Uchodźcy
fot. Leonid Shcheglov / EASTNEWS

Ewangelia na granicy

, 0 recenzji

Europa Zachodnia za kilkadziesiąt lat będzie w dużej mierze kształtowana przez społeczność muzułmańską. Będziemy zmuszeni do spotkania. Tym bardziej potrzebujemy ocalenia i wzmocnienia swojej tożsamości chrześcijańskiej.

Rozmawiają bp Krzysztof Zadarko i Roman Bielecki OP

Czy to, co się dzieje na granicy z Białorusią, to klęska chrześcijaństwa w Polsce?

Aż tak czarno tego nie widzę. Na granicy znajdują się ludzie, którzy kierują się Ewangelią, nie tylko w grupach Caritas. Jest wielu takich wolontariuszy w organizacjach pozarządowych.

Ksiądz biskup tam był?

Tak, ale nie chciałem robić z tego medialnego zamieszania. Rozmawiałem też z dziekanem dekanatu, na którego terenie leży między innymi Usnarz Górny. Mówił o zaangażowaniu i otwartości parafii wzdłuż granicy. Podkreślał, że brakuje listu pasterskiego episkopatu o uchodźcach.

I kiedy taki list się pojawi?

Przy każdej okazji powtarzam księżom biskupom: „Przez najbliższe trzydzieści lat będziemy się zajmować migrantami i uchodźcami, czy to się komuś podoba, czy nie”. Oczywiście oni już to słyszeli, ale gdy widzą, co się dzieje, do wielu zaczyna docierać, co to znaczy.

My naprawdę potrzebujemy listu?

Tak to u nas działa. Jeśli episkopat powie, że trzeba pomagać, to dla ludzi będzie sygnał, że jest to ważne.

A nie lepiej, żeby w mediach pojawił się przewodniczący episkopatu albo prymas, który o tym powie?

Jeszcze raz powtórzę, u nas to tak nie działa. Gdy jest list, to każdy ksiądz ma obowiązek odczytać go na ambonie. Wszystkie inne komunikaty są dobrowolne. Bez względu na to, czy wydał je przewodniczący, czy arcybiskup, czy ktokolwiek inny. Proszę zauważyć, że komunikat Rady ds. Migracji z sierpnia tego roku w sprawie pomocy migrantom został przemilczany przez media prawicowe, telewizję publiczną, a nawet przez większość mediów katolickich.

Wracając do granicy. Rozmawiał ksiądz biskup z uchodźcami?

Tak. Byłem w ośrodku w Czerwonym Borze przemianowanym z otwartego na zamknięty. W wielkim uproszczeniu: w Polsce są dwa rodzaje ośrodków dla uchodźców – zamknięte, które podlegają Straży Granicznej, i otwarte, którymi zarządza Urząd do Spraw Cudzoziemców. Po wstępnej weryfikacji przechodzi się z ośrodka zamkniętego do otwartego, gdzie się czeka na decyzję o przyznaniu azylu lub ochrony międzynarodowej. W tej chwili jest tam komplet, około setki ludzi. Mam również porównanie z greckiej wyspy Lesbos, gdzie byłem latem i tam też rozmawiałem z uchodźcami.

Skąd się tam wzięli?

Na Lesbos ponad połowa to Afgańczycy. Tego jeszcze w ubiegłym roku nie było. Około trzydziestu procent stanowią migranci z Afryki Subsaharyjskiej – Senegalu, Ghany, Nigerii, Kamerunu, Somalii. Natomiast u nas, na naszej granicy mamy ludzi z Iraku, Syrii, Jemenu. Z Afryki też, ale jest to mniejszość.

Lekko licząc – dziewięć tysięcy kilometrów.

To są migranci, którzy przedostali się na wizach turystycznych do Turcji, potem na Lesbos albo drogą lądową do Grecji. Wiemy, że na Bliskim Wschodzie działają specjalne biura turystyczne służb białoruskich, które specjalizują się w obsłudze tras przerzutowych na naszą granicę.

Co obiecują?

Że dowiozą ludzi do Europy. Dziewięćdziesiąt procent z nich chce się dostać do krajów Europy Zachodniej. Tam najczęściej mają już kogoś, kto dotarł na przykład na fali 2015 roku. To jeden z mechanizmów socjologii migracji zwany push and pull, czyli przyciąganie i odpychanie. Wypędza ich wojna lub bieda, a przyciąga perspektywa lepszej przyszłości. Tam, gdzie chcą dotrzeć, jest już ktoś z ich bliskich.

Ile taka podróż kosztuje?

Mniej więcej dziesięć tysięcy dolarów za opłacenie przemytników. Nie ma uchodźcy bez szmuglera. On jest gwarancją bezpieczeństwa i dotarcia dalej niż do sąsiedniego kraju. Bez przemytnika można zostać napadniętym i okradzionym. Z przemytnikiem również nie ma stuprocentowej pewności, ale szansa na powodzenie jest większa.

Tylko miało być tak świetnie, a tu nagle zostają zatrzymani.

Dlatego są ogromnie sfrustrowani.

Bo wydawało im się, że tak po prostu przejdą?

Że nie będzie tak drastycznie jak jest. Oczywiście wszyscy wiedzą o tym, że jest to niebezpieczne. I jeśli mają do wyboru drogę przez Morze Śródziemne lub samolotem do Europy, to większość woli tę drugą opcję, bo ona daje większe szanse przeżycia niż droga morska.

Ale ostatecznie lądują w lesie. Jest zimno, pada, za chwilę śnieg. Dramat.

Sytuacja jest tragiczna, ale myślę, że ludzie, nie tylko na granicy, wyczuwają, że nie można nie pomóc. To jest coś bardzo pozytywnego. Problem tylko, co dalej? Jeśli oni przekraczają granicę nielegalnie, to trzeba ich zgłosić na policję albo

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 12, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść