Ewangelia według św. Jana
Śląska prowincja jest zielona. Narracja o „czarnym Śląsku” jest tylko poniekąd prawdziwa: w erze, nazwijmy ją delikatnie, przedekologicznej rzeczywiście ilość sadzy (i innych niechlubnych produktów spalania) opadająca w części przemysłowej była znaczna, co nadawało wszystkiemu nutkę szarości (ale żeby zaraz czerń?). Uczciwie trzeba jednak przyznać, że w ciągu ostatnich 20 lat zmieniło się to diametralnie. Leśna zieloność śląskiej prowincji bierze się – paradoksalnie – z potrzeb przemysłu wydobywczego, który konsumując wielkie ilości drewna, wymuszał stosowne podejście do zalesiania. A chyba i górnicy po szychcie tęsknili do zielonego…
Brnąc przez kwestię lasów, zbliżyliśmy się znacząco do tytułowego drzewa. Dzieli nas od niego już tylko autobiograficzny wątek. Pamiętam z dzieciństwa jedno równie nieoryginalne, jak też niezrealizowane marzenie. Domek na drzewie. Mieszkaliśmy w centrum Piekar Śląskich. Dwa z trzech najważniejszych miejsc zabaw: plac i hasiok (miejsce, w którym wysypuje się „hasie”, czyli zasadniczo popiół z pieca – a przy okazji jakieś śmieci, jeśli nie dało się ich spalić lub po ówczesnemu zrecyklować) mieliśmy za domem, ale porządne drzewa dopiero na kalwaryjskim wzgórzu. Chodziliśmy tam z chłopakami na kasztany, a właściwie głównie pod tym pretekstem (bo pora roku nam w tym nie przeszkadzała). Nad sakralnością terenu czuwał stróż, tym groźniejszy, że wyposażony w zrywnego psa. Ze względu na sacrum kalwaryjskich dróżek, które skutecznie promieniowało na drzewa, marzenie o domku pozostało w sferze marzeń.
I już prawie dochodzimy do drzewa właściwego. Drzewo to nie jest ze śląskiej prowincji. I na dodatek jest drzewem sprzed kilku ładnych wieków. Ale za to ma domek. A właściwie nawet trzy. Jeden z nich został przygotowany dla św. Antoniego z Padwy. Nie wpadłbym zapewne na nie, gdyby nie to, że jedna z głównych bazylik na śląskiej prowincji jest jemu dedykowana. A odpust był w czerwcu.
W Assidua, jednym z trzech trzynastowiecznych żywotów św. Antoniego, czytamy następującą historię: Któregoś lata Antoni udał się do przyjaciela na kontemplacyjne wczasy. Ten miał w pobliżu domu „miejsce położone w lesie, gdzie wśród drzew leśnych rósł rozłożysty orzech (…). Gdy pewnego dnia mąż Boży spostrzegł jego przedziwną piękność, zaraz, natchniony Duchem postanowił zrobić sobie na nim celę, najbardziej dlatego, że miejsce to dawało odpowiednią samotność i spokój sprzyjający kontemplacji. (…) Ta cela stała się jego ostatnim mieszkaniem wśród śmiertelników; wstępując do niej, pokazał, że zbliża się do nieba”1.
No to teraz morały. Chyba dopiero trzeci będzie poważny.
A zatem primo: powrót na drzewo może się okazać dla człowieka zbawienny.
Secundo: może teolog od świętego różni się tym, że ten drugi – wydoroślawszy – nie rezygnuje z dziecięcych marzeń? A może po prostu nie dorośleje?
Tertio: w myśleniu o dziejach zbawienia, od drzewa, zdaje się, nie ma ucieczki. Powab drzewa dla pierwszego Adama był przyczynkiem do grzechu. Drzewo, na którym zawisł drugi Adam, nie miało żadnego powabu. A na końcu ci, którzy opłuczą swe szaty w krwi spływającej z drugiego drzewa, władać będą drzewem życia (por. Ap 22,14). Ale trochę jeszcze na to poczekamy. Najlepiej – na drzewie kontemplacji.
1 Cudotwórca z Padwy. Żywoty św. Antoniego „Assidua”, „Benignitas” i „Raymundina”, Kraków 1995.
Oceń