Szukam człowieka
fot. artur rutkowski / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 votes
Wyczyść

Mam wrażenie, że im bardziej otaczamy się wirtualnymi zabawkami, tym dalej nam do drugiego człowieka. Im więcej mamy możliwości wirtualnego dialogu, tym mniej naprawdę ze sobą rozmawiamy. Końca tego szaleństwa wypatruję w nadchodzącym kryzysie.

Wchodzę po schodach na piętro jednorodzinnego domu znajomych. W obu pokojach uchylone drzwi. W każdym – uderzająco podobna scena: po turecku na kanapie siedzi córka gospodarzy, każda wpatrzona w laptop, każda z rękoma na klawiaturze. Obraz jest tak porażający, że przez głowę przelatuje mi myśl, iż obie siostry są właśnie na Facebooku. I… „rozmawiają” ze sobą.

Naleśniki Nicholsona

Myśl ta wydaje mi się tak śmieszna, tak absurdalna, że dzielę się nią z dziewczynami. Chyba tylko po to, by rzeczywistość walnęła mnie obuchem w łeb: siostry istotnie „rozmawiały” na Facebooku.

Nie chcę tu pisać, że najpopularniejszy na naszym globie portal społecznościowy (od niedawna ma już miliard użytkowników!) jest zły. Albo że jego twórca Mark Zuckerberg wymyślił najstraszniejszą rzecz na świecie. Nie jest tak. Z Facebookiem i innymi narzędziami komunikowania się jest od zawsze jeden problem – wszystko zależy od nas, od tego, jak z tych narzędzi korzystamy.

Wszak z komputerowych komunikatorów korzystać można i tak jak w scenie, którą widziały miliony. Oto Jack Nicholson i Diane Keaton w komedii romantycznej Lepiej późno niż później. On i ona w jednym domu, ale w oddzielnych pokojach, jak na starszych państwa, których niewiele łączy, przystało. On i ona – każde w piżamie, każde w swoim łóżku. Jedno i drugie z laptopem. Od słowa do słowa dochodzą do wniosku, że są głodni, i umawiają się na naleśniki w kuchni, na przyjęcie piżamowe. Dalej było już tylko lepiej i smaczniej, nie ma sensu streszczać filmu. Ważne, że seniorzy wiedzieli, do czego może się przydać laptop.

No właśnie: przydać. A nie grać główną rolę.

Zalaptopieni kontra krowa

Główną rolę laptopy grają dziś w pociągach. Te poranne, ciągnące w stronę stolicy składy z innych dużych miast, są najgorsze chyba w poniedziałkowe poranki. Patrzysz w lewo – zalaptopieni (jak nazywam zatopionych w laptopach), patrzysz w prawo – zalaptopieni, w następnym przedziale – zalaptopieni, w Warsie na śniadaniu – zalaptopieni, w toalecie… a nie, tu już nie, ale ciekawe, co by było, gdyby klapa tak nie spadała człowiekowi na plecy, jak w Dniu świra Marka Koterskiego. A może wcale nie, może nie jest to ciekawe, może lepiej tego nie wiedzieć ani nawet nie próbować sobie wyobrazić.

Zalaptopieni są więc w każdym wagonie. Na pęczki. I choć jeszcze w podróży, to często już w pracy. Oni tak naprawdę smaku podróży pociągiem nie znają.

Pamiętam swoje podróże pociągiem wiele lat temu. Byłam małą dziewczynką, w Polsce nikt nie tyle nie słyszał o komórkach, smartfonach, laptopach, ile nawet nie śmiałby chyba wyobrażać sobie tego typu urządzeń. Bo one były jedynie w głowach twórców science fiction. Jechało się więc pociągiem godzinami. Moja ciocia wymyśliła zabawę, dzięki której dzieci nieco mniej się nudziły: liczyliśmy krowy. Wygrywał ten, kto miał najwięcej naliczonych krów. Przekrzykiwaliśmy się, gdy tylko któreś zauważyło łaciate zwierzę. Wykłócaliśmy się o każdą sztukę, dowodząc, kto ją pierwszy zauważył i dlaczego. Niewinna zabawa. Ale też rozmowa, nauka, twarde negocjacje. Bo każda krowa była na wagę złota.

Dziś dzieciak obok mnie ze słuchawkami w uszach miarowo kiwa głową i zabija jakieś roboty na ekranie laptopa. Nie mogę się opędzić od myśli, co by było, gdyby mu nagle siadły baterie w tych wszystkich ustrojstwach. Co on by robił? Co by począł?

Odciąć prąd, schować baterie

I wtedy przypomina mi się pierwszy tom przygód Harry’ego Pottera (czytanego na całym świecie przez miliony młodszych i starszych), w którym główny bohater poznaje swoich przyjaciół właśnie w pociągu. Harry przez przypadek wsiada do przedziału, w którym siedzą już Ron i Hermiona. Zaczynają rozmawiać. Na najróżniejsze, raczej błahe tematy. A więc da się i teraz. Może tylko trzeba stworzyć młodym warunki? Może wystarczy odciąć prąd, schować baterie, by dostrzegli ludzi, którzy są tuż obok, na wyciągnięcie ręki.

Tak zrobiła amerykańska antropolożka, mama czworga dzieci. Susan Maushart zafundowała rodzinie podróż do odległej cywilizacji druku. Przed eksperymentem każde dziecko miało parę słuchawek, laptop, komórkę, iPhone’a, iPoda, playstation i po jednym odbiorniku telewizyjnym na pokój. Zamykały się w swoich pokojach, z których dochodziły dźwięki SMS-ów i słuchanej na YouTubie muzyki. Dla dzieci Maushart prawdziwe życie było próbą generalną przed tym wirtualnym. Zdjęcia robiły tylko po to, żeby wrzucić je na Facebook. Jadły, żeby mieć siłę siedzieć przed komputerem.

Dom, w którym mieszkało czworo dzieci, był jak wymarły. Jednocześnie, jak duchy, zjawiali się w nim nieproszeni goście. Kiedy Susan weszła do pustego pokoju czternastoletniej Sussy, z ekranu komputera zagadała do niej koleżanka córki. Wirtualnie mógł ich odwiedzić każdy, nawet jeśli drzwi wejściowe były zamknięte.

Kilka lat temu Susan powiedziała: stop. Na pół roku odłączyła dzieciakom wszystkie urządzenia elektroniczne, odseparowała od e-maili, SMS-ów, telewizyjnych seriali i czatów z przyjaciółmi.

Jakie były skutki eksperymentu? Członkowie rodziny, pozbawieni swoich wirtualnych mikroświatów, zaczęli spędzać czas ze sobą: czytając książki, grając w gry planszowe, gotując, rozmawiając1.

Zapomniałam o komórce! Jak dobrze…

Z drugiej strony można by się zastanawiać, dlaczego Susan Maushart każdemu z czworga swoich dzieci zafundowała tak pojemne wirtualne mikroświaty, że brakowało w nich chyba tylko iptasiego mleka. Czy to dlatego, żeby nie odstawały od rówieśników? Czy dlatego, że było ją na to stać, a posiadanie wszelkich możliwych iprzedmiotów jest wyznacznikiem materialnego statusu? Czy nie lepiej byłoby, gdyby dzieci Maushart (i nie tylko one) miały dla siebie jeden komputer i jeden telewizor? Byłoby z tego choć tyle dobrego, że sytuacja wymusiłaby rozmowę; wszak lepiej uzgodnić, który program oglądamy, niż walczyć o pilota.

Mam wrażenie – pewnie nie ja jedna – że im bardziej otaczamy się wirtualnymi zabawkami, tym dalej nam do drugiego człowieka. Im więcej mamy możliwości wirtualnego dialogu, tym mniej naprawdę ze sobą rozmawiamy. Bo czy można rozmawiać o czymkolwiek z sensem, gdy wiedzie się internetowe dialogi z kilkoma, a nierzadko kilkunastoma osobami naraz?!

Gubimy się w tym. Stworzyliśmy drogi gadżeciarski świat, w którym sami już nie wiemy, jak się poruszać. Kto z nas nie czuje paniki, gdy w drodze do pracy zorientujemy się, że komórka została w domu? Ja tak mam. Ale po chwili pocieszam się myślą, że oto na dobrych kilka godzin jestem wolna.

Ślimak w muszli

„Wysłane z tabletu” – taki komunikat coraz częściej widzę w mailach, które do mnie przychodzą. Ze smutkiem myślę o ich nadawcach, którzy nie rozstają się z komputerem. Niczym ślimaki ze swoimi muszlami. Tyle tylko, że ślimakowi jego muszla, jego schronienie jest potrzebne do życia. A człowiekowi tablet?

Coraz bardziej, korzystając z różnych urządzeń i wirtualnych możliwości, w realnym świecie odgradzamy się od innych ludzi. Otacza nas cała masa iprzedmiotów tworzących coraz wyższy i gęstszy gigantyczny ipłot. Dlaczego to robimy? Często pewnie nieświadomie, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo uciekamy przed innymi. Albo dlatego że łatwiej coś wystukać SMS-em czy w mailu niż powiedzieć w cztery oczy. I tak zaczynamy się spotykać coraz rzadziej, rozmawiać coraz mniej, na coraz banalniejsze tematy. Uciekamy też dlatego, że bycie naprawdę z innymi ludźmi kosztuje. To są emocje – pozytywne czy negatywne – których po drugiej stronie ekranu komputera czy komórki nigdy nie doświadczymy. Uciekamy od nich. W różne strony, często w tzw. samodoskonalenie. A to angielski, a to pilates, a to podyplomówka, a to coś jeszcze. I tak pojawia się najlepsza ze znanych nam wymówek: wszechobecny brak czasu. Ile razy dziennie tłumaczymy się w ten sposób? Spróbujmy policzyć, nim kolejny raz zbędziemy kogoś w ten sposób.

Musimy przekraczać każdy próg?

Nie wiem, czy w tym szaleństwie jest metoda. Nie wiem, gdzie kończy się zestaw klocków budujących nasze wirtualne mikroświaty, przestrzenie, w których się zamykamy. Przecież niedawno tych klocków nie było jeszcze wcale. A nagle jest ich tak wiele…

Lgniemy do tego, jak do każdej nowości. Otwieramy kolejne drzwi, ciekawi, co też jest za nimi. Ale czy musimy przekraczać każdy próg, za którym tak naprawdę zamykamy się na innych?

Nowości kosztują, a – o ile wierzyć temu, co wieszczą ekonomiści – poważny kryzys puka już do naszych bram. Z czego zrezygnujemy najpierw? Drogi kredyt na lepszy samochód? Kolejny smartfon? Profesor Ladislau Dowbor, brazylijski polityk społeczny i filozof cywilizacji, przekonuje: „Kiedyś trzeba będzie pewnie skrócić czas pracy do 30-35 godzin. Może zabraknie nam pieniędzy na kolejną parę butów i droższy samochód, ale żyć będziemy lepiej. Mniej pracy to więcej czasu na edukację, kulturę, sport”2.

Patrząc na kraje i całe regiony geograficzne, w których PKB na głowę mieszkańca jest niższy niż w szeroko rozumianej cywilizacji Zachodu, wydaje się, że to właśnie bieda zbliża ludzi. Tam, gdzie nie ma tych wszystkich gadżetów umożliwiających „rozmawianie” z połową globu naraz, ludzie wciąż miło spędzają czas, rozmawiając ze sobą naprawdę, dzieląc się problemami, troskami i radościami, dzieląc ze sobą życie.

Szukam nadziei w kryzysie

Nauczyłam się tego w podróży. Dziwić się światu i oswajać go poprzez obserwację i rozmowy z ludźmi.

Gdybym mężczyznom w marokańskim Fezie, siedzącym nad mocną słodką herbatą z mięty, gadającym właśnie o tym, co się dzieje w Medynie, powiedziała, że w Polsce młodzi ludzie umawiają się na wirtualne wino, prawdopodobnie spojrzeliby na mnie jak na pomyloną. I to wcale nie dlatego, że prawdziwy muzułmanin naprawdę stroni od alkoholu. Powód jest inny i porażająco jasny: czy byliby w stanie zrozumieć sytuację, w której dwie lub więcej osób, zamiast umówić się na wino w jakiejś fajnej knajpce, umawiają się tego samego dnia, o tej samej godzinie, ale każda u siebie w domu ze swoim winem i przed ekranem własnego komputera? Czy to jest normalne? Co taka sytuacja mówi o nas? O naszym podejściu do drugiego człowieka?

Ale nie trzeba sięgać tak daleko. Gdybym to samo opowiedziała na Bałkanach, reakcje słuchaczy byłyby podobne. Jestem tego pewna, bo niejedną godzinę spędziłam tam, rozmawiając z ludźmi przy kieliszku dobrej rakiji czy wybornego domowego wina (bynajmniej nie wirtualnego). Od któregoś równoleżnika zaczyna się bowiem celebracja drugiego człowieka, której u nas coraz częściej ze świecą szukać. Ale to nie jest tylko geograficzna granica, lecz granica, za którą wirtualne mikroświaty jeszcze nie istnieją.

Łudzę się, że nadchodzący kryzys czegoś nas nauczy. Nie pazerności na pracę, nie kopania pod innymi dołków, byle utrzymać stołek pod własnym tyłkiem. Łudzę się, że te ekonomicznie chude lata, które są przed nami, staną się latami tłustymi dla naszych prawdziwych kontaktów z drugim człowiekiem. Że będziemy mieli mniej gadżetów i więcej czasu dla siebie. Wreszcie, że ten ekonomiczny kryzys stanie się lekarstwem na kryzys relacji międzyludzkich, który już niejednego z nas dopadł.

1 Izabela Meyza, Witold Szabłowski, Nasz mały PRL, Znak, Kraków 2012.
2 Szalony świat wymyka się z rąk, rozmowa z prof. Ladislauem Dowborem, „Gazeta Wyborcza” 11 sierpnia 2012.

Szukam człowieka
Zofia Kotlińska

urodzona w 1979 r. – absolwentka socjologii, podróżniczka. Obecnie mieszka i pracuje w Poznaniu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze