Dojrzewająca demokracja

Dojrzewająca demokracja

Sprawa krzyża nie była nieszczęściem, ale okazją. Testem na demokratyzację kraju, który Polacy zdali pozytywnie. Przypomniała nam też, że nie wolno idealizować oceny polskiej transformacji; grupy kontestatorów były i będą. Gdyby ich zabrakło, to byłby dopiero problem.

Demokratyzacja rozumiana jako transformacja ustrojowa, czyli zamiana instytucji realnego socjalizmu i sposobów ich funkcjonowania na demokratyczne, jest pierwszym etapem wdrażania nowego systemu. Wystarczy zacząć uchwalać nowe akty prawne, potem kilka lat działania nowych instytucji i, jeśli nie nastąpi znaczne potknięcie gospodarcze, młode państwo zaczyna wyglądać w oczach świata na demokrację, przynajmniej de iure. Pełniejsza ocena transformacji wymaga jednak wyjścia poza wymiar strukturalny i zapytania o skuteczność wprowadzania nowych reguł, czyli jak demokracja funkcjonuje de facto. Wreszcie innym ważnym kryterium jest kondycja kultury demokratycznej, która wskazuje na stopień, w jakim ludzie identyfikują się z nowymi regułami życia politycznego, jak i umiejętność zintegrowania innych wymiarów życia, głównie religii i obyczajów, z nowymi standardami obywatelskimi.

Prowincja bez kompleksów

Formalnie jesteśmy demokracją od ponad 20 lat. Etap reform strukturalnych jest już w zasadzie za nami, a gospodarka wolnorynkowa stała się bazą polskiej ekonomii. Wybory do władz reprezentatywnych obywają się regularnie, a główne instytucje państwa cieszą się zaufaniem społecznym zapewniającym ich funkcjonowanie. Jednak tego typu podejście formalno-modelowe jest niewystarczające w naukach społecznych, w których czynnik ludzki odgrywa kolosalną rolę. Nie trzeba być freudystą, żeby przyznać, iż jest to często czynnik chaosu, a jeśli już mierzalny i przewidywalny, to w mierze dalekiej od pozytywistycznych ideałów szkiełka i oka. Dlatego uwzględnienie roli kultury w procesie przemian politycznych jest kluczem do wypracowania obrazu rzeczywistości z całą jej złożonością i bagażem trudnych pytań. W wypadku Polski wymiar modelowy badań pozwala na ocenę polskiej transformacji przez analizę cech wspólnych i udzielenie odpowiedzi na pytanie: na ile jeszcze odstajemy od ustroju, który służy nam za punkt odniesienia (inna demokracja parlamentarno-gabinetowa). Dopiero wymiar socjologiczny pozwala na wydobycie oryginalności polskiego projektu, czyli określenie, w jakim stopniu idziemy własną, niekoniecznie – jak by chcieli zwolennicy bezkompromisowej komparatystyki – złą drogą.

Sprawa krzyża była ze strukturalnego punktu widzenia nieistotna i zarazem niepoddająca się analizie. Żadnej ze stron nie chodziło, a przynajmniej nie było to najważniejsze, o zmiany ustrojowo-prawne. Spójrzmy jednak na niezwykłą koniunkcję: „sprawa krzyża” to napięcie, które powstało wokół centralnego w Polsce symbolu religijnego, umiejscowionego w bliskości najwyższych instytucji państwa i przy zaangażowaniu osób o ogromnym wpływie społecznym. To dlatego jej analiza może być kluczem do lepszego zrozumienia specyfiki polskiej demokracji. Ale powróćmy do jej kontekstu.

Zasadnicze zmiany instytucjonalne dokonały się w Polsce w ciągu kilku lat. Wdrażanie wolnego rynku zajęło już więcej czasu. Jednak znacznie bardziej mozolne jest kształtowanie się nowej kultury, która promuje zachowania adekwatne do nowego systemu społeczno-politycznego. Dekady, a nawet wymiana pokoleniowa są jednostkami czasu, którymi mierzy się krystalizację kultury, również demokratycznej. Dlatego wciąż trudno ocenić jednoznacznie stopień demokratyzacji Polski. Zależy, w którą stronę zwrócić głowę. Gdy czytamy konstytucję, obserwujemy funkcjonowanie najwyższych organów państwa lub przejeżdżamy przez centra dużych miast, wydaje się, że jest tak, jak być powinno, a przynajmniej zadowalająco. To czy owo można by poprawić, ale spełniamy nowe standardy. Kiedy jednak zerkamy na to, co dzieje się w samorządach gminnych i powiatowych, czy szerzej, za kulisami działalności politycznej i gospodarczej, mamy nieodparte poczucie pełzającej obecności PRL-u. Kolesiostwo, brak transparentności, łapówkarstwo i co najgorsze, ciągłe patrzenie na demokację jak na zło konieczne, bo zagrażające naszym interesom realizowanym wedle starych i sprawdzonych reguł. Stary sposób widzenia rzeczywistości w kluczu „my-oni,” gdzie „my” to dobrzy ludzie, a „oni” to złe państwo i jego funkcjonariusze, trzyma się całkiem nieźle.

Chcielibyśmy klarownej i zarazem syntetycznej oceny kondycji Polaków, która uwzględniłaby zarówno zjawiska z centrum Warszawy, jak i z byłego PGR-u na Pomorzu.
Sprawa krzyża spadła nam dosłownie z nieba i stworzyła swoiste laboratorium, w którym kulturowo obcy sobie ludzie stanęli naprzeciwko siebie. Na Krakowskie Przedmieście zawitała autentyczna prowincja, która Warszawy się nie boi ani nie ma wobec niej żadnych kompleksów. To ludzie, którzy mówili niemedialnym językiem i akt intymny – pierwszy wymiar modlitwy – uczynili aktem publicznym.

Sprawa krzyża sprawą partii

Teoria różnych prędkości rozwojowych, sformułowana na użytek analizy integracji państw słabiej rozwiniętych z liderami Uniii Europejskiej, pozwala ująć w jednej perspektywie szybką demokratyzację głównych miast Polski i prowincję, na której mozolne wdrażanie nowych procedur hamuje opór stawiany przez stare nawyki kultury postpeerelowskiej. Na Krakowskim Przedmieściu zobaczyliśmy środowisko podążające drogą demokratyzacji najwolniej, odmawiające nowego obywatelstwa w „europejskiej” Polsce, które zostało użyte w celach politycznych przez grupę będącą pełnoprawnym uczestnikiem sceny społeczno-politycznej. Dzięki niej sprawa krzyża stała się sprawą partii.

Zajścia sprzed pałacu prezydenckiego pozwoliły nam spojrzeć z większym realizmem na mapę polskiego społeczeństwa. Nie wystarczy ciągle powtarzać zużytej formułki o konieczności i zaletach istnienia opozycji polityczej w każdej normalnej, niefasadowej demokracji. Ponoć nawet najgorętszy orędownik rządów PO powinien się cieszyć z konstruktywnych dla kraju działań PiS. Sprawa krzyża ukazała inny, zapomniany już od czasów starej, masowej „Solidarności” wymiar funkcjonowania opozycji demokratyczej: opozycję społeczną. Nie są to organizacje, które kontestują aktualne partie rządzące i ich bieżącą działalność. Są to grupy, często nieformalne, ideologicznie obce etosowi demokracji, które są częścią jej krajobrazu kulturowego. O tego typu manifestacji pluralizmu ideowego łatwo zapomnieć w Polsce, która jest młodą demokracją, nacechowaną neofickim zapałem elit we wdrażaniu nowych struktur i stylów życia. Jesteśmy wciąż społeczeństwem w znacznej mierze deklarującym katolicyzm, a Polska – jeśli chodzi o paletę medialną – jest mimo wszystko małym krajem. Kreowany w mediach obraz państwa jest homogeniczny. Kilka głównych stacji telewizyjnych i radiowych dość łatwo stworzyło iluzję, że Polacy żyją w tym samym świecie, którego centrum stanowi podział na liberałów i konserwatystów, a reszta to didaskalia. Media optujące za bardziej złożonym obrazem rzeczywistości funkcjonują na marginesie, co przy tyranii politycznej poprawności i kryterium oglądalności podważa ich wiarygodność i skazuje na niszowy status ciekawostki. Można nie zgodzić się z tą diagnozą i zapytać o media skupione wokół toruńskiej rozgłośni. Paradoksalnie one jednak również wpisują się w wyżej zarysowany schemat. Widać to przy spojrzeniu na ich powiązania ze sceną polityczną. Każda próba włączenia się do gry o sprawowanie władzy politycznej, a przynajmniej o wpływ na nią, jest przykładem, że środowisko to funkcjonuje jako jeden z głównych uczestników walki politycznej. Być może jest marginesem ideowym, ale z pewnością nie funkcjonalnym.

Łagiewniki –Toruń

Sprawa krzyża ukazała Polakom istnienie opozycji społecznej, która początkowo nie próbowała włączyć się do gry o władzę. Ona tej władzy nie rozumie ani jej nie chce. Chciała tylko zrealizowania postulatów, które choć noszą znamiona polityczne (ta intepretacja zdominowała media), to jednak w gruncie rzeczy takie nie są. Najściślej rozumiana grupa „obrońców krzyża”, wysuwając postulaty na miarę państwa wyznaniowego, automatycznie postawiła się poza opozycją polityczną, choć jak najbardziej pozostała opozycją społeczną. Gdyby we wczesnym stadium konflitu o krzyż udało się wyizolować pierwotne postulaty „obrońców”, nie byłoby tam żadnej polityki, a tylko emocjonalnie przeżywane i naiwnie rozumiane postulaty ideowe. Ponieważ jednak chodziło o postawienie krzyża i pomnika przed budynkiem instytucji państwowej, „obrońcy” i ich hasła stali się łatwym kąskiem dla opozycji politycznej, która po tragedii smoleńskiej znalazła się w bezprecendensowej sytuacji.

Wspomniałem już, że obserwacja kultury, a w tym wypadku sprawa krzyża, pozwala dostrzec specyfikę polskiej drogi ku demokracji. Dziś nie wystarczy mówić o kluczowej roli katolicyzmu w naszym życiu społecznym. Nic to nie wnosi, bo każdy wie, w jaki sposób Kościół wspomagał budowanie wolnej Polski. Natomiast warto przypominać sobie, że od jakiegoś czasu zachodzi sprzężenie zwrotne: kultura demokratyczna zaczęła demokratyzować Kościół w Polsce. Nie znaczy to, że wierni nagle zaczną wybierać swoich duchownych, ale że zróżnicowanie środowisk wewnątrzkościelnych będzie nieustannie postępować, wychodząc na stałe poza uproszczony schemat liberałowie kontra konserwatyści. Liberał z założenia chce Kościołowi zaszkodzić, a konserwatysta chce go ocalić przed szkodnikiem liberałem, i tak koło się zamyka. W perspektywie ideowej sprawa krzyża była manifestacją grupy religijnie konserwatywnej, która w swym odrzuceniu demokracji sytuuje się na prawo od środowiska toruńskiego, będąc jednak przez nie kontrolowana. Publiczne ujawnienie się pluralizmu ideowego w ramach „katolicyzmu toruńskiego” ukazało postępujące zróżnicowanie myślenia o katolicyzmie i, choć zrealizowane w nie najlepszym stylu, wyjście poza dwubiegunową Łagiewniki–Toruń wizję Kościoła w Polsce.

Między faktem a komentarzem

Sprawa krzyża jako protest, łącznie z jej najbardzej szokującymi obyczajowo elementami, była mimo wszystko częścią kultury demokratycznej. W demokracji tak technokratycznej i stabilnej jak amerykańska, defilady grup inspirowanych pośrednio ideologią neonazistowskią są w pewnych miejscach niemalże na porządku dziennym. I dopóki nie wychodzą poza ramy prawa, będą przechodzić ulicami miasteczek amerykańskiego Południa. Umiejętność kontroli ruchów radykalnych jest cechą zaawansowanych demokracji, które zdążyły wypracować nie tylko konieczne do tego prawo i struktury, ale przede wszystkim kulturowy amortyzator. Chodzi tu nie tylko o przepisy i akcje odpowiednich służb, ale także o dojrzałość obywatelską. Innymi słowy: wielu może się to nie podobać, ale nikt nie panikuje, że już wkrótce neonaziści pomaszerują na Waszyngton albo że warszawskie gejowskie parady już niedługo uniemożliwią wychowanie dzieci w rodzinach heteroseksualnych. W Polsce, w której kultura demokratyczna wciąż jest w trakcie dojrzewania, wielu straciło głowę. Jeśli nawet działo się to w dobrej wierze, to rejtanowskie darcie koszuli nie jest stylem działania odpowiadającym etosowi demokracji i państwa prawa: zamiast gasić pożar, podsyca go populistycznymi hasłami.

Większość mediów uległa gorączce krzyża. Wielu komentatorów dało się unieść fali emocji, w czym wielką rolę odegrały batalistyczne przekazy z Krakowskiego Przedmieścia. Kiedy emocje wzięły górę, nie sposób było nie brnąć od złego do gorszego w prognozach i wieszczeniu ciągłej eskalacji sporu. Zabrakło spojrzenia szerszego, obywatelskiego, z perspektywy – aż strach powiedzieć – dobra wspólnego. Bardziej prozaicznie, zabrakło rzetelnego dziennikarstwa, które nie zaciera granicy między faktem a komentarzem. Był to efekt chłodnej kalkulacji mediów, by jak w wypadku każdego show, zapędzić ludzi przed telewizory. A jednak media nie zdiagnozowały właściwie obecnego etapu rozwoju kultury demokratycznej. Społeczeństwo okazało sie bardziej dojrzałe, niż przewidywano. Przedobrzono, bo show nie może trwać wiecznie. We wrześniu 2010 roku, kiedy przed punktami sprzedaży gofrów gromadziło się więcej osób niż przy obrońcach krzyża, pod pałacem prezydenckim wciąż można było zobaczyć kamery i mocno już znużonych dziennikarzy.

Krzyż do Kościoła, prezydent do pałacu

Pomimo emocjonalnych reakcji i początkowego zagubienia w gąszczu sprzecznych informacji Polacy zdali egzamin z demokratyzacji. Ostatecznie ponad trzy czwarte opinii publicznej poparło przeniesienie krzyża z ulicy do kaplicy w pałacu prezydenckim. Działania moralnie oburzające, a demokratycznie po prostu głupie, bo pozbawione potencjału stania się gestem symbolicznym, takie jak zbezczeszczenie tablicy pamiątkowej fekaliami, nie zyskały społecznej aprobaty. Polacy okazali się mądrzejsi od części tych, których wybrali. Polskie społeczeństwo obywatelskie nabiera realnych kształtów i nawet marsz na pałac prezydencki nie zdołał powstrzymać tego procesu.

Sprawa krzyża uświadomiła nam, że zgody społecznej nie da się już dłużej budować na jednej interpretacji wartości religijno-moralnych. Kościół nie ma już monopolu na bycie ostateczną wykładnią wartości, na których ufundowane są dzisiejsze demokracje: wolność sumienia, równość wobec prawa, sprawiedliwość czy tolerancja. Przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze demokracja jest genetycznie i aksjologicznie niezależna od religii, choć obie mogą wypełniać względem siebie funkcje krytyczne. Po 1989 roku Kościół przestał być parasolem, pod którym chroniła się opozycja demokratyczna, i nie wypełnia funkcji zastępczej bycia quasi-demokracją w państwie monopartyjnym.

Po drugie, pluralizm ideowy jest w Polsce faktem. Nie oznacza to braku miejsca dla Kościoła na światopoglądowej mapie kraju, ale raczej ugruntowanie ideowej emancypacji obywatela sięgającego do źródeł moralnych, które sam wybiera i z którymi związuje się na mocy decyzji własnego sumienia, a nie sumienia „narodu”. Polski katolicyzm traci socjologiczną protezę zachowań grupowych i stoi przed bezprecedensową szansą, aby stać się jeszcze bardziej religią świadomego i wolnego wyboru. Czyż nie w tym tkwi sedno nauczania Kościoła?

Zgoda społeczna, na której opiera się demokracja, jest porozumiem odnośnie do wartości politycznych: ich katalogu i podstawowego rozumienia. Demokracja i państwo prawa nie wymagają od obywateli konsensusu w kwestiach moralnych i religijnych. Utrzymanie zbyt szerokiej platformy zgody narodowej wymaga zawsze użycia aparatu przymusu, reżim PRL-u był tego przykładem. Dla pokoju społecznego, który stabilizuje demokrację, wystarcza akceptacja podstawowego rozumienia pakietu wartości konstytucyjnych traktujących o „wolnościach, prawach i obowiązkach człowieka i obywatela” (Konstytucja RP, rozdz. II). Kościoły, instytucje edukacyjne, kultury i sztuki powinny odgrywać rolę zaplecza ideowego, które zapewnia obywatelom źródła motywacji, wyostrza zmysł krytyczny, rozwija samorozumienie i orientację w świecie. Rolą demokracji jest zagwarantowanie obywatelom równoprawnego dostępu do tego zaplecza.

Nie wolno mieszać dwóch porządków: religijnego i politycznego, powiedział kiedyś Ten, któremu oferowano królestwo ziemskie. Ci, którzy nie chcieli się zgodzić na tak sformułowany podział wpływów, w końcu i tak nałożyli Mu koronę. W dramatyczny sposób uznali Jego autorytet. Argument, że nie da się głosić Ewangelii bez zajmowania stanowiska politycznego, bierze się z nieumiejętności oddzielenia języka wartości od języka walki o władzę. Szkoda, że ten błąd popełniają często ci, którzy powołują się na myśl Jana Pawła II. A przecież to jego teksty i przemówienia są najbliższym polskiemu Kościołowi przykładem jak mówić o sprawiedliwości bez wskazywania na „prawo i sprawiedliwość” lub o byciu dobrym obywatelem, choć bez „platformy”. Oddajmy krzyż Kościołowi, a prezydentowi jego pałac. A na denary pracujmy uczciwie, nie licząc na skarbonę.

Dojrzewająca demokracja
Dominik Ciołek SJ

urodzony w 1974 r. – jezuita, absolwent politologii na Uniwersytecie Warszawskim, teologii na PWT "Collegium Bobolanum" w Warszawie, duszpasterz polonijny w rejonie Zatoki San Francisco. Doktorant w Jesuit School of Theolo...