Aper de Silva
fot. tina sara / UNSPLASH.COM

Z wielkim wzruszeniem przystępuję do opisania sylwetki ojca Sylwestra Palucha, jednego z ostatnich dominikanów, który przez całe życie, od chwili obłóczyn, nie przywdział cywilnego ubrania. Nie miał go po prostu i nie umiałby w nim chodzić. Najlepiej czuł się w habicie, z którym w ogóle się nie rozstawał.

Jego urocza postać sunąca po ulicach Starego Miasta w Warszawie wzbudzała rozbawienie i uśmiech. Niskiego wzrostu, z wielką głową i pucołowatymi, wydętymi policzkami, z nosem jak ziemniak i oczami skorymi w najpoważniejszej chwili do śmiechu, szedł i bawił ludzi swoim widokiem, a także – słowem.

W późniejszych latach ta sylwetka dobrotliwego bałwana ze śniegu coraz częściej była podparta laską. W ręce dźwigał zawsze nieodłączną, ogromną teczkę wypchaną książkami, które z pasją gromadził i kupował, przepuszczając klasztorne pieniądze. Był bibliotekarzem z urodzenia. Przez lata opiekował się biblioteką klasztorną. Załatwiał nam niemożliwe do zdobycia lektury, które wydobywał spod ziemi. „Czy nie zdobyłby ojciec dla mnie książki…?” – „A zdobyłbym”. I zanim się oglądnąłeś, już miałeś ją w rękach.

Przez całe życie żartował z siebie i śmiał się do rozpuku. Świetny karykaturzysta – rysował swoją prześmieszną sylwetkę i podpisywał najrozmaitszymi pogardliwymi podpisami, np. aper de silva (dzik leśny), a

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się