Butelka pełna uczuć
fot. great cocktails / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 votes
Wyczyść

Czy przypadkiem nasze poczucie bezpieczeństwa nie jest powierzchowne, a stabilizacja nie przeradza się w stagnację? Jeśli chcemy się rozwijać, to optymalna dawka lęku jest nieodzowna.

W poszukiwaniu szczęścia i wewnętrznego pokoju próbujemy usunąć wszystko, co nam przeszkadza osiągnąć upragniony stan. Nierzadko pierwsze w kolejce do wyrzucenia za burtę stoją nasze uczucia. Nie wszystkie oczywiście. Mile widziane są uczucia pozytywne, które w odczuwaniu sprawiają nam przyjemność. Eliminujemy natomiast, albo przynajmniej usilnie próbujemy wyeliminować, uczucia negatywne, które są nieprzyjemne albo bolesne w przeżywaniu. Problem polega na tym, że z uczuciami, zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi, jest jak z naszym cieniem: nie można przed nimi uciec. Wiele mądrości w tym względzie ma stara opowiastka z życia mnichów. Młody mnich zmagający się z demonami własnego wnętrza, nękany był pokusą, żeby uciec z pustyni i opuścić mniszy stan. Żalił się więc starcowi, że chce porzucić swoje powołanie ze względu na kłębiące się w nim myśli i uczucia, z którymi nie może sobie dać rady. Stary mnich spojrzał na niego i rzekł: „Możesz odejść. Pamiętaj jednak: dokądkolwiek pójdziesz, zabierzesz samego siebie”. Nie ma ucieczki od włas- nych uczuć, nie ma ucieczki od samego siebie.

Uciekając od uczuć negatywnych, niechcący pozbawiamy się również możliwości przeżywania uczuć pozytywnych. Nie da się odczuwać wiecznej radości bez doświadczania smutku. Miłość bez chwil złości, wyrażających się w konstruktywnym sporze i niezgodzie, trąci powierzchownością i udawaniem. Pozbawiając się uczuć nieprzyjemnych, ograniczamy możliwość cieszenia się uczuciami przyjemnymi, ponieważ jedno uczucie często pociąga za sobą inne.

Wyobraźmy sobie, że nasz organizm to butelka, w której znajduje się mieszanka uczuciowego płynu. Nie jest on jednorodny, ale ułożony w nakładające się na siebie warstwy. Najbliżej powierzchni znajdują się te uczucia, które są nieprzyjemne i bolesne (zwłaszcza jeśli nasze dotychczasowe doświadczenia nie były pozbawione relacyjnych porażek), a dopiero głębiej kryją się te, które kojarzymy z miłością i szczęściem. Pozytywne uczucia są na dnie butelki i żeby do nich dotrzeć, musimy najpierw wypić dawkę uczuć bolesnych. Dlatego nie wszyscy docierają do głębszych warstw. Niektórzy nie mają odwagi przechylić butelki i spróbować najpierw gorzkiego smutku czy cierpkiej złości. W drodze do lepszego niejednokrotnie trzeba przejść przez najgorsze. A najgorszego się boimy. To lęk nam podpowiada, aby nie pić do dna.

Metropolia to nie sawanna

Jaka jest w takim razie rola lęku w naszym życiu? Czy jest to uczucie, któremu możemy zaufać? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy się cofnąć do czasów, gdy jeszcze nie było cywilizacji, a ludzie żyli w dzikich warunkach. Niezbędne były wówczas wszystkie zdolności, które zwiększały szansę przetrwania. Do nich należały właśnie emocje, a zwłaszcza lęk. Jako automatyczne i natychmiastowe reakcje walki lub ucieczki zwiększały one prawdopodobieństwo przeżycia. Gdy nasz przodek, przechadzający się wśród traw sawanny, zauważył w oddali zbliżającego się zwierzaka w paski, natychmiast uciekał. Każdą zbędną milisekundę zastanawiania się i wahania mógł przypłacić życiem, bo spotkałby się z zębami tygrysa. W sytuacji zagrożenia układ nerwowy wytwarza w naszym organizmie objawy lęku w czasie krótszym niż jedna sekunda. Wtedy całe nasze ciało jest zmobilizowane i gotowe do ucieczki.

Emocje mądrze prowadziły nas przez bardzo długi czas rozwoju, jednak nowa rzeczywistość, którą stworzyła cywilizacja, pojawiła się tak gwałtownie, że powolny proces zmian schematów życia emocjonalnego nie może dotrzymać jej kroku. Obecnie nie musimy się obawiać wilka czy niedźwiedzia, a co najwyżej szalonego kierowcy prowadzącego brawurowo samochód. Ostrzegawczy system lęku, stworzony dla przeżycia na pustkowiu nadal jednak działa, przysparzając nam czasem kłopotów w relacjach międzyludzkich. Dlaczego tak się dzieje?

Albo bliskość, albo śmierć

Nasze przetrwanie nie zależy jedynie od umiejętności unikania zewnętrznego niebezpieczeństwa. Jako ludzie jesteśmy stworzeni do relacji: rodzimy się i umieramy z przemożnym pragnieniem nawiązania, podtrzymywania i ochrony relacji z innymi. Fizyczne i emocjonalne życie dziecka zależy od bliskiej więzi z dorosłymi opiekunami. Z powodu tej zależności i kluczowej roli przywiązania wszystko, co mogłoby zaszkodzić relacji, odczytujemy jako zagrożenie. Nie tylko tygrys, niedźwiedź i wilk są postrzegane jako niebezpieczne. Groźne stają się dla dziecka również te wszystkie jego reakcje, które mogą sprawić, że rodzic wycofa się fizycznie albo emocjonalnie. Dlatego dziecko, zanim jeszcze nauczy się mówić i myśleć, nabiera umiejętności rozróżniania, które jego uczucia i działania prowadzą do niechcianej rozłąki z osobą, od której zależy. W związku z tym każde uczucie, które zagraża bezpieczeństwu pierwotnej relacji, jest też zagrożeniem dla naszego przetrwania i wywołuje lęk. A dlaczego lęk powoduje tak wiele problemów? Wystarczy raz doświadczyć uczucia zagrażającego relacji, by mogło ono wywoływać lęk przez resztę życia. Wspomnienia przeżytego lęku pozostają w nas na zawsze.

Przyjrzyjmy się takiemu obrazkowi: trzylatek złości się, bo mama nie kupiła mu lizaka. Dziecko krzyczy i płacze. Co robi dojrzała matka? Mówi: „Widzę, że jesteś zły i niezadowolony, bo nie kupiłam ci lizaka. Pokaż mi, jak bardzo jesteś na mnie zły”. Matka przyjmuje złość dziecka, nie karze go za nią. To wcale nie oznacza, że musi zmienić zdanie i kupić mu lizaka. Niedojrzała matka powie: „Przestań wrzeszczeć! Jeśli chcesz, to zaraz ci dam prawdziwy powód do płaczu! Nie będziesz mnie szantażował swoim krzykiem”, albo po prostu zignoruje krzyk dziecka i zajmie się swoimi sprawami. W tym drugim przypadku matka werbalnie lub niewerbalnie odrzuca złość dziecka. I nie chodzi tu wcale o lizaka. Chodzi tylko o to, czy matka przyjmuje uczucia dziecka. Malec, którego uczucia, nawet te najtrudniejsze jak złość czy smutek, są przyjmowane, uczy się, że one nie niszczą relacji, nie są dla niej zagrożeniem i mogą być przeżywane i przyjmowane przez innych. Dziecko, którego złość nie była przyjmowana, uczy się, że jest ona niebezpieczna, bo mama jej nie lubi i krzyczy lub się nie odzywa albo obwinia. Takie dziecko jako człowiek dorosły będzie się bało swojej złości i będzie unikało wszelkich sytuacji, które mogłyby ją wywołać.

Czy strach różni się od lęku?

I strach, i lęk krzyczą tym samym głosem: „Uwaga! Niebezpieczeństwo! Uciekaj!”. Jednak ostrzegają nas przed innym zagrożeniem. Strach odczytuje rzeczywiste, konkretne niebezpieczeństwo przychodzące z zewnątrz. Widzę węża i automatycznie moje ciało zmobilizowane emocją strachu jest gotowe do ucieczki. Będąc na przejściu dla pieszych, widzę szalonego kierowcę wjeżdżającego z impetem i doświadczam strachu. Odbieram wyniki mające potwierdzić diagnozę poważnej choroby i strach przepełnia moje wnętrze. To są przykłady zewnętrznego zagrożenia, wywołującego w nas uzasadniony strach.

Lęk, odwrotnie niż strach, ostrzega nas przed niebezpieczeństwem, które płynie z naszego wnętrza. Często mamy problem z rozpoznawaniem wewnętrznych uczuć, bo w dzieciństwie nauczyliśmy się ignorować te, których nie akceptowali nasi opiekunowie. Kiedy ignorowanie uczuć staje się nawykiem nieświadomym i automatycznym, to nie wiemy już, co wywołuje nasz lęk. Kiedy pojawia się uczucie (np. złość lub smutek), które nauczyliśmy się odbierać jako niebezpieczne, nasze ciała zareagują tak, jak gdyby pojawił się tygrys. Zmobilizowane ciało chciałoby uciec. Fizyczna ucieczka nie jest jednak możliwa. Co wtedy robimy? Uciekamy wewnętrznie, unikając tych obszarów naszego wnętrza i tych uczuć, które wywołują w nas lęk. Strach mobilizuje ciało do obrony fizycznej, podczas gdy lęk do obrony psychologicznej.

Wewnętrzny hamulec

Czasami lęk (podobnie jak wstyd) nazywa się uczuciem hamującym. Dlaczego? Ponieważ funkcja lęku jest inna niż pozostałych uczuć. Lęk mobilizuje nas do hamowania odczuwania i wyrażania tych uczuć, które wcześniej nauczyliśmy się uważać za niebezpieczne w relacjach. Dlatego często znajdujemy się w swoistym potrzasku. Z jednej strony chcemy budować bliskie relacje z innymi, bo na dnie naszego serca tętni żywe pragnienie głębokiej więzi. Z drugiej zaś strony, zbliżając się do innych, próbujemy zatrzymać te uczucia, które nauczyliśmy się uważać za niebezpieczne. Przypomina to sytuację, w której ktoś chciałby dojechać pociągiem z Warszawy do Poznania i im bliżej byłby celu swojej podróży, tym częściej zaciągałby hamulec bezpieczeństwa. Hamulca bezpieczeństwa używa się w sytuacjach ekstremalnego zagrożenia. Takimi stają się sytuacje z innymi ludźmi (zwłaszcza bliskie), bo one wywołują w nas najwięcej mieszanych emocji. Lęk jest sygnałem, że uczucia pojawiające się w naszym wnętrzu stanowią zagrożenie. Nie można od nich uciec, ale można je ukryć za murem mechanizmów obronnych. Niestety cena tego rozwiązania jest dosyć wysoka – tracimy bliską relację z sobą i z innymi.

Boimy się ciałem, a nie głową

Jednym z częstszych błędów dotyczących rozpoznawania lęku jest mylenie go z myśleniem. Myśli mieszkają w naszej głowie, a lęk, jak wszystkie uczucia, jest ulokowany w ciele, mobilizując je do działania. Przyjrzyjmy się na przykład dość pospolitej w naszej kulturze tendencji do martwienia się. Zamartwiamy się różnymi sprawami – i tymi, na które mamy jakiś wpływ, i tymi, które zupełnie od nas nie zależą. Snujemy w głowie czarne scenariusze, według których świat staje się miejscem zagrożenia i porażki. Nadmiernie się martwiąc, produkujemy i podtrzymujemy myśli, którymi straszymy samych siebie. Na przykład: ktoś szuka zatrudnienia i mówi: „Boję się, że nie znajdę pracy”. Realny problem, wydawałoby się. Co się jednak dzieje, jeśli ten człowiek ma zwyczaj zamartwiania się? Prowadzi w głowie nieustający monolog, mówiąc sam do siebie: „Wysłałem 54 CV i dostałem tylko trzy odpowiedzi. I to jeszcze takie, które mi nie odpowiadają. Wiedziałem, że już nigdy nikt mnie nie zatrudni. Od samego początku podejrzewałem, że mi się nie uda znaleźć pracy. No tak, jestem po prostu za stary i już nikt mnie nie chce. Jak ja sobie teraz poradzę w życiu?”. Część tych stwierdzeń jest zakorzeniona w rzeczywistości, ale zgeneralizowany wniosek jest czarnym scenariuszem, którego trudno się nie bać. Czy taki sposób myślenia o sobie przyczyni się do tego, że ten człowiek będzie bardziej zmotywowany, czy raczej będzie opanowywał go coraz większy lęk, który w konsekwencji sparaliżuje jego wysiłki? Mam nadzieję, że jest to pytanie retoryczne.

Inny przykład – chłopak myśli o małżeństwie. Chce znaleźć dziewczynę, a nawet ma już jedną na oku, z którą chciałby zacząć budować bliższy związek. Boi się jednak, że ta dziewczyna, jak zresztą i wszystkie inne, nie zwróci na niego uwagi ze względu na jego nieatrakcyjność. Chłopak jest święcie przekonany, że boi się kobiet. Nie zauważa jednak, że nieustannie się karmi krytycznymi myślami na temat swojej atrakcyjności: „Nikt nie zwróci uwagi na takiego grubasa. Co prawda udało mi się cudem skończyć studia, ale chyba jest ze mną coś nie tak, bo nie mogę znaleźć pracy. Nie będę mógł być odpowiedzialnym mężem i ojcem, bo nie jestem w stanie zarobić nawet na samego siebie. Poza tym w towarzystwie zachowuję się, jakbym połknął kij, i nie czuję się swobodnie wśród ludzi”. Jasne jest, że taki chłopak, nafaszerowany krytycznymi zdaniami na swój temat, będzie odczuwał zwiększony poziom lęku przed podjęciem rozmowy z jakąkolwiek dziewczyną. Jeśli jego oczy będą zaślepione, to nie zauważy, że boi się własnego krytycznego myślenia na swój temat, ale będzie twierdził, że boi się kobiet, które tylko czekają, żeby go krytycznie ocenić. Ten chłopak odczuwa lęk, myśląc, że dziewczyny go atakują przez krytykę. Nie dostrzega jednak, że to nie inni go atakują, ale on sam jest sprawcą ataków na siebie.

Zmiana za cenę lęku

Lęk nie jest uczuciem przyjemnym. Dlatego na różne sposoby próbujemy go eliminować z naszego życia. Czy jednak nie płacimy za to zbyt wysokiej ceny? Unikając wszelkich przejawów lęku, możemy co prawda cieszyć się poczuciem bezpieczeństwa i względną stabilizacją. Warto sobie jednak zadać pytanie, czy przypadkiem nasze poczucie bezpieczeństwa nie jest powierzchowne i pozorne, a stabilizacja nie przeradza się stopniowo w stagnację. Jeśli chcemy się rozwijać, to optymalna dawka lęku jest nieodzowna. W naszym życiu lęk nie może być ani zbyt wysoki, bo wtedy jesteśmy przytłoczeni i sparaliżowani, ani też zbyt niski, bo kończy się to bezwładem i biernością. Albo podejmujemy ryzyko i szukamy nowych ścieżek, co oczywiście wiąże się z pewną dawką lęku, albo unikamy wszelkich wyzwań i nie ruszamy się z miejsca. Zmiany rozwojowe, zawodowe, emocjonalne, duchowe, terapeutyczne i wszelkie inne dokonują się w nas za cenę lęku.

Nie ma lęku w miłości

Jezus wielokrotnie mówi do swoich uczniów: „Nie bójcie się”, albo „Czemu tak bojaźliwi jesteście, małej wiary?”. Czy oznacza to, że Pan Jezus zakazuje apostołom przeżywania uczucia lęku? Czy rację mają niektórzy chrześcijanie, kierując się w swoim życiu przekonaniem, że lęk jest zły, bo świadczy o ich braku zaufania do Boga? Przypomnijmy jeszcze raz – lęk jest uczuciem, które informuje nas o zagrożeniu (realnym bądź wymyślonym). Czy bliskość Boga może być dla nas jakimkolwiek realnym zagrożeniem? Czy jeśli kochający ojciec chce wziąć swoją córkę na ręce, to ona wpada w przerażenie? Czy jeśli miłująca matka chce przytulić swojego syna, to on powodowany lękiem chowa się pod stół? Nie. Bo wiedzą, że bliskość z rodzicami jest dla nich czymś dobrym. Dlatego Pan Jezus często po wezwaniu: „Nie bójcie się” dodaje: „Ja jestem”. Mówi w ten sposób: Nie macie się czego obawiać. Nie przyszedłem, aby was potępić, ale zbawić. Nie przyszedłem was przestraszyć, ale ukochać. Moja obecność nie jest dla was zagrożeniem, ale wybawieniem. Skoro Bóg jest z nami we wszystkich sytuacjach naszego życia, również w tych realnie niebezpiecznych, to czy mamy prawo przeżywać lęk bez obwiniania się o brak wiary? Oczywiście. Popatrzmy na samego Mistrza w Ogrójcu. Jezus, w ostatnich godzinach swojego życia modli się do Ojca, jak relacjonuje Marek, zwracając się do Niego intymnym słowem Abba. Pomimo to, przeżywa ekstremalny strach, przerażenie. Była to naturalna reakcja na czekającą Go mękę.

I jeszcze słowa św. Jana: „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości”. Zdanie to można przeczytać na różne sposoby. Na przykład tak: Muszę kochać. Nie mogę się bać, bo w miłości nie ma lęku. Jeśli się boję, to moja miłość nie jest jeszcze doskonała, a taka powinna być już dawno. W związku z tym coś jest ze mną nie tak. Drugi sposób odczytania mówiłby mniej więcej: Rzeczywiście stan doskonały polega na tym, że miłość usuwa lęk. Ale przecież, żyjąc na tym świecie, nie jestem jeszcze doskonały. Jestem na drodze doskonalenia mojej miłości i dlatego ciągle zmagam się z lękiem, który przeszkadza mi kochać. Bardzo jednak chcę otwierać moje oczy i oczyszczać moje spojrzenie, aby ujrzeć Boga takim, jaki jest. Chcę Go widzieć prawdziwie jako Tego, który przychodzi z miłością, a nie jako Tego, który przychodzi, aby mnie ukarać za moją niedoskonałość. Który ze sposobów odczytania św. Jana jest bliższy Bożemu zamysłowi?

Miniporadnik – kilka uwag praktycznych na koniec

Nie ignoruj swojego lęku – on ostrzega cię przed niebezpieczeństwem. Zbadaj jednak, czy niebezpieczeństwo pochodzi z zewnątrz (mówimy wtedy o strachu), czy też lęk jest wzbudzany przez impulsy z twojego wnętrza, które nauczyłeś się traktować jako niebezpieczne. Wielu ludzi z wysokim poziomem lęku wcale go nie dostrzega. Jako dzieci nauczyli się ignorować swój lęk, jeśli stawał się przyczyną niepokoju rodziców. Ignorowanie uczuć i lęku było działaniem przystosowawczym w przeszłości, ale dziś już takie nie jest. Ignorowanie to pewna droga do tego, by lęk pozostawał nieunormowany. Tylko wtedy, gdy potrafisz zaobserwować lęk i poświęcić mu świadomą uwagę przez dłuższy czas, możesz się nauczyć, jak sobie z nim radzić.

Sprawdź, czy nie straszysz siebie samego. Jeśli masz tendencję do ciągłego zamartwiania się albo podważania swoich kompetencji przez mówienie sobie: „Nie dam rady, nie wyjdzie mi, poniosę porażkę”, albo nadmiernie się krytykujesz i zbyt surowo osądzasz, albo porównujesz siebie z innymi na własną niekorzyść, to twoim pierwszym problemem nie jest lęk, ale myślowe atakowanie siebie, które wywołuje i podtrzymuje lęk. Najpierw zmień stosunek do siebie, a potem zobacz, co się stanie z lękiem.

Zmierz się ze źródłem zagrożenia. Amerykański psycholog Abraham Maslow mówił, że „Obawa poznania samego siebie jest bardzo często analogiczna do strachu przed światem zewnętrznym”. Lęk motywuje nas do obrony psychologicznej w sytuacji, w której nie ma obiektywnego niebezpieczeństwa. Dopóki będziesz unikać źródła zagrożenia, dopóty nie będziesz mógł się z nim zmierzyć i go przezwyciężyć. Masz więc dwie możliwości. Możesz unikać wszelkich obszarów napawających cię lękiem, a wtedy to lęk będzie tobą rządził. Albo możesz się zmierzyć z tym, co napawa cię lękiem, żeby odzyskać wolność wpływu na swoje życie.

Skorzystaj z pomocy, jeśli sam nie dajesz sobie rady. Obecność kogoś, kogo prosisz o pomoc, na pewno obniży twój poziom lęku. Będzie to dla ciebie świetna okazja, aby ćwiczyć zachowanie odwrotne, niż miałeś w zwyczaju do tej pory: zamiast ucieczki – zbliżanie, zamiast zamykania – otwieranie, zamiast obrony – otwartość, zamiast sztywności – elastyczność.

Pamiętaj, że każda zmiana pociąga za sobą konieczność spotkania się z lękiem. Nie nazywaj więc ostrożnością sytuacji, w której nieustannie unikasz rozwoju. Lęk pojawia się zawsze wtedy, gdy znajdujemy się w położeniu, do którego jeszcze nie dorośliśmy. Jeśli chcesz wzrastać i dojrzewać, to podejmij ryzyko i wyrusz w te obszary, których do tej pory lękliwie unikałeś.

Nie bój się Boga, ale bój się z Bogiem. Co prawda mówimy odwrotnie: „Bój się Boga!”, ale bojaźń Boża nie ma nic wspólnego z lękiem. Jest ona raczej szacunkiem wobec wszechogarniającego, kochającego Stwórcy, którego z miłości staramy się nie obrażać. A więc nie bój się Boga, bo On nie jest dla ciebie zagrożeniem. A jeśli się boisz jakiejś trudnej sytuacji zewnętrznej, to pamiętaj, że On jest z tobą, żeby cię podtrzymać.

Butelka pełna uczuć
Tomasz Gaj OP

urodzony w 1974 r. – dominikanin, psycholog, psychoterapeuta, ukończył studia teologiczne na PAT oraz psychologiczne na SWPS, absolwent podyplomowego studium terapeutycznego w Laboratorium Psychoedukacji, prowincjalny prowincjalny promotor formacji stałej i duszpasterz do po...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze