Tajny Białoszewski
fot. tina sara / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
Wyczyść

Wiosną tego roku, dzięki Tadeuszowi Sobolewskiemu i wydawnictwu „Znak”, mieliśmy coś w rodzaju festiwalu Mirona Białoszewskiego. Wyszły jednocześnie dwie, uzupełniające się książki: Tadeusza Sobolewskiego Człowiek Miron oraz Tajny dziennik Białoszewskiego – publikacja oczekiwana od lat przez wyznawców i wielbicieli autora Obrotów rzeczy.

Człowiek Miron to piękna książka, esej biograficzny napisany przez kogoś, kto świetnie znał poetę. Tadeusz Sobolewski, młodszy od poety o jedno pokolenie, należał do jego najbliższych przyjaciół. Przyjaciół czy uczniów? Podwładnych? Akolitów? Nomenklatura zależeć będzie od naszego stosunku do Mirona Białoszewskiego i jego otoczenia. Czy będziemy patrzyli przyjaźnie, jak Andrzej Barański w bardzo udanym filmie Parę osób, mały czas, czy też niechętnie, odbrązowniczo.

Prawdą jest, że Miron B. – inaczej niż na przykład Zbigniew Herbert czy Wisława Szymborska, Stanisław Grochowiak czy Julia Hartwig – był nie tylko autorem spełniającym się w samotności, w chwilach, gdy, jak czasem mówi się w języku angielskim: komponował swoje wiersze, ale funkcjonował też jako przywódca niewielkiej sekty. Nie była to sekta religijna, tylko artystyczna.

Tadeusz Sobolewski pisze jednak o Białoszewskim jak człowiek wewnętrzne wolny, nie jak ktoś zniewolony, zmuszony do posłuszeństwa. Nie pisze też jak ktoś, kto się po latach zbuntował, kto wreszcie odzyskał swobodę. Najwyraźniej trzeba ostrożnie dobierać słowa: gdyby środowisko skupione wokół Białoszewskiego naprawdę było sektą w pełnym tego słowa znaczeniu, ów ton nie byłby pewnie możliwy. Było więc sektą niepełną… Grupą przyjaciół, tyle że zhierarchizowaną. Białoszewski był przywódcą, liderem – pełnym, niekwestionowanym, to nie ulega wątpliwości. Chociaż mającym kłopoty z Ludwikiem Heringiem, co ciekawie przedstawił Tadeusz Sobolewski.

W socjologii literatury znane są przypadki takich quasi-sekt. Ciekawe, że w przypadku polskiego romantyzmu to nie któryś z wielkich poetów, jak by wypadało, tylko szlachcic spod Wilna, Andrzej Towiański, był szefem sekty.

W dwudziestym wieku najciekawszym chyba przykładem sekty był krąg osób skupionych wokół wybitnego autora Stefana George’a, niemieckiego poety, który w młodości bywał pełnym podziwu i uwielbienia gościem na wtorkach Stéfane’a Mallarmé w Paryżu, na rue du Rome 87 (te wtorki to jeszcze wiek dziewiętnasty).

George nie jest dzisiaj poetą szeroko czytanym, jego wiersze – w niektórych wyraźnie się wyczuwa ton wodzowski, hieratyczny, brzmiący fatalnie w naszej egalitarnej epoce – są studiowane już tylko przez badaczy literatury. Natomiast socjologicznemu zagadnieniu „kręgu Stefana George’a” poświęcane są wciąż nowe opracowania; niedawno na przykład pasjonująca książka Ulricha Raulffa Kreis ohne Meister, czyli Krąg bez mistrza, pokazująca kilka pokoleń uczniów poety i ich znaczący wpływ na klimat intelektualny Republiki Federalnej – aż do prezydenta Richarda von Weizsäckera.

Okazuje się też, że sam Max Weber zafascynowany był dziełem i postacią poety. A nawet że ukute czy też zdefiniowane na nowo przez wielkiego socjologa pojęcie „charyzmatu”, tak często używane w minionym stuleciu i gładko przeniesione do nowego wieku, wiąże się ściśle z sektą czy z kręgiem wokół Stefana George’a. George był dla Maxa Webera doskonałym przykładem i wcieleniem przywódcy charyzmatycznego. Taki był poetycki początek owego nadużywanego dzisiaj pojęcia (dziś mamy charyzmatycznych piłkarzy, by nie wspomnieć o posłach na sejm).

Ale – wracając do Białoszewskiego i Tajnego dziennika – demoniczny i kompletnie pozbawiony poczucia humoru Stefan George nie powinien nam przesłonić twórczości warszawskiego poety.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że przeczytałem Tajny dziennik do końca. Brakuje mi jeszcze z dwieście stron.

Dziennik Białoszewskiego jest nierówny. Są w nim fragmenty dorównujące najlepszym stronom jego prozy: dowcipne, językowo odkrywcze, przykuwające uwagę swymi drobnymi spostrzeżeniami. Niekiedy jednak trafiamy na fragmenty nużące. Kogo dziś jeszcze interesuje, co powiedział Le. o Lu. w roku 1978?

Czy istnieje coś w rodzaju „dziennika idealnego”, za pomocą którego moglibyśmy mierzyć inne diariusze? Raczej nie, chociaż znajdą się pewnie miłośnicy tego gatunku, którzy powiedzą, że dziennik Tołstoja, Gombrowicza czy Kafki stanowi taką miarę.

Białoszewski w swoim dzienniku jest estetą. Chwilami mistykiem – fascynującym. Jest, oczywiście, świetnym stylistą. Jest sobą, tak bardzo, że niekiedy czytelnik wzdycha: oby Białoszewski był sobą trochę mniej, oby otworzył się na inne rejestry…

Jednego tu nie ma: Białoszewski jako autor dziennika jest zawsze, prawie zawsze, zadowolony z siebie. Jeśli więc czegoś brakuje, to sądu autora nad sobą samym, sądu, którego nie szczędzili nam inni pisarze, ci, którzy pozostawili dzienniki. A przecież nie ma takiego autora, takiego człowieka, który by nie miał powodu, żeby chwilami bardzo źle o sobie myśleć. 

Tajny Białoszewski
Adam Zagajewski

(ur. 21 czerwca 1945 we Lwowie – zm. 21 marca 2021 w Krakowie) – poeta, eseista, prozaik, tłumacz, przedstawiciel pokolenia Nowej Fali.Autor cyklu felietonów pt....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze