Brewiarza po dziurki w nosie
fot. anna sullivan / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Najczęściej kapłańskie narzekania mają całkiem realną przyczynę. Nikt przy zdrowych zmysłach nie poświęci, powiedzmy zwyczajniej, nie będzie marnował życia dla rytuału i papierów. I słusznie.

Kryzys? Nic w tym złego, choć też nic przyjemnego, ale co z niego wyniknie, to zależy od nas samych i od tych, pośród których żyjemy. A ponieważ wygląda na to, że kryzysu nie da się uniknąć, gdyż jest on siłą napędową wszelkiego rozwoju i życia, wszystko rozbija się o to, jak, będąc w tak zwanym dołku, próbujemy się zeń wydobyć i czy mamy przy sobie kogoś, kto w potrzebie poda nam rękę. Wbrew pozorom sprawa nie jest prosta, a to dlatego że jako chrześcijanie zdecydowaliśmy się żyć na bakier. Jezus wszystko, łącznie z porządkiem prawno-moralnym, postawił na głowie. Dlatego w chrześcijaństwie więcej się oczekuje od pokrzywdzonego niż od krzywdziciela. To na pokrzywdzonym spoczywa obowiązek przebaczenia, i to bez czekania, aż go złoczyńca o to poprosi. Chrystusowa odwrócona perspektywa patrzenia na rzeczywistość ma charakteryzować sposób myślenia i działania chrześcijan, a starszych Kościoła, chciałoby się rzec, przede wszystkim. Jeśli jednak tak się rzeknie, wpadnie się w klerykalną pychę. Zacznie się licytacja, czyj sposób życia jest doskonalszy: świeckich katolików czy duchownych?

Bóg sam wystarczy?

Czasami na młodzieżowych nabożeństwach daje się słyszeć smętne śpiewanie: „Nie bój się, nie lękaj się, Bóg sam wystarczy”. Im dłużej obserwuję, w jaki sposób Bóg traktuje swoje dzieci, zwłaszcza, jak im pomaga, muszę powiedzieć, że sam Bóg nie wystarczy. Po pierwsze, dlatego że taki pojedynczy, jednolity, jednoosobowy Bóg nie wystarczyłby samemu sobie. Oczywiście pod warunkiem, że chciałby wiedzieć, co to jest miłość, a tym bardziej, gdyby rościł sobie pretensję do tego, by miłość była jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, jego imieniem. Bóg jest w trzech osobach, bo jest szczęśliwy. Prezbiter, jak każde dziecko Boże i człowiek, też chce być szczęśliwy i szuka takiego sposobu życia, myślenia i postępowania, który umożliwi mu posmakowanie szczęścia. W przeciwieństwie jednak do prawie wszystkich innych ludzi, kandydat do święceń prezbiteratu wybiera taką drogę do szczęścia, która nie tylko się wydaje, ale jest w rzeczywistości drogą w przeciwną stronę. Kiedy jego rówieśnicy zaczynają rozglądać się za swoją drugą połową, kimś, z kim zwiążą swój los i założą rodzinę, bo już do tego dorośli, kleryk podejmuje decyzję przeciwną. Wybiera życie w celibacie, w którym, jak wiadomo, nie chodzi jedynie o całkowitą wstrzemięźliwość seksualną, ale o coś znacznie więcej.

Benedykt XVI w Deus caritas est pisze, że: „człowiek jest w jakiś sposób niekompletny (…) ze swej natury dąży do znalezienia w drugim dopełnienia swej całości”. Wie, „że tylko w zjednoczeniu mężczyzny i kobiety człowiek może stać się »kompletny«”. Mówi też papież, że „miłość między mężczyzną i kobietą, w której ciało i dusza uczestniczą w sposób nierozerwalny i w której przed istotą ludzką otwiera się obietnica szczęścia, pozornie nie do odparcia, wyłania się jako wzór miłości w całym tego słowa znaczeniu, w porównaniu z którym na pierwszy rzut oka każdy inny rodzaj miłości blednie”. A zatem, wybierając celibat, przyszły prezbiter z góry skazuje się na konflikt z sobą samym. Na to, że będzie „niekompletny”. Rozpina więc prezbiter i zakonnik siebie między tym, ku czemu dąży całym sobą, gdyż kocha „nie sama dusza, ani nie samo ciało: kocha człowiek” (Benedykt XVI), a więc kobietą, małżeństwem i ojcostwem a Kościołem, który ma postrzegać jako swoją oblubienicę. Mówiąc obrazowo, przyszły ksiądz wybiera życie w kawalerce z jednoosobowym łóżkiem zamiast w domu z małżeńskim łożem i dziecinnym pokojem.

Skoro więc miłość osiąga swój szczyt w oddaniu siebie drugiemu i jednocześnie w przyjęciu tego drugiego, który się nam oddaje, a to wzajemne obdarowywanie siebie dokonuje się we współżyciu seksualnym, to rodzi się następujące pytanie: Co w zamian? Przyrzekając celibat, odrzucam ową przysłowiową połówkę jabłka. Czym mam zastąpić ten brak? Jak mam siebie skompletować?

Przez ciemną dolinę

Jeśli więc już prezbiter znajdzie się w dołku, czy też wprost w psalmicznej ciemnej dolinie czy jaskini, to najczęściej dlatego, że w którymś momencie uległ pobożnemu mitowi, rozpowszechnianemu przez pełnych dobrej woli seminaryjnych formatorów – ojców duchownych, wychowawców i profesorów. Chodzi o piękną bajkę o sublimacji i mocnej, heroicznej wierze.

Obierającym celibat, zwłaszcza kobietom, mówi się o Jezusie jako oblubieńcu, o Maryi jako matce i próbuje się w ten sposób, chcąc nie chcąc, stworzyć namiastkę małżeństwa, namiastkę domu. Być może na jakiś czas taka podmiana jest w stanie człowieka zadowolić. Nie na długo jednak. Podobnie jest z wiarą. W mniemaniu wielu prawdziwa wiara to wiara bez cienia wątpliwości. Twarda jak skała, mająca zawsze gotowe odpowiedzi na każde pytanie. Mocna wiara to wiara zawsze w stu procentach zgodna nie tylko z dogmatami, ale i z tym, co wymyśli proboszcz, przeor lub biskup. Chodzi o taką wiarę, którą posiada się tak, jak się posiada każdą inną rzecz, na przykład złoty medalik na szyi czy kartę kredytową. Tymczasem wiara to przecież nie rzecz, ale sprawa między osobą i Osobą, żywym, wolnym człowiekiem i żywym, wolnym Bogiem.

Chcąc się dowiedzieć, jak taka wiara wygląda, warto prześledzić wszystko, przez co we wzajemnych relacjach przeszli Jezus i Piotr Apostoł. Przecież jako starsi Kościoła prowadzimy ich misję. Najpierw zachwyt. Piotr, kiedy już się przekonał, że ma do czynienia z Kimś, kto wart jest, żeby się z Nim związać, wpada w wielki entuzjazm, zachwyt. Gotów jest iść z Jezusem nie tylko na krańce świata, ale i na śmierć. Zauroczony, bo trudno posądzić Piotra o zimne wyrachowanie, nie zważa na ostrzeżenia Mistrza, przeciwnie, próbuje Go przekonać, że chyba coś z Nim jest nie tak, jak być powinno. Jezus, któremu zaufał, nie może go przecież zawieść. Piotr zachowuje się więc jak kleryk na pierwszym roku. Kiedy Jezus mimo wszystko nie ustępuje i idzie swoją drogą, Piotr przestaje nadążać, czyli mówiąc po naszemu, wpada w kryzys. Zaczyna żyć w rozdarciu między zachwytem i zwątpieniem. Teraz mamy naszego kleryka już po święceniach, gdzieś około trzydziestki, a czasami dalej.

W takim stanie znajdzie się Piotr na dziedzińcu arcykapłana i dopiero po trzykrotnym odżegnaniu się od jakiejkolwiek znajomości z Jezusem zacznie się dla niego kolejny etap wspólnej z Nim drogi. Dlatego przy następnej okazji, kiedy Jezus zapyta go o miłość, czyli po naszemu o wiarę, pokornie wyzna: „Panie, Ty wiesz, że Cię kocham!”. Ty wiesz lepiej ode mnie, co we mnie siedzi. Stać mnie na wszystko.

Tak więc najpierw jest zachwyt, potem zwątpienie, rozczarowanie, być może odejście, a na końcu? Piotr pójdzie tam, dokąd iść nie zamierzał, więcej, nie chciał. Nie dlatego że tak potoczył się jego los, ale dlatego że pójście na śmierć było jedynym sensownym wyjściem z następnej kryzysowej sytuacji. To po pierwsze, po drugie, Piotr widać jednak zapamiętał, że Jezus go ostrzegał – Jego i pozostałych uczniów – że trzymanie z Nim może, choć nie musi, skończyć się tragicznie, co nie znaczy, że bez sensu.

Piotr, archetyp papieża, a więc wzór dla starszych Kościoła, a za nim Paweł ze swoim bolesnym wyznaniem: „Wyraźnie więc doświadczam, że we mnie, który chcę czynić dobro, przebywa zło. Zgadzam się bowiem z Prawem Boga, lecz dzieje się to wbrew temu wszystkiemu, co jest we mnie. (…) Jestem nieszczęśliwym człowiekiem! (…) Tak więc ja sam, dzięki umysłowi, jestem sługą Prawa Bożego, a przez ciało jestem niewolnikiem prawa podyktowanego przez grzech”. Do dzisiaj los tych dwóch apostołów dzielą z nimi ich następcy.

Nikt mi nie powiedział

Pięć lat temu ks. Piotr Dzedzej opublikował w „Znaku” książkę Porzucone sutanny. Opowieści byłych księży. Jeden z nich, pod pseudonimem Nauczyciel (swoją drogą coś z nami, z Kościołem, jest mocno nie w porządku, skoro ci, którzy nam służyli, kiedy dopadnie ich nieszczęście, nie mają odwagi mówić do nas wprost, pod własnym imieniem) wyznaje: „Nie mogłem poradzić sobie z własną cielesnością – wstępując do zakonu, miałem niewiele ponad osiemnaście lat! Nikt nie potrafił mi wytłumaczyć, że to ma być krzyż – ofiara, którą mam poświęcić Bogu. Mówiono za to, że trzeba z tym walczyć, ale przełożeni nie podawali konkretnych rozwiązań, ograniczali się do »będzie dobrze, nie martw się!«. No i – powtórzę – nikt nie mówił o tym, że zakon to krzyż, nikt nie mówił o poświęceniu!”.

Mówiąc o nadmiernie pobożnych przełożonych, miałem na myśli tych seminaryjnych formatorów, którzy starają się kleryków odizolować od złego świata, trzymać pod kloszem, chronić przed trudnościami, tak zwanym zgorszeniem, obiecują złote góry, zachwalając kapłaństwo, a szczególnie celibat, jako najdoskonalszy, bo w najwyższym stopniu duchowy, sposób życia, zapominając przy tym, że jesteśmy tylko glinianymi garnkami, które dopiero co wstawiono do pieca, po to by je wypalić. Łatwo się o tym przekonać. Wystarczy trochę alkoholu, przyćmione światła i lekka muzyczka, wystarczy okrągła sumka pieniędzy, wystarczy nadzieja na fioletowe guziczki przy sutannie czy na przełożeństwo, byle co wystarczy, byśmy z niespotykaną siłą pchali się diabłu na widły.

Tego procesu wypalania nie uda się nam doprowadzić do szczęśliwego końca bez poddania się działaniu ognia, jakim jest rzeczywistość. Zwłaszcza jej ciemna strona. To nie banał, ale prawda. Zło jest, było i będzie zawsze i wszędzie. A dobro, a więc i szczęście, im większe, tym większy głód powoduje i tym dotkliwiej rani. Gorszenie się złym postępowaniem bliźnich, ale i swoim również, do niczego dobrego nie prowadzi. Przeciwnie, pomnaża zło, bo pozwala gardzić grzesznikami, a tym samym wynosić się ponad innych, a to jest pycha. Temu wynoszeniu się nad innych sprzyja bardzo źle pojęta spowiedź, kiedy przestaje być ona sakramentem pokuty, a więc zakończeniem dłuższego lub krótszego procesu zmiany mentalności, a staje się maszyną do poprawiania samopoczucia.

Prezbiter jest zatem potrzebny Kościołowi i Bogu po to, żeby podtrzymywał w sobie i innych nadzieję na to, że najważniejsze, bo najprawdziwsze, najpiękniejsze i najlepsze, jest nie za nami, ale przed nami. Jednocześnie prezbiter skazany jest na odzieranie siebie i innych ze złudzeń co do możliwości osiągnięcia pełnego szczęścia już teraz albo w najbliższej przyszłości. Jesteśmy więc po to, by człowiek nie utracił głodu wieczności.

Znowu o wiarę chodzi

Mając to wszystko na uwadze, można powiedzieć, że wiara silna to wiara słaba, chwiejna, dopiero stająca się, ciągle się zmieniająca, ale zarazem uparta, ryzykancka, mniej lub bardziej burzliwa. Mająca wzloty i upadki, ciche dni i szalone noce. Taka, o jakiej mówi Czesław Miłosz w wierszu Miejcie zrozumienie:

Ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę.
Ale jest mi dobrze w modlącym się tłumie.
Ponieważ oni wierzą, pomagają mi wierzyć
w ich własne istnienie, istot niepojętych.

Czy też taka, o jakiej mówi Tomáš Halík w książce pod znamiennym tytułem Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe.

Tymczasem klerykowi i prezbiterowi, kiedy się skarży, że zaczyna mieć dość uroków kapłańskiego życia, nawet tych materialnych, radzi się, żeby „zintensyfikował modlitwę” rozumianą jako brewiarz, żeby gorliwiej zabrał się za odprawianie mszy, częściej przystępował do świętych sakramentów i w ogóle – mocniej zaufał Bogu. Tak radzi się człowiekowi, który akurat ma tego wszystkiego po dziurki w nosie, ma po prostu dość wszystkich tych nabożeństw, mszy, katechezy, wysiłków, niekończących się prób bicia pobożnych rekordów i dawania dobrego przykładu. Najczęściej te kapłańskie narzekania mają całkiem realną przyczynę. Nikt przy zdrowych zmysłach nie poświęci, powiedzmy zwyczajniej, nie będzie marnował życia dla rytuału i papierów. I słusznie. Tego typu kryzys jest bowiem objawem wiary silnej, a nie słabej.

Sakramenty to przecież nie środki konieczne do zbawienia, ale sprawa intymnej więzi człowieka z Bogiem i, czego nigdy dość podkreślać, sprawa więzi z ludźmi, czyli z Kościołem. Jeśli tak, to kryzys takiej zrytualizowanej pobożności staje się szansą na polepszenie wiary, czyli więzi i z Bogiem, i z Kościołem. Przecież nie bez powodu ukuto termin magiczny sakramentalizm, który, jeśli dobrze go rozumiem, polega na przekonaniu, że skoro sakramenty działają niezależnie od kondycji moralnej prezbitera, to pewnie też nie jest ważna kondycja moralna i psychiczna doń przystępujących. Wystarczy więc mszę odprawić w takiej czy innej intencji, a skutek murowany. Być może jeszcze do niedawna taki mechanizm działał, obecnie, na szczęście, już nie działa tak dobrze albo nie działa wcale.

W przekonaniu niektórych o tym, że kryzys jest, oczywiście zawinił przede wszystkim ostatni sobór, przypominając Kościołowi o autonomii doczesnego porządku rzeczy, czyli autonomii wartości ziemskich. Bóg przestał pełnić rolę zegarmistrza świata, a jeśli jest jakimś zegarmistrzem, to światła. Pragnie przecież, byśmy widzieli dalej, niż sięga wzrok, słyszeli więcej, niż potrafią usłyszeć uszy, rozumieli więcej, niż rozum jest w stanie ogarnąć, i kochali mocniej, niż potrafi ogarnąć serce. Bóg ma na głowie nas, ludzi, gdyż to my jesteśmy Jego krzyżem, czyli tym, co kocha nade wszystko i co Mu sprawia największą radość i największe cierpienie. I tym zatroskaniem pragnie dzielić się z Kościołem. Po to też ustanawia w Kościele starszych, żeby byli tymi, którzy sobie i innym pomagają te Boże starania podjąć.

W tym miejscu należałoby się zająć jeszcze jednym zagadnieniem, a mianowicie nie tylko kryzysem wzrostu, ale i takim, który już obrócił się w patologię. Ale to już inna sprawa i temat na inny artykuł czy dyskusję.

Znowu chodzi o człowieka

Wołanie o Boga, o przyjaźń z Nim najpełniej i najwyraźniej wyraża się wołaniem o człowieka. Inaczej być nie może, gdyż Bóg chrześcijan i żydów nigdy nie przychodzi – lepiej mówić: nigdy nie jest – sam, zawsze jest z ludźmi, więcej, zawsze przychodzi, bo zawsze jest, ze wszystkim, z całym światem, który, tak jak Bóg, zawsze był, jest i będzie. A skoro tak, to prezbiter, jeśli nie chce się zatracić, jeśli chce posmakować szczęścia, nie ma innego wyjścia, jak trzymać się ludzi. Towarzyszyć ludziom, wierząc, że tylko wspólnie z innymi, a więc z Kościołem, będzie w stanie dojrzeć to, czym tutaj i teraz Bóg się zajmuje. I tak jak w przypadku wiary, która nie jest dana raz na zawsze, tak jest również w przypadku posługiwania Kościołowi. Prezbiterzy, albo będziemy razem z Kościołem dorastać, dojrzewać do tego, kim mamy być, albo będziemy karłowacieć.

Powołanie do służby Kościołowi na urzędzie prezbitera uważa się czasami za szczególną nie tylko łaskę, ale przywilej, nieomal wysłużony, jeśli nie przez samego zainteresowanego tą służbą, to przez innych. I coś w tym jest z prawdy. Jednak dla, jak mawiał prof. Leszek Kołakowski, bezpieczeństwa duchowego warto pamiętać, że nasze dobre chęci, co prawda pochodzą od Boga, ale nie naruszają naszej wolności. Skoro więc chcesz iść na księdza, chcesz zostać prezbiterem, to czemu nie. Bóg czeka na takich ochotników, bo przecież znajduje radość w spełnianiu ludzkich marzeń. Jeśli tak, to warto pamiętać o przysłowiu: Chcącemu nie dzieje się krzywda. Kiedy więc zaczynamy szukać powodów, dla których znaleźliśmy się w dołku, trzeba przede wszystkim zacząć od siebie. A gdy już dojdziemy do wniosku, że zawinili przełożeni, że rodzice nie spisali się, jak trzeba, że zostaliśmy uwiedzeni przez wikarego, że po prostu zostaliśmy skrzywdzeni, to dobra nasza. Ta wiedza jednak, o ile jest potrzebna, o tyle jest niewystarczająca, żeby z dołka się wygrzebać. Winy innych, jeśli chcemy być w Kościele starszymi, trzeba nazwać „błogosławioną winą”, a więc czynnikiem, który musi nas poderwać do życia, pełniejszego, bardziej chrześcijańskiego. Nie dajmy się więc przestraszyć i ogłupić ani własnym, ani cudzym grzechom. To prawda, pedofilia, arogancja, pazerność, jednym słowem, wszystkie siedem grzechów głównych, czasami w stopniu heroicznym, nie są nam, starszym Kościoła, obce. Nigdy przecież nie było Kościoła bezgrzesznego. To wszystko przeraża, zawstydza, boli, ale największym grzechem byłoby, gdybyśmy na tym poprzestali, i zgorszeni odgrodzili się od tego tak przerażająco grzesznego i podłego świata i Kościoła. Równie tragiczne byłoby i to, gdybyśmy pogodzili się ze złem w tym znaczeniu, że w poczuciu własnej słabości i grzeszności zaczniemy zło nazywać dobrem. Znowu więc mamy do czynienia z następnym rozdarciem w naszej duszy.

A przecież jesteśmy kapłanami Boga, który ukochał taki właśnie, grzeszny, świat. Przecież powinno być dla nas jasne, że dla chrześcijanina bezpieczniej jest znaleźć się wśród grzeszników niż wśród sprawiedliwych, którzy „nie potrzebują nawrócenia”. Co więc z tym wszystkim począć? Czekać? Szkoda czasu.

Mówimy o sobie, my, starsi Kościoła, że jesteśmy współbraćmi. Jeśli tak, to zobaczmy, na czym to braterstwo powinno polegać, aby było prawdziwe. „Proszę was, pamiętajcie o mnie!… Tak bardzo potrzebuję waszej pomocy. (…) Pozwólcie, że wam powiem, co uczyniłem, żeby nigdy o was nie zapomnieć. Oto dla swej pociechy i żeby was zawsze mieć w pamięci, wyciąłem z waszych listów imiona, pisane przez was własnoręcznie, i noszę je zawsze ze sobą razem z formułą moich ślubów zakonnych, by z nich czerpać pociechę. Bogu niech będą dzięki, a po Bogu wam, Ojcowie i Bracia najsłodsi za to, że Bóg was uczynił takimi, iż noszenie przy sobie samych tylko imion waszych napełnia mię wielką radością” – tak pisał z Dalekiego Wschodu Franciszek Ksawery do współbraci w Europie.

Początek końca kryzysu, nie tylko wśród starszych Kościoła, ale również w Kościele, nastąpi dopiero wtedy, gdy zaczniemy za sobą tęsknić.

Brewiarza po dziurki w nosie
Wacław Oszajca SJ

urodzony 28 września 1947 r. w Zwiartowie – jezuita, teolog, poeta, eseista, publicysta prasowy i radiowy, autor licznych książek, znany kaznodzieja i rekolekcjonista.Mieszka w Jastrzębiej Górze....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze