Jeśli nie post, to co?

Jeśli nie post, to co?

, 0 recenzji

Współczesny człowiek ma dziś tyle zmartwień i stresów, że serwowanie mu dodatkowego okresu wyrzeczeń wydaje się, delikatnie mówiąc, nie na miejscu.

Odchudzanie jak najbardziej kojarzy się z postem. I tu, i tam wysiłek, odmawianie sobie rzeczy dobrych i przyjemnych, aby osiągnąć pozytywny skutek. Można mieć wrażenie, że – w dobie powszechnie panującego w Europie konsumpcjonizmu i hedonizmu – idea odchudzania ma szansę, przynajmniej częściowo, zastąpić ideę poszczenia.

Rachunek zysków i strat

Wzniosłe i uniwersalne motywy ascezy postnej oddają pole wątkom zindywidualizowanym i doraźnym. Jest to skądinąd symptom naszej współczesnej „duchowości” – jeśli jeszcze można używać tego określenia w odniesieniu do sfery naszego życia, która wykracza poza materię. Atrakcyjny wygląd, zdrowie (czyli długowieczność i uniknięcie cierpienia) stają się na tyle ważne, że warto, byśmy poddali się wymagającym i męczącym praktykom, niewiele ustępującym niektórym znanym od dawna w Kościele działaniom ascetycznym. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z nową, współczesną formułą ascezy, a co za tym idzie – rozumienia i przeżywania Wielkiego Postu? W pewnym sensie byłaby ona rzeczywiście wskazana. Wciąż, a w dzisiejszych czasach może nawet w palący sposób, aktualna jest bowiem konieczność przekonującego odniesienia treści teologicznych do konkretnego doświadczenia życiowego człowieka.

Jeśli podstawowe prawdy wiary, takie jak Wcielenie, Tajemnica Paschalna, Zbawienie, są dla nas – mocno zanurzonych w biegu i presji spraw bieżących – coraz mniej uchwytne, to zarówno Kościół, jak i każdy z wierzących stają przed niemałym wyzwaniem. Można więc pokusić się o reinterpretację wydarzeń paschalnych – na przykład w kategoriach odchudzania (i, zapewne, jeszcze w paru innych). Tutaj, czy chcemy czy nie, dochodzimy jednak do pewnych granic. Możemy się z tym zgodzić lub nie, jednakże czujemy chyba wewnętrznie, że odchudzanie – wbrew pozorom – bynajmniej nie kwalifikuje się do praktyk wielkopostnych. Co więcej, w pewnym sensie znajduje się w konflikcie z Wielkim Postem. Dlaczego? Bo dotyczy tylko czyjejś doraźnej korzyści. Jest transakcją. W Wielkim Poście chodzi natomiast o coś, co wymyka się wszelkim ludzkim bilansom i co zdecydowanie wykracza poza wymiar jednostkowy. Owszem, inwestowany jest tam pewien wysiłek, ale bez jednoznacznego efektu. Nawet jeśli się pojawi, nie o niego chodzi. Nie od razu widzimy – i nie musimy go od razu widzieć! Trudna to rzecz do zrozumienia w czasach, które coraz bardziej obsesyjnie i dokładnie pilnują rachunku zysków i strat.

Na ratunek postowi

Takie „zestawienie” z Wielkim Postem z jednej strony jest z korzyścią dla odchudzania. Pozostaje samo z sobą, bez zbędnych balastów ideologicznych . Z drugiej strony pozostawia jednak ono Wielki Post bez aktualizującego wsparcia. By było jasne: odchudzanie to odchudzanie, Wielki Post to Wielki Post. Co zatem ze wspomnianą wyżej koniecznością znajdywania nowej formuły Wielkiego Postu? Jeśli nie odchudzanie, to co?

Powyższe słowa są obrazem pewnej sytuacji ogólnej, z którą tak czy owak musi się i w tym roku zmierzyć Wielki Post. Jeśli pozostaje wciąż (jeszcze) w naszej tradycji, musi oznaczać coś konkretnego. Musi być – jak mało co – bardzo wyraźną konkretyzacją przesłania teologicznego naszej wiary. Musi być czytelnym, w pewnym sensie coraz bardziej atrakcyjnym narzędziem świadectwa. W przeciwnym razie niedługo zniknie – tak, jak pomału dzieje się to w Polsce z poszczeniem w piątek, z zawieraniem związków małżeńskich czy regularną praktyką sakramentalną. Czy postowi można więc pomóc? Zarazem jest to pytanie o obronę wartości, z których wyrosła europejska kultura duchowa. I trzeba jasno powiedzieć, że sprawa nie jest prosta. Po ludzku rzecz biorąc, nawet przegrana. Współczesny człowiek ma dziś tyle zmartwień i stresów, że serwowanie mu dodatkowego okresu wyrzeczeń wydaje się, delikatnie mówiąc, nie na miejscu. A jeśli nawet odczuwa deficyt wartości, najczęściej brakuje mu siły i odwagi, by się temu przeciwstawić. Jeśli więc dla kogoś Wielki Post pozostaje jeszcze zwyczajem, niezwykle trudno przeżyć go w pełni, przekładając na konkret codzienności. Nawet, jeśli zgodzimy się, że istotą wiarygodności religii jest dzisiaj świadectwo spójności życia i wyznawanej wiary – post, a szczególnie Wielki Post pozostają tu tyleż szansą, co ogromnym wyzwaniem. Zwyczaj i tradycja nie wystarczą. Potrzeba konkretnej nowej jakości zachowań. Tylko wtedy można być wiarygodnym świadkiem doświadczenia religijnego.

Nie pozostaje więc nic innego, jak pokornie szukać miejsc, o które można dzisiaj skutecznie i perspektywicznie „zaczepić” Wielki Post. Wydziedziczany ze współczesnej kultury dzieli po prostu los Tego, kto go ustanowił – Pana Jezusa. Troska i walka o post jest troską i walką o Jezusa Chrystusa. W naturalną alternatywę – zaangażowania lub odrzucenia – wkrada się dzisiaj coraz częściej obojętność. Może jest ona po prostu terenem do zagospodarowania? Tym wnikliwiej trzeba wypatrywać tych miejsc, gdzie nieoczekiwanie i wspaniale warto „implantować” tradycję postną. Oto kilka obszarów, w których można próbować „ocalić” post, a nawet, w pewnym sensie, odchudzanie. Sygnalizuję je ze świadomością bogactwa teologii Wielkiego Postu – i okoliczności naszego życia. Jeśli Męka, Śmierć i Zmartwychwstanie Zbawiciela nie są dziś w stanie przemówić do umęczonego świata jak kiedyś – głębią przeżyć pasyjnych, wysiłkiem pokuty i nawrócenia – tym bardziej, a może nawet nieco rozpaczliwie, należy Panu Jezusowi „pomóc” odnaleźć we współczesnym świecie miejsce – a nawet drogę do ludzkich serc. Zakładając, że tli się w nich iskierka tęsknoty za nadprzyrodzonością – i za utraconym rajem – szukajmy współczesnych przyczółków nadziei i sensu dla odwiecznej tradycji Wielkiego Postu. Dotykają one newralgicznych punktów naszego życia. Łączy je dążenie do uporządkowania – a więc znajdowanie właściwej miary, polegające najczęściej na odrzuceniu tego, co zbędne. Przestrzenią poszukiwań jest bezkresne bogactwo naszych doznań – w praktyce zaś cały, wielobarwny świat.

Ciekawość

Toniemy wręcz w informacjach. Owszem – nie sposób bez nich żyć czy podejmować decyzje. Czasem jednak tracimy nad nimi kontrolę – to one zaczynają kierować naszym życiem i organizować nam czas. Informacje mogą być potrzebne, ale i zbędne. Te pierwsze zwykle okazują się trudne. Te drugie najczęściej są przyjemne, ale niewiele z nich dla nas wynika. Dotyczą wszak sfer, na które nie mamy wpływu (seriale, plotki o celebrytach itd.).

Jednocześnie uciekamy od niełatwych może, lecz wymagających podjęcia tematów dotyczących naszych relacji czy konkretnych, realizowanych przez nas spraw. Ile czasu poświęcamy pozyskiwaniu informacji – w internecie, w telewizji, w prasie – nawet na ulicy, poddawani co chwilę rozpraszającej presji reklam? Na ile są one konieczne, na ile zaspokajają tylko naszą ciekawość?

Potrzeby

Czy zastanawialiśmy się kiedyś, jak niewiele wystarczyło ludziom 20–30 lat temu – a jak bardzo dzisiaj rozrosły się nasze potrzeby? Jesteśmy zasypywani gadżetami. Przy każdej okazji mnożymy przedmioty, których konieczność tłumaczymy sobie rozmaicie. Tymczasem, tak naprawdę, to tylko pomysłowy sposób na zarabianie pieniędzy przez taką czy inną firmę. Wpadamy w codzienne rytuały (kawa, zakupy, higiena, zdrowie), angażując w nie tyle energii, czasu i pieniędzy, że już braknie nam serca na sprawy najważniejsze – na zwykłe spotkanie z najbliższymi, nie wspominając o modlitwie. Pokochaliśmy wygodę, uważając, że po prostu się nam ona należy. Chcemy czuć się bezpieczni, chcemy ochronić nasz święty spokój przed zaskakującymi, często krzyżującymi nam plany wymaganiami płynącymi z zewnątrz. Warto popatrzeć, na ile nasze życie kręci się wokół tych mniej lub bardziej egoistycznych postaw i wyborów – a na ile nie myślimy już o nim, tylko o nich…

Działanie

Choć teoretycznie żyjemy w czasach nadmiernej aktywności, większość naszych działań ma charakter pozorny. To prawda, że postęp techniki zmienił diametralnie sposób pracy. Wiele prostych czynności wykonują za nas maszyny. Czy nie jest to jednak dla nas pretekst do lenistwa? Zamiast koncentrować się na wydajnej pracy koncepcyjnej, nadzorczej czy zarządczej rozpraszamy nasze siły. Nie potrafimy się zebrać do działania, pracujemy niewydajnie – z przekonaniem, że i tak rzeczy najważniejsze będą zrobione za nas. Nie wspominajmy sprawy odpowiedzialności, gdyż jest ona dzisiaj w stałym kryzysie. Jakiekolwiek zobowiązania – choćby związane ze związkiem dwojga ludzi (małżeństwo, rodzicielstwo) czy współpracą biznesową (uczciwość, słowność, terminowość) – stają się nie tylko ciężarem nie do uniesienia, ale wręcz czymś niepoprawnym politycznie. Jak jest z naszym działaniem? Czy faktycznie się w nie angażujemy i ma ono sens, bo zmienia rzeczywistość wokół nas?

Cierpliwość

Współczesna cywilizacja promuje natychmiastowy efekt. Wystarczy kliknięcie – i dokonujemy ważnych transakcji, otwieramy nowe perspektywy znajomości lub… odcinamy się od innych. Wszystko jest dostępne od zaraz, 24 godziny na dobę i przez 7 dni w tygodniu. Nieważne, że jest niedziela, że komuś przeszkadzamy. Nikt nie chce – nie potrafi czekać. Nie potrafimy znosić niesprzyjających okoliczności zewnętrznych – wścieka nas wszystko, co krzyżuje nasze plany. Gdy już zdobędziemy się na jakieś działanie, w momencie trudności poddajemy się i uciekamy. Bezwzględność w realizacji naszych pragnień zdaje się ignorować istnienie czasu. Oczywiście jest to iluzja, ale czyż tryb naszego życia – życie nocą jak za dnia i odwrotnie, stały pośpiech, branie na siebie więcej, niż potrafimy unieść – ze zwykłej zachłanności czy nawet głupoty – nie są dowodem, że taką iluzję wolimy od prawdziwego życia?
Inni

Czy chcemy, czy nie – żyjemy wśród innych ludzi. Nierzadko wchodzą nam w drogę, niszczą nas – lepiej byłoby bez nich. Oczywiście, za taką postawą kryje się egoizm. Prawdą jest wszakże i to, że ludzie nie są idealni. Płynące od innych krzywda i ból są niejako wpisane w naszą kondycję. Jest to stałe zaproszenie do przekraczania siebie – a zarazem do wzrostu. Tylko w ten sposób mogą się rozwijać stosunki między ludźmi. Mało tego, jedynie współdziałanie z innymi jest gwarantem realizacji w dzisiejszym świecie jakiegoś znaczącego projektu. Czas solistów już się skończył. Musimy współdziałać z innymi – co oznacza stały wysiłek ich zrozumienia, nieustanne ryzyko i przełamywanie siebie. W każdej chwili trzeba więc sobie zadawać pytanie o nasz stosunek do ludzi: czy potrafię z nimi żyć, rozumieć ich, wspólnie z nimi działać – zmieniając tym samym świat, siebie – i może także ich…?

Bo będzie za późno

Oto kilka spraw, których dotykamy każdego dnia. Zazwyczaj bezmyślnie i automatycznie. Wciąż gdzieś gnamy – nie bardzo może już wiedząc dokąd i dlaczego. Dopiero, gdy coś w tej konstrukcji zaczyna szwankować – od razu oczekujemy skutecznej pomocy – czyli umożliwienia natychmiastowego powrotu do poprzedniego stanu. Stąd tak wiele ogłoszeń obiecujących najrozmaitsze efekty w rekordowo krótkim czasie – „Hiszpański w tydzień”, „Odchudzanie szybciej niż myślisz”, „Przyśpieszony kurs szczęścia”. Wszystko to ma dla nas sens o tyle, o ile pomaga utrzymać nam nasze status quo. Nie potrafimy zrezygnować z całego balastu naszych przyzwyczajeń, lęków, kompleksów.

Najprościej byłoby stwierdzić, że taka sytuacja jest możliwa dopóty, dopóki „coś nie rypnie”.
Klasyczni moraliści odniosą się właśnie do takiej możliwości. Choroba, wypadek, śmierć od dawna były ulubioną przez kaznodziejów „bramą” do ludzkich sumień. Także dzisiaj nieszczęścia wywołują głębokie poruszenie (czego świadkami byliśmy choćby rok temu w związku z katastrofą smoleńską). Nietrudno kogoś postraszyć: „Weź się za siebie, bo potem będzie za późno!”. Wielki Post byłby do tego wymarzony. Można by go wtedy potraktować jako „odchudzanie” naszej postawy egzystencjalnej i duchowej. Czy jednak o to w nim chodzi? W pewnym stopniu tak, lecz nie do końca. Oto coraz częściej słyszymy dziś rozmaite deklaracje osób pozostających przy swoich, delikatnie mówiąc „nieortodoksyjnych” poglądach mimo choroby, a nawet nadchodzącej śmierci. To jeszcze bardziej osłabia obecność instancji nadprzyrodzonej w naszym życiu – podważając także sens postu. Czyż nie zasługuje na podziw ktoś, kto tylko po ludzku chce podjąć wyzwanie cierpienia i śmierci, bez – jak to nazywają niektórzy – „podpórki” w postaci wiary? Ktoś, kto stara się choćby tylko na swoją miarę, ale jednak zawsze żyć porządnie? Co wtedy z nawróceniem? Czy wobec takich ludzi jest w ogóle sens o nim mówić?

Przypuszczalnie coraz więcej osób mocno udręczonych swoim życiem nie widzi potrzeby – nie ma wręcz siły – myśleć o nawróceniu. Może utracili resztki nadziei, pamięć raju? Wysiłek egzystencjalny jakby dochodził tu do swej kulminacji. Zostają wyciągnięte ostateczne konsekwencje z życia wziętego w całej jego dosłowności i pełni. Wobec takiej sytuacji i nasza wiara, i Wielki Post – jakby się kurczyły. A może po prostu właśnie tak, wbrew wszystkiemu, jak to zwykle On – przychodzi jednak do każdego Pan Jezus: nierozpoznaną paschalną drogą wielkopostną, którą – chcemy tego czy nie – może już dawno stało się nasze życie? Wystarczy ją – i Jego – tylko rozpoznać. Być może jednak jedynie z tyłu, dopiero wtedy gdy przejdzie…

I tak oto przestrzeń Wielkiego Postu okazuje się całym światem. Cały świat – jakąś jedną wielką wielkopostną konwulsją. Odnajdziemy tam i odchudzanie, i wszelkie nasze dramaty – ale i z pewnością mocno nadwerężone nadzieje i tęsknoty, że gdzieś tam, po drugiej stronie musi być poranek Zmartwychwstania.

Jeśli nie post, to co?
Bernard Sawicki OSB

urodzony w 1967 r. – benedyktyn, absolwent Akademii Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie (teoria muzyki, fortepian), PAT w Krakowie (teologia) i Ateneum Sant Anselmo w Rzymie (teologia monastyczna), opat w Tyńcu (2005-2013)....