otwarta książka
fot. Mikołaj DC / UNSPLASH

Boska księga codzienności

Dzieła tak wielkie, że aż arcy, mają to do siebie, że nie odczepiają się od nas w żadnej chwili życia. Co i raz coś się z nimi kojarzy, czasem trafniej, czasem mniej udanie – sami czujemy, czy arcydzieło pasuje do sytuacji, czy nie. Ja na przykład mam w sobie zawsze głębokie i przykre zdziwienie, kiedy wahania Jarosława Gowina określa się jako hamletyzowanie. Hamlecie, nie daj się!

Ale teraz myślę o Boskiej Komedii. O tym, że przetłumaczyłem ją, jak umiałem, czytelnicy „W drodze” wiedzą z rozmowy, jaką miesiąc temu przeprowadził ze mną Naczelny Redaktor, i z jednego z poprzednich moich felietonów. Ale uwaga: czym innym jest czytać siebie, efekt własnej pracy, w komputerze albo na wydruku, a czym innym w – notabene przepięknie wydanej przez Wydawnictwo Literackie – książce. Oto ją mam. Trzymam, głaszczę, ale się boję otworzyć. Boję się znaleźć miejsce, które mnie sparzy, którego bym się przestraszył, że mogłem tak niecelnie, nieprawdziwie. Ten stan znany jest chyba wszystkim tłumaczom, którzy najchętniej nie oddaliby nigdy wydawcy swojego przekładu, żyliby w stanie nieukończenia, niegotowości. Żeby znaleźć jakieś lepiej, jakieś trafniej… Jest jednak taka technika autorskiego powrotu do tekstu, która polega na wyłączeniu części widzenia i czytaniu tylko jednej warstwy. Czytam więc, bo wciąż ciekawi mnie sama opowieść, której ciągłość utraciłem trochę w sobie poprzez uwikłanie w szczegóły. I nie wychodzę z zadziwienia nad archaiczną aktualnością kolejnych scen.

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się