformować kilkaset osób: „dziś był nasz pierwszy pocałunek”.

Dlaczego tak się dzieje? Bo na Facebooku potrzeba podglądania spotyka się z potrzebą swoistego ekshibicjonizmu. Nie tylko ujawniamy na nim swoje poglądy, ale też szczegółowo opisujemy stany emocjonalne czy duchowe, na bieżąco informujemy, gdzie przebywamy, co zamierzamy, w jakiej kondycji jest nasz związek, umieszczamy świeżutkie zdjęcia z domu, imprezy, podróży, porodówki. I czujemy się ważni, wyjątkowi, bo wydaje się nam, że tylu ludzi nam kibicuje, tylu ludzi nas wspiera, tylu nam zazdrości (i dobrze!), tylu ludzi uczestniczy w sprawach dla nas ważnych. Ale czy kliknięcie „Lubię to!” faktycznie jest uczestnictwem? Internauta pisze na forum: „Z mojej perspektywy FB przypomina centrum handlowe, gdzie z jednej strony możesz wybrać, co chcesz, a z drugiej strony w tłumie ludzi możesz być samotny”.

Wielu facebookowiczów przeżywa gorzkie rozczarowanie, kiedy wreszcie odrywają się od klawiatury i chcą wyskoczyć na pizzę, a tu nagle się okazuje, że nie bardzo mają z kim. Post „zdrowiej!” na tablicy profilu niewiele nam pomoże, kiedy tym, czego naprawdę potrzebujemy, jest człowiek, który przyniesie nam z apteki aspirynę i zrobi zakupy. Kolega z duszpasterstwa nadal nas strasznie wkurza w realu, podczas gdy na Facebooku serdecznie sobie dyskutujemy o religijnych sprawach. Największy portal społecznościowy świata jest jednocześnie największym portalem pozornych więzi. I pozornych aktywności, bo konia z rzędem temu, kto wyjaśni mi sens wstawania o drugiej w nocy, żeby zebrać wirtualną marchewkę w grze FarmVille. Gra w nią ponad 50 mln użytkowników Facebooka! Pozwalając sobie na odrobinę złośliwości, zastanawiam się, ilu z nich ma kłopot z terminowym oddaniem podręcznika akademickiego do biblioteki czy… wstawaniem do płaczącego w nocy dziecka.

Czasoumilacz, czasopochłaniacz

W internecie krąży ostatnio zdjęcie, na którym dziewczyna wciąga do nosa usypany z białego proszku napis „facebook”. No cóż, portal jest tak wymyślony i rozwijany, żeby nas coraz bardziej zasysać. Można więc dać wiarę pogłoskom, jakoby przeciętny student ze Stanów Zjednoczonych spędzał na nim… połowę tygodnia. Bardziej sceptycznie podchodzę do badań amerykańskich psychologów, z których wynika, że z 600 mln użytkowników Facebooka aż 350 mln jest od niego uzależnionych. Niemniej, zdiagnozowano już wiele przypadków FAD (Facebook Addiction Disorder) i należy się spodziewać, że liczba osób cierpiących na to zaburzenie będzie wzrastać. (Na portalu, o ironio!, istnieje ok. 500 stron dotyczących uzależnienia od… Facebooka).

Nie ma się czemu dziwić, biorąc pod uwagę fakt, jakim skutecznym czasoumilaczem oraz zazdrosnym czasopochłaniaczem jest Facebook. Trzeba przecież przeczesać wpisy znajomych i podrzucone przez nich linki, obejrzeć nowe zdjęcia, sprawdzić, kto z kim nawiązał wirtualną przyjaźń, rozwiązać quizy (do wyboru mamy kilkaset), by dowiedzieć się np., kiedy umrzemy bądź którą transgenderową divą jesteśmy. Aplikacja „Notatki” pozwoli nam dzielić się ze światem własnymi przemyśleniami, a nawet prowadzić coś na kształt bloga. Żeby było nam jeszcze milej i bardziej rodzinnie, skorzystamy z aplikacji „Give Hearts” i rozdamy serduszka szczególnie lubianym znajomym, po czym zagramy w Cafe World. Nagle się okaże, że przesiedzieliśmy przed komputerem trzy godziny, a praca semestralna jak leżała odłogiem, tak nadal leży. A przecież miało być odwrotnie: krótkie zerknięcie na Facebooka, a potem zakrojona na szeroką skalę działalność naukowa. Niestety, po obcowaniu z informacyjną lawiną na portalu nie mamy już ochoty przyswajać kolejnych treści.

Skrawki

Liczba znajomych, informacji, aplikacji, gier daje użytkownikom Facebooka poczucie, że oto są aktywnymi obywatelami wielkiego, niezwykle ciekawego świata. To kolejna pułapka portalu, którą sama odkryłam w okresie zażartych dyskusji na temat krzyża z Krakowskiego Przedmieścia. Temperatura wymiany zdań była tak wysoka, że zaczęłam się obawiać, iż ludzie za chwilę wyjdą na ulice, nie tylko Warszawy, i będą ze sobą walczyć. Ale wystarczyło wyłączyć laptop i rozejrzeć się wokół. Oprócz sprawy smoleńskiej w życiu moim i moich znajomych było wiele innych ważnych spraw – zaręczyny przyjaciela, zakup samochodu, nowe projekty w pracy. Facebook nie pokaże nam całej prawdy o świecie, co najwyżej jej skrawki.

Podobnie zresztą jest z prawdą o ludziach użytkujących portal. Część psychologów upatruje w Facebooku doskonałe narzędzie do autokreacji: poddajemy retuszowi nasze „ja realne” i przemyślnie dystrybuujemy osobiste dane, by zaprezentować się w jak najlepszym świetle (nabierają się na to tylko nieznani znajomi). Istnieją jednak badania pokazujące, że wielu internautów nie korzysta z mentalnego „photoshopa” i w sieci także „jest sobą”. Ale co to bycie sobą oznacza? Przecież facebookowa przestrzeń bardzo ogranicza możliwość pokazania siebie, a w konsekwencji także poznania drugiego człowieka. Przedstawienie poglądów, sposobu widzenia świata, zadeklarowanej listy zalet, zainteresowań i umiejętności, a nawet filmików z własnym udziałem to za mało, by powiedzieć: znamy się. Zresztą z moich obserwacji wynika, że facebookowicze przeważnie wybierają sobie jakąś „specjalizację” i występują w jasno określonej roli. Oto kilka przykładów. Ktoś wybiera rolę DJ-a, więc najczęściej wrzuca na swój profil muzykę, prezentując siebie właśnie od strony muzycznego gustu. Ktoś inny wciela się w polityka namiętnie, na bieżąco komentującego wydarzenia krajowe i zagraniczne. Znam też kontestatorów – piszą na profilu tylko o tym, co im się nie podoba, co ich drażni, w czym rozpoznają jakiś absurd. Są i ewangelizatorzy, którzy za punkt honoru biorą sobie głoszenie na Facebooku Dobrej Nowiny.

Facebookowy terror

Nie ma cię na Facebooku, nie istniejesz – powtarzają w kółko aktualni i potencjalni fani portalu. Kiedyś widzieliśmy bądź czytaliśmy coś „w necie”. Słuchając dzisiaj ludzi, można odnieść wrażenie, że teraz wszystko dzieje się „na Fejsie”: spotykamy się na Fejsie, oglądamy na Fejsie, czytamy na Fejsie, gramy na Fejsie. Nieużytkownik portalu czuje się jak ktoś niewtajemniczony, ktoś, kogo omija coś szalenie ważnego. Facebookowiczów łączy wspólne wirtualne doświadczanie, a ci, którzy w nim nie uczestniczą, uchodzą za gorszych i słabiej poinformowanych. Facebook sprawia wrażenie społeczności elitarnej, ale to tylko pozory. Po pierwsze, każdy może założyć na nim konto. Po drugie, trudno mówić o elicie, jeśli weźmie się pod uwagę to, że spośród prawie 7 mld mieszkańców Ziemi, około 600 mln to użytkownicy Facebooka.

Niemniej ci, którzy bojkotują bądź z różnych przyczyn szerokim łukiem omijają ten portal, muszą zmierzyć się ze swego rodzaju społeczną presją. Wpadające do skrzynki odbiorczej e-maile z zaproszeniem na Facebooka to drobiazg, choć oczywiście można mieć zastrzeżenia co do tego, że znajomy bez uprzedzenia udostępnia komuś nasz adres. Nieco trudniejsze jest odnalezienie się w grupie rozmówców, którzy większą część konwersacji opierają na przeróżnej maści danych z Facebooka. Jeszcze gorsza i do tego prawnie wątpliwa jest sytuacja, w której np. media pewne informacje udostępniają jedynie na Facebooku. To już zakrawa na jawną dyskryminację i faktyczne społeczne wykluczenie nieużytkowników portalu.

Fani za 11 zł

Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi oczywiście o pieniądze. Pod koniec 2009 r. na specjalistycznym blogu TechCrunch znalazła się informacja, że szacunkowa wartość jednego konta na Facebooku wynosi 132 dolary. Tyle kosztują… nasze dane, które z chwilą zarejestrowania się na portalu udostępniamy Facebookowi, a także, jeśli korzystamy z aplikacji, firmom tworzącym te aplikacje. Mogłoby się wydawać, że Facebook jest przestrzenią nieograniczonej wolności, gdzie hulać możemy do woli, a tymczasem znajdujemy się w centrum wielkiego biznesu. Adres mailowy, data urodzenia, miejsce zamieszkania, preferencje i cała masa innych informacji zdradzanych przez nas na portalu to niezwykle łakomy kąsek dla reklamodawców. Im więcej opowiemy im o sobie, tym lepiej dopasują oni do nas ofertę. Im bardziej my z tej oferty będziemy zadowoleni, z tym większym entuzjazmem polecimy produkt czy usługę facebookowym znajomym.

Czasem zdarza się i tak, że kolega zapoznany na portalu jest fikcyjną postacią, stworzoną przez specjalistę pracującego dla określonej firmy. Avatar zaprzyjaźnia się z nami, a potem zaprasza na stronę np. producenta telefonów komórkowych i poleca jakiś produkt. To taki miły i interesujący facet, dlaczego mielibyśmy mu nie ufać? Są także fachowcy, którzy zajmują się… sprzedażą facebookowych fanów. Jedna z wyspecjalizowanych w tym biznesie firm, amerykańska Viralee, donosi, że sprzedała już 7 mln internautów. A oto jedno z ogłoszeń na Allegro: „U mnie możesz kupić 200 fanów, którzy klikną na twojej stronie przycisk <Lubię to>. (…) Kim są osoby, które będą fanami? To ludzie z całego świata, zainteresowani tematyką twojej strony. Niestety, na Allegro są sprzedawcy, którzy sprzedają fanów, a dokładniej boty. Nie daj się im wyrolować! Kupuj porządnych fanów! U mnie masz pewność, że fani, których otrzymasz, to prawdziwi ludzie!”.

My też nie dajmy się wyrolować. Najczęściej popełnianym przez użytkowników Facebooka grzechem jest bezmyślność. Regulamin portalu niczego nie owija w bawełnę. Wielkimi literami napisano w nim: „KORZYSTASZ Z FACEBOOKA NA WŁASNE RYZYKO”. A ono jest dużo większe niż „tylko” udostępnienie naszych danych.

To nie są nasze twarze
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...