Spowiedź
Jaki jest sens zajmować się kimś, kto został zamordowany przez swoich siedemdziesiąt lat temu? Bo chrześcijaństwo niemieckiego pastora może i powinno być inspiracją dla tożsamości uczniów Jezusa Chrystusa.
9 kwietnia 1945 roku. Do końca wojny brakuje niespełna miesiąca. Wiadomo, że III Rzesza się nie ostoi. Nad obozem koncentracyjnym we Flossenbürgu wzeszło słońce. Między 6 a 7 rano dokonano tam egzekucji pięciu Niemców. Powieszono Wilhelma Canarisa, Hansa Ostera, Karla Sacka, Ludwiga Gehrego oraz Dietricha Bonhoeffera. Próbuję sobie wyobrazić tego ostatniego. Nagi, klęczący, modlący się do Boga. Za chwilę zostanie powieszony jako zdrajca ojczyzny. Zdrajca Führera. Zdrajca upadającej Rzeszy, z którą nigdy się nie identyfikował. Lekarz obozowy obecny przy tej egzekucji, a skazany później za zbrodnie hitlerowskie, zezna, że nigdy wcześniej w swojej kilkudziesięcioletniej praktyce lekarskiej nie był świadkiem śmierci człowieka tak oddanego Bogu.
Kim był zatem Dietrich Bonhoeffer?
W momencie męczeńskiej śmierci miał zaledwie 39 lat. Urodził się 4 lutego 1906 roku we Wrocławiu. Jego ojciec Karl należał do najwybitniejszych niemieckich psychiatrów (to jemu między innymi zlecono przeprowadzenie ekspertyzy dotyczącej poczytalności van der Lubbego, podpalacza Reichstagu z 1933 roku), w rodzinie zaś jego matki Pauli von Hase (powiązanej z dworem cesarskim) nie brakowało artystów, teologów i pastorów. Ojciec Pauli przeszedł do historii jako kapelan Wilhelma II, z której to funkcji zrezygnował po tym, jak skrytykował cesarza za określenie proletariatu mianem sfory psów.
Ci, którzy znali rodziców Dietricha Bonhoeffera, powiadają, że podczas kilkudziesięciu lat małżeństwa udałoby się uzbierać niecały miesiąc, kiedy tych dwoje spędziło czas bez siebie. Razem również wysłuchali nabożeństwa, które 17 lipca 1945 roku było transmitowane przez BBC z londyńskiego kościoła Holy Trinity. Nabożeństwa, któremu przewodniczył anglikański biskup George Bell (to jemu Bonhoeffer dedykował ostatnie swoje słowa1), a które było modlitwą za zamordowanego trzy miesiące wcześniej niemieckiego teologa i pastora. Zdaje się, że to wtedy Karl i Paula nabrali pewności, że ich syn nie żyje. Wcześniej nie mieli o nim żadnych wiadomości. Wieść o tym nabożeństwie musiała zbulwersować wielu mieszkańców Wielkiej Brytanii. Dopiero co zakończyła się wojna. Wiele angielskich rodzin opłakiwało stratę swoich bliskich, a w jednym z londyńskich kościołów celebruje się nabożeństwo żałobne dla upamiętnienia Niemca. Jeden z paradoksów historii Dietricha Bonhoeffera.
Jaki jest sens zajmować się Niemcem, który został zamordowany przez swoich siedemdziesiąt lat temu? Któremu ci sami Niemcy przez wiele lat odmawiali prawa do godności i czci, podtrzymując legalność wyroku doraźnego sądu wojennego, który skazał Dietricha Bonhoeffera na śmierć za zdradę? Jaki jest sens zajmować się luteraninem, którego Kościół luterański w Niemczech przez długie lata nie chciał uznać za męczennika, bo miał go „tylko” za ofiarę politycznego spisku przeciw Adolfowi Hitlerowi?
Czytanie pism Bonhoeffera nie powinno być archeologią. Zajmowanie się jego biografią nie może być tylko pisaniem laurek. To raczej wysiłek odkrycia w jego historii, w jego decyzjach świateł dla naszych wyborów. Innymi słowy, jestem przekonany, że chrześcijaństwo niemieckiego pastora może i powinno być inspiracją dla tożsamości uczniów Jezusa Chrystusa.
***
Historia Bonhoeffera mogła potoczyć się inaczej. Mogła, gdyby nie pewien fragment Nowego Testamentu, który niemiecki teolog czytał (jak sam zaznaczył w swoich zapiskach – przez przypadek) w ostatni poniedziałek czerwca 1939 roku. Dopiero co przybył do Nowego Jorku. Europa szykowała się do wojny, przed nim zaś otwierała się perspektywa dłuższego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Jego amerykańscy przyjaciele zaproponowali mu staż profesorski w Union Theological Seminary. Nikt nie ukrywał, że była to forma ucieczki z nazistowskich Niemiec, w których Bonhoefferowi groziło więzienie, a w ostateczności obóz koncentracyjny. On sam mocował się z myślami, co zrobić. Bez ustanku się zastanawiał, czy pozostać w Nowym Jorku (o którym podczas swojego pierwszego pobytu – w latach 1930/1931 – napisał, że nie ma w nim żadnej teologii), czy wracać do Niemiec i kontynuować swoją batalię o Kościół. Mocował się aż do owego poniedziałku, kiedy to w Drugim Liście św. Pawła do Tymoteusza przeczytał przynaglenie apostoła: „Pospiesz się, by przybyć przed zimą” (2 Tm 4,21)2. Uznał to słowo za skierowane do siebie, postanowił opuścić Stany Zjednoczone i wracać do Niemiec. Swoją decyzją wprawił wszystkich w osłupienie. Ale on wiedział, że inaczej nie może postąpić. Był potrzebny Kościołowi w Niemczech. Nawet jeśli ludzie tego Kościoła byliby zadowoleni z tego, że Bonhoeffera nie mają przy sobie. Jego obecność i postawa były bowiem wyrzutem sumienia.
Wiele lat wcześniej, w zupełnie innych okolicznościach, do jednego ze swoich znajomych napisze, że ucieczka nie jest dobrym pomysłem na życie. Czy myślał o tym, podejmując decyzję o powrocie z bezpiecznego kraju do ojczyzny, która pogrążała się coraz bardziej w odmętach nazistowskiego nihilizmu? Zapewne podejmując decyzję o powrocie, nic nie wiedział (a kto wtedy wiedział) o historii austriackiego Żyda Viktora Frankla, który w podobnej sytuacji wyboru między wyjazdem do Stanów Zjednoczonych a pozostaniem w okupowanej Europie wybrał wierność swoim żydowskim rodzicom. Sam Frankl w swoich wspomnieniach zaznacza, że uczynił tak motywowany kawałkiem marmuru ze zniszczonej przez hitlerowców synagogi wiedeńskiej. Ten kawałek kamienia leżał na stole w domu rodziców Viktora Frankla. Była na nim wyryta złocona hebrajska litera symbolizująca jedno z przykazań. Przykazanie mówiące o szacunku dla rodziców. Posłuszny Słowu przeszedł gehennę Auschwitz.
Jakie znaczenie w naszym życiu ma Słowo? To Słowo?
Być może dzisiaj dla kogoś to oczywiste, że teolog to przecież sługa Słowa, ale nie możemy zapomnieć, że Bonhoeffer uczył się teologii na Uniwersytecie Berlińskim, w liberalnej szkole Adolfa von Harnacka, jednego z najwybitniejszych protestanckich teologów. Ta szkoła dostarczyła interpretacji Biblii wszelkich możliwych narzędzi: opracowała historię gatunków i form, podkreślała czynniki socjologiczne i historyczne, odkrywała wpływy starożytnej kultury na kształtowanie się biblijnych opowieści. Tak dalece, że niekiedy odnoszono wrażenie, że mamy przed sobą słowo podobne do wszelkich innych słów wypowiedzianych przez ludzkość.
Harnack wysoko oceniał Bonhoeffera i uważał go za jednego ze swoich najlepszych studentów3. Co ciekawe, Bonhoeffer został poproszony o wygłoszenie mowy pożegnalnej w czasie pogrzebu Harnacka. Oddał hołd swojemu profesorowi, ale swoim życiem pokazywał, że Biblia to coś więcej niż tylko rezultat historycznych lub kulturowych uwarunkowań. To Słowo, które przemawia, i Słowo, które interpeluje wolność człowieka. W tym Słowie zostaje bowiem objawiona wola Jezusa, a życie chrześcijanina to nic innego jak posłuszeństwo tej woli.
Bonhoeffer zastanawia się nad tym, co jest sercem chrześcijaństwa. Czy jest nim Kazanie na górze, czy też orędzie krzyża Jezusa Chrystusa (niewątpliwie, daje znać tutaj o sobie luterańska proweniencja teologa). Kazanie na górze stało się dla niego swoistym motywem przy pisaniu Naśladowania, książki, która podsumowała kilkuletnie doświadczenie seminarium Kościoła Wyznającego. To pytanie o serce chrześcijaństwa wydaje się o tyle istotne, że w Kazaniu na górze bardzo mocno jest zaakcentowana miłość nieprzyjaciół.
We wspomnianym Naśladowaniu Bonhoeffer pisze:
Sposobem na przezwyciężenie zła drugiego człowieka jest doprowadzenie do wyczerpania się zła bez osiągnięcia zamierzonego skutku. Chodzi o to, by zło nie znalazło tego, czego szuka, a mianowicie oporu i tym samym nowego zła, które mogłoby je jeszcze bardziej rozpalić. Zło dźwigane i znoszone chętnie, gdy nie znajduje obiektu, gdy nie napotyka na opór, staje się bezsilne. Natrafia tu bowiem na przeciwnika, któremu nie potrafi sprostać. Jednakże stać się tak może jedynie tam, gdzie doszczętnie wyeliminowano opór, gdzie zrezygnowano całkowicie z powetowania zła złem. Zło nie może osiągnąć dzięki temu swego celu, jakim jest szerzenie zła, pozostaje osamotnione4.
A jednak, w którymś momencie swojego życia Bonhoeffer podjął decyzję o przystąpieniu do ruchu oporu, który zakładał fizyczną eliminację Adolfa Hitlera i jego najbliższych popleczników. Zakładał zatem zabicie człowieka. Czy taki przełom dokonał się w 1940 roku, kiedy to Niemcy Adolfa Hitlera najechały Europę Zachodnią? Eberhard Bethge, jeden z najbliższych przyjaciół, a później także mąż siostrzenicy Bonhoeffera, wskazuje właśnie na ten czas. W swoich wspomnieniach pisze o pewnym wydarzeniu z czerwca 1940 roku. Byli razem w Tylży, gdzie odwiedzali jednego z pastorów Kościoła Wyznającego. Siedzieli w kawiarnianym ogródku i pili kawę, kiedy z głośników popłynęła wojskowa muzyka i głos spikera obwieścił wszystkim, że Paryż się poddał. Wszystkich ogarnął entuzjazm. Bonhoeffer również wstał i podniósł rękę w geście hitlerowskiego pozdrowienia. Osłupiałemu i znieruchomiałemu Bethgemu kazał wstać i również podnieść ramię do Heil Hitler. „Zwariowałeś – miał powiedzieć. – Od teraz będziemy musieli się wystawić na wiele niebezpieczeństw, ale nie z powodu tego głupiego gestu”. Według Bethgego był to moment, w którym Bonhoeffer zdecydował się na konspirację. I znowu trzeba sięgnąć do jego słów sprzed kilku lat, kiedy to pytał, co wyróżnia wspólnotę uczniów Jezusa.
Owym pierwiastkiem nadzwyczajnym – i to największe zgorszenie – są czyny idących za Chrystusem. Trzeba je podejmować – jak większą sprawiedliwość – one muszą być widoczne. Nie na drodze etycznego rygoryzmu, nie w ekscentrycznych formach życia chrześcijańskiego, lecz w prostocie chrześcijańskiego posłuszeństwa wobec woli Jezusa5.
Czy uznał zatem, że wolą Jezusa, proroka z Nazaretu, jest jego udział w spisku na życie człowieka, który zagrażał Kościołowi? To pytanie musi pozostać otwarte.
***
Osią sporu, który Bonhoeffer toczył wewnątrz wspólnoty luterańskiej, była kwestia tożsamości Kościoła6. Należy zaznaczyć, że sytuacja Kościoła luterańskiego (do którego Bonhoeffer należał) była nieco inna niż wspólnoty katolickiej. Już bowiem w 1937 roku Pius XI opublikował encyklikę Mit brennender Sorge, w której odnosił się krytycznie do ideologii nazistowskiej, a jeszcze wcześniej, bo w 1931 roku, episkopat bawarski zabraniał duchownym katolickim współdziałania z ruchem narodowosocjalistycznym. To oczywiście nie oznaczało, że wewnątrz Kościoła katolickiego w Niemczech nie było zafascynowanych postacią Adolfa Hitlera księży czy biskupów, którzy widzieli w nim wręcz męża opatrznościowego. On sam zresztą w swoim przemówieniu inauguracyjnym z 1933 roku deklarował, że chrześcijaństwo będzie fundamentem odrodzenia narodu niemieckiego. Wspomniane jednak powyżej dokumenty wyraźnie pokazywały zastrzeżenia doktrynalne Kościoła katolickiego wobec ideologii hitlerowskiej.
Nerwem Kościoła luterańskiego była natomiast niemieckość. Poddana manipulacji narodowych socjalistów musiała obrócić się przeciwko dziedzictwu Lutra. Bonhoeffer zdawał sobie z tego sprawę, dlatego też w liście do swojej babki Julii pisał w 1933 roku, że
coraz jaśniej widzę, że nastanie wielki Kościół o charakterze nacjonalistycznym, Kościół, który w swej istocie nie będzie tolerował chrześcijaństwa, i że my sami musimy przygotować się na zupełnie nowe drogi, którymi będziemy musieli wówczas pójść. Pytanie rzeczywiście brzmi: niemieckość czy chrześcijaństwo…7.
W łonie domu luterańskiego bardzo szybko wyodrębniła się frakcja Niemieckich Chrześcijan, którzy przejęli z czasem kontrolę nad całym Kościołem, a których poglądy były mieszanką chrześcijaństwa i narodowego socjalizmu. I to przeciw nim Bonhoeffer skierował ostrze swej krytyki. Dwie sprawy okazały się kluczowe. Pierwsza dotyczyła tak zwanych paragrafów aryjskich. Na ich mocy Żydzi i osoby z nimi związane małżeństwem były wyjęte spod prawa i pozbawione jakichkolwiek możliwości zawodowych. Hitlerowi zależało, żeby Kościół luterański przyjął to rozwiązanie odnośnie do pastorów żydowskiego pochodzenia. Jedną z takich osób był Gerhard Leibholz, mąż siostry bliźniaczki Bonhoeffera. Według przepisów obowiązujących w Niemczech Gerhard miał zostać pozbawiony prawa sprawowania posługi kościelnej. Przyjęcie przez Kościół tych zapisów oznaczałoby według niemieckiego teologa zaprzeczenie idei wspólnoty, w której o przynależności decyduje chrzest, a nie pochodzenie etniczne. Dla niego to nie tylko sprzeciw wobec dyskryminacji Żydów, ale i walka o tożsamość Kościoła.
Opór wobec tych (i podobnych) zakusów narodowych socjalistów i współpracujących z nimi przedstawicieli niemieckiego luteranizmu sprawił, że Bohnoeffer wespół z przyjaciółmi powołał tzw. Kościół Wyznający. Ukonstytuował się on pod koniec maja 1934 roku i od razu pojawił się problem, jak go odnieść do istniejącej już wspólnoty luterańskiej w Niemczech. Czy jest to secesja? Bonhoeffer w swoich poglądach wydaje się najbardziej radykalny. Stanowczo twierdził, że to nie Kościół Wyznający odłączył się od Kościoła Rzeszy, ale że ten drugi przestał być po prostu Kościołem chrześcijańskim. A co za tym idzie, dziedzictwo reformacji znajduje się już tylko w Kościele Wyznającym. Tak dalece jest przekonany o swojej racji, że zdobywa się na zaskakującą deklarację, że „kto w Niemczech w sposób dobrowolny odłącza się od Kościoła Wyznającego, odłącza się od zbawienia”8.
Naziści nie rezygnują jednak z całkowitego podporządkowania sobie Kościoła luterańskiego. Tylko w 1937 roku ponad ośmiuset pastorów przynależących do Kościoła Wyznającego trafia do aresztu. W 1940 roku zostaje zamknięte seminarium, którego dyrektorem był Bonhoeffer. To właśnie w tym seminarium, pośród wspólnoty studentów, wprowadzał zwyczaje, które dla wrażliwości luterańskiej wydawały się zbyt katolickie. Każdy z uczestników był zobowiązany do codziennej medytacji Słowa Bożego i każdy musiał wybrać sobie spośród braci swojego „spowiednika”. Jak bardzo musiały bulwersować adeptów luterańskiej teologii słowa ich mistrza, który mówił:
Chrystus stał się naszym bratem, aby nam pomóc; teraz przez Niebo mocą Jego nakazu nasz brat stał się dla nas Chrystusem. Tak więc brat stoi przed nami jako znak prawdy i łaski Bożej. Został nam dany, aby nam pomóc. W zastępstwie Chrystusa odpuszcza nam grzechy. Strzeże tajemnicy naszej spowiedzi, jak strzeże jej Bóg. Idąc więc do spowiedzi, idę do Boga9.
On sam korzystał z posługi spowiedzi u swojego przyjaciela Eberharda Bethgego. To pokazuje, jak ten wychowany w tradycji luterańskiej teolog był otwarty na wszystko, co wydawało mu się w wielkiej rodzinie chrześcijańskiej cenne i godne naśladowania.
Kolejnym narzędziem nacisku Niemiec hitlerowskich na Kościoły był sposób finansowania. Państwo odmawiało przekazywania pieniędzy pastorom związanym z Kościołem Wyznającym, co stawiało ich i ich rodziny w bardzo trudnej sytuacji.
Drugą kwestią sporną była decyzja władz Kościoła luterańskiego podjęta po aneksji Austrii (miał to być ponoć prezent dla zwycięskiego Fürhera) i nakazująca wszystkim pastorom składanie przysięgi na wierność dyktatorowi.
Czy Kościół, który wykluczył Żydów i składał przysięgę wierności pogańskiemu władcy, jest jeszcze prawdziwym Kościołem?
W miesiąc po dojściu Adolfa Hitlera do władzy Bonhoeffer głosił kazanie w berlińskim kościele Świętej Trójcy. Powiedział wtedy bardzo dobitnie:
My w Kościele mamy tylko jeden ołtarz i jest to ołtarz Wszechmogącego (…) przed którym wszystkie stworzenia powinny uklęknąć. (…) Jeśli ktoś oczekuje czegoś innego, niech pozostanie z dala. Taki nie może być razem z nami w domu Boga. (…) I my w Kościele mamy tylko jedną ambonę i z tej ambony mówi się o wierze w Boga i o żadnej innej wierze ani żadnej innej woli, jakkolwiek dobra by była10.
Życie Bonhoeffera jest świadectwem tej jedyności Boga i Jego absolutnego prymatu w życiu człowieka i Kościoła. Za to oddał życie.
***
W anglikańskim opactwie Westminster uhonorowano dziesięciu męczenników chrześcijaństwa XX wieku. Dom katolicki reprezentowany jest przez dwie postaci: arcybiskupa Oskara Romera (wkrótce błogosławionego) i ojca Maksymiliana Marię Kolbego, kanonizowanego przez świętego Jana Pawła II. Wśród tych dziesięciu chrześcijan, którzy w XX wieku oddali swoje życie za Jezusa Chrystusa i Jego wspólnotę, postawiono także figurę Dietricha Bonhoeffera. Paradoksalnie stoją w pobliżu siebie posągi polskiego księdza zamordowanego w Auschwitz przez Niemców i Niemca, który został wyklęty przez swoich.
Historia Dietricha Bonhoeffera to także zachęta do tego, aby przemyśleć postawę Niemców podczas II wojny światowej. W tym roku obchodzimy siedemdziesiątą rocznicę zakończenia wojny. Wciąż kładzie się ona cieniem na relacjach polsko-niemieckich. Myślę, że warto przy tej okazji wspomnieć o tych dziesięciu sprawiedliwych w narodzie niemieckim, którzy sprzeciwili się dyktaturze Hitlera. To prawda, że zdecydowana większość społeczeństwa niemieckiego poparła (z koniunkturalizmu lub ze strachu) politykę nazistów, ale niedostrzeganie takich postaci jak Bonhoeffer stanowi niesprawiedliwość wobec ich męczeństwa.
W lipcu 1932 roku (sic!) na kilka miesięcy przed przejęciem władzy przez Adolfa Hitlera, podczas ekumenicznego spotkania w czeskich Černohorskich Kúpelach niemiecki teolog przestrzegał, że partia nazistowska, nadużywając demokracji, pragnie ustanowić dyktaturę; że ideologia nazistowska podbija umysły chrześcijan; że zwycięstwo partii Hitlera będzie miało nieprzewidywalne skutki nie tylko dla narodu niemieckiego, ale dla całego świata. Dlatego też „chrześcijanie muszą zjednoczyć się w tej walce, z siłami, które zwodzą całe narody do wyznawania fałszywego nacjonalizmu, wspierają militaryzm i zagrażają światu niepokojem, który może doprowadzić do wojny”11.
Adolf Hitler doszedł do władzy 30 stycznia 1933 roku. Dziwnym zrządzeniem losu (kolejny przypadek?) dwa dni później dwudziestosześcioletni Bonhoeffer wygłasza w radiu konferencję na temat pojęcia przywódcy, Fürhera. Przemówienie młodego niemieckiego profesora teologii opiera się na zestawieniu dwóch pojęć: wodza (Fürhera) i uwodziciela (Verfürhera). Przemówienie zostaje wydrukowane w konserwatywnym „Kreuzzeitung”, a następnie raz jeszcze przedstawione na początku marca w berlińskim Instytucie Nauk Politycznych. Dla słuchaczy i czytelników tamtego przemówienia było jasne: Adolf Hitler nie utożsamia niemieckiej idei przywódcy. I nawet jeśli słowa te nie padły wprost, to konkluzja wywodów Bonhoeffera była oczywista: Adolf Hitler zwodzi naród. Głos proroka nie zatrzymał machiny zła. Ale taki wydaje się los wszystkich proroków.
W lipcu 1944 roku spiskowcy związani z Abwehrą dokonują nieudanego zamachu na dyktatora III Rzeszy. Rozpoczyna się seria aresztowań, egzekucji. Dietrich Bonhoeffer od kwietnia przebywa w więzieniu. Na razie nie ma przekonujących dowodów jego udziału w spisku. Śledczy nie potrafią jeszcze powiązać jego zagranicznych podróży (do Szwajcarii i Szwecji), podczas których kontaktował się z przedstawicielami aliantów, aby sprawdzić ich gotowość współpracy z konspiratorami, głównymi postaciami spisku.
Wszystko zmieniło się 20 września 1944 roku, kiedy to gestapo odkryło tzw. dossier z Zossen (zwane także „kroniką wstydu”). Otóż szwagier Bonhoeffera Hans von Dohnanyi, wysoki urzędnik Ministerstwa Sprawiedliwości i jeden z konspiratorów, od 1938 roku gromadził dowody zbrodni popełnianych przez nazistów. Miało to wszystko posłużyć w przyszłym procesie obalonego (jak wierzyli zamachowcy) dyktatora. Odkrycie tych dokumentów przez gestapo przypieczętowało los Bonhoeffera. O ratunku nie było już mowy.
Jeden z zamachowców Henning von Tresckow (popełnił samobójstwo) tuż przed zamachem poczynił takie wyznanie: „Hitler jest wielkim wrogiem nie tylko Niemiec, ale i całego świata (…) Bóg obiecał Abrahamowi, że nie zniszczy Sodomy, jeśli w tym mieście znajdzie dziesięciu sprawiedliwych ludzi, tak i ja mam nadzieję, że ze względu na nas Bóg nie zniszczy Niemiec”12.
1 Zastanawiam się, na ile ta przyjaźń Bonhoeffera z biskupem George’em Bellem (przedstawicielem ruchu ekumenicznego) była również tęsknotą za czymś, co w katolicyzmie wyraża idea papiestwa – instytucji, która nie podlega żadnym narodowym interesom i chroni wspólnotę uczniów przed pokusą unarodowienia wyznania.
2 Zob. Dietrich Bonhoeffer, Wybór pism, Warszawa 1970, s. 123.
3 W bardzo przyjacielskim liście do swojego studenta profesor pisał: „Materializm, gospodarka i sport zagrażają naszej duchowej egzystencji. Egzystencji teologii zagraża pogarda dla teologii naukowej oraz teologie nienaukowe…”. (za: Josef Ackermann, Dietrich Bonhoeffer. Wolność ma otwarte oczy, tłum. Eliza Pieciul-Karmińska, Poznań 2007, s. 59).
4 Dietrich Bonhoeffer, Naśladowanie, tłum. Joanna Kubaszczyk, Poznań 1997, s. 94.
5 Dietrich Bonhoeffer, Krzyż i zmartwychwstanie, tłum. ks. Kazimierz Wójtowicz CR, Kraków 1999, s. 4.
6 Byłoby rzeczą ciekawą przyjrzeć się samotności teologa. Doświadczenie, które wydaje się charakterystyczne dla wszystkich wyznań chrześcijańskich. Wspomnieć tutaj warto chociażby historię dominikanina Yves’a Congara, opisaną w jego dzienniku z lat 1952–1956, a wydaną pod tytułem Teolog na wygnaniu (W drodze, Poznań 2008).
7 Za: J. Ackermann, Dietrich Bonhoeffer, s. 131.
8 Za: Eric Metaxas, Bonhoeffer. La Vita del teologo che sfidò Hitler, Roma 2012, s. 355.
9 Dietrich Bonhoeffer, Życie wspólne, tłum. ks. Kazimierz Wójtowicz CR, Kraków 2001, s. 112.
10 Za: E. Metaxas, Bonhoeffer, s. 185.
11 J. Ackermann, Dietrich Bonhoeffer, s. 101.
12 Za: E. Metaxas, Bonhoeffer, s. 598.
Oceń