Światło w szczelinie
fot. annie spratt 30 / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 54,90 PLN
Wyczyść

Na tym polega twoja choroba, że chcesz definiować życie po swojemu. Nasza cicha, biedna nienawiść sprawia, że Bóg nie jest bezpieczny w naszych rękach.

 Pełna doskonałość polega tylko i wyłącznie na tym,
by móc wiele przyjąć od Boga

Raissa Maritain, Dziennik

Jej referencje są bez zarzutu. We wtorek 7 września 1943 napisała do Christine van Nooten ostatnią kartkę pocztową i wyrzuciła z wagonu przez zadrutowane okienko w okolicach Glimmen: „Otwieram Biblię na przypadkowej stronie i znajduję to zdanie: »Panie, ostojo moja«. Siedzę na moim plecaku w środku zatłoczonego wagonu towarowego. Ojciec, matka i Mischa znajdują się kilka wagonów dalej. Wezwanie przyszło jednak dość niespodziewanie: nagłe polecenie z Hagi specjalnie dla nas. Ze śpiewem na ustach opuściliśmy obóz”.

Nie mamy prawa sądzić, że cokolwiek się zmieniło w jej duszy podczas trzydniowej podróży do Auschwitz. Nie mamy prawa sądzić, że cokolwiek po tych trzech dniach zmieniło się i w Auschwitz, i w jej duszy. Ma moje zaufanie i podziw, bo odbyła drogę do Boga nieco dłuższą niż trzydniowa i była na niej bezwzględnie szczera, otwarta i zdyscyplinowana w słuchaniu. Kochała Boga i papierosy. Dbała o włosy. Obmyśliła praktyczny i elegancki strój na wypadek wywózki. Dzieliła ludzi na tych, którzy nie gapią się w siebie, ale wciągają świat oczami i wypatrują nadchodzącego Boga, i na tych, którzy wiedzą, że Bóg jest w nich. Nie mówiła, że jedni są lepsi od drugich, ale pochłaniała ją jedyna troska przepisana wszystkim: „by – wbrew wszystkiemu – Bóg był bezpieczny w naszych rękach” (Etty Hillesum, Myślące serce, s. 144).

Nie są to bezpieczne ręce. Są jak cała reszta naszego wariackiego ego – często łapią powietrze zamiast Boga, którego chciałyby ujarzmić. Ale to On decyduje, kiedy od nas odejść, bo Jego wierność objawia się w wolności.

Od Etty można się nauczyć, jak dbać o bezpieczeństwo Boga. Na przykład nie warto przywiązywać zbyt wielkiej wagi do naszych burz i kryzysów. My przecenialiśmy osobiste walki, bo były nobilitujące – czuliśmy, że są zapowiedzią i potwierdzeniem naszej wielkości i przeznaczenia, a jednocześnie usprawiedliwiały one nasz strach, bo tak naprawdę, przeczuwając naszą nadciągającą powszedniość, „wzbranialiśmy się wykonywać czynności dobrze znane z życia codziennego i nie mieliśmy ochoty zmierzać krok po kroku w kierunku przyszłości”. Nie mieliśmy tam czego szukać – zostaliśmy przecież zdradzeni o świcie. Ból był w cenie, bo zastępował intensywne wewnętrzne życie i jako argument był niezwyciężony. Z odwagą myśleliśmy o śmierci i o sądzie, na którym w roli paralizatora zebranych miał wystąpić nasz heroizm, czyli inteligentne pieklenie się na rzeczywistość. Nieobecność Boga napełniała nas goryczą, ale przechodziła dość szybko w cieniutki cynizm elitarnych najemników. Ostatecznie rozpoznawaliśmy się po nieruchomym wzroku kogoś, kto został oszukany przez wyznawany egocentryzm. Bóg nas nie rozpoznawał, bo nie był bezpieczny w naszych rękach.

Nie musiało być jednak aż tak tragicznie. Wystarczyło tylko zdobyć godne przebranie domowników Boga, wejść w bezpieczny system zapewniający komercyjną popularność i kojarzenie naszych skromnych osób z doskonałością. Bycie ekspertem od świętości polegało w końcu na eliminowaniu wszystkich „świętych inaczej”, którzy odważyli się zgłosić zastrzeżenia do systemu, czyli nas. Co ambitniejsi próbowali zdobyć tzw. głębokie przekonania, z których – jak sądzili – miała wypływać tajemnicza moc duszy, zdolna zaprowadzić prawdziwy i ostateczny porządek w niemożliwie rozchwianym świecie. Była to ta sama moc, którą ci gorliwcy chcieli zaprząc Boga do niezwłocznego karania autorów ludzkich nieszczęść. Ale Bóg nie odpowiadał, bo nie był bezpieczny w naszych rękach.

Próbowaliśmy też ograć Boga naszą bezradnością ludzi zdobywających dopiero wiedzę o najważniejszym. Jak wyśmiewała to delikatnie Raissa Maritain: „Dowiedzieć się wszystko jedno czego, dowiedzieć się jak najwięcej”. Choć trzeba przyznać, wiadomości te nie służyły niczemu: były, zalęgały, gniły, lekko podrasowując nasz intelektualny wizerunek, ale nie za dużo. Interesowała nas prawda, mniej życie prawdą. „Wcześniej ciągle żyłam w stadium przygotowawczym – pisała Etty 21 marca 1941 roku w piątek o godzinie 8.30 rano – miałam wrażenie, że wszystko, co robię, nie jest »prawdziwe«, ale stanowi przygotowanie do czegoś innego, czegoś »większego«, autentycznego. To odczucie opadło ze mnie. Dzisiaj, w tej chwili, żyję pełną piersią, a życie warte jest tego, by je przeżyć”. Było to czekanie na Godota, na barbarzyńców, na mesjasza, na cokolwiek, co uwolniłoby nas od decyzji radykalnego zaangażowania, od decyzji obejmującej całe życie, decyzji wykazującej istotną tendencję do jednorazowości. Bóg nie nadchodził, bo nie był bezpieczny w naszych rękach.

Na krok w stronę Boga nie pozwalało nam dręczące poczucie niegodności. Nowe życie przerażało nas nowością do zagospodarowania, woleliśmy więc stare i złe, z tym jednak zastrzeżeniem, że próbowaliśmy nasze zło nieco ograniczyć i obłaskawiać: z ludożerców tout court stając się ludożercami umiarkowanymi. Ponieważ czynione i doznawane zło wyostrza w jakimś sensie wzrok, widzieliśmy w zjadanych nas samych – czyli ludzi niegodnych miłości. Jeśli mimo wszystko była nam ona ofiarowywana, braliśmy to za formę znęcania się nad nami, żart, zabawę, prowokację, dlatego z ogromnym zaangażowaniem i bólem niszczyliśmy w imię realizmu kiełkujące w nas zaufanie. W byciu potępionymi znajdowaliśmy jakąś namiastkę godności – to było coś jak wysłuchanie wyroku z podniesionym czołem, nie przychodziło nam jednak do tak wysoko uniesionej głowy, że Bóg w swoim miłosierdziu kocha nas za darmo. Kiedy składał się ufnie w nasze ręce, strząsaliśmy Go gestem, jakim strząsa się z dłoni pająka. „Na tym polega twoja choroba – notowała Etty 4 października 1941 roku – chcesz definiować życie po swojemu. Pragniesz je objąć duszą, zamiast pozwolić, by życie ogarnęło ciebie”. Nasza cicha, biedna nienawiść sprawiała, że Bóg nie był bezpieczny w naszych rękach.

A teraz pokomplikujmy nieco i zapytajmy, czy formuła Etty: „by Bóg był bezpieczny w naszych rękach” ma zastosowanie we wszystkich przypadkach, bo przecież istnieli i istnieją ludzie, którzy z dziecięcą ufnością wyciągali do Niego puste dłonie i – pozwalając, by życie ich ogarnęło – otrzymywali dar Jego miłości i przyjaźni. A jednak. I tych ludzi potrafił opuścić. Temperamentną Teresę Wielką stać jeszcze na sarkazm, gdy mówi Mu, że nie powinien się więc dziwić skromną liczbą swoich przyjaciół, Teresa Wielko-mała z Lisieux w ostatnich miesiącach swojego życia boi się, że zbluźni, i odkrywa, że ateiści nie kłamią, mówiąc o stanie totalnego zawieszenia w temacie Bóg.

Dlaczego Bóg „zawiesza się” w najbardziej nieprzewidywalnych momentach naszego życia? Czyżby chciał przypomnieć, że jest naszym Największym Problemem Nie Do Rozwiązania? Albo inaczej – Największym Problemem, Który Można Rozwiązać Tylko W Jeden Jedyny Sposób. W absolutnej pustce robi szczelinę, nacina swoje światło i doskonałość i każe się przez nie przecisnąć. I choć wygląda to jak obozowa brama z żelaznym napisem sławiącym pracę i wolność, jak furta klasztorna, drzwi redakcyjne, drzwi szpitalne, drzwi hospicjum, drzwi noclegowni, drzwi eleganckiego domu z problemami, to tak naprawdę jest to ucho igielne ustawione na naszej drodze z jednej prostej przyczyny – Jego wiernej miłości: „Radość mistycznej miłości Boga wypływa z uwolnienia się z wszelkiego egoizmu, przez unicestwienie jakiegokolwiek śladu pychy. Nie pragnij wywyższenia, ale jedynie poniżenia, nie chciej być wielkim, lecz raczej małym we własnych oczach i w oczach świata: bowiem jedyny sposób wejścia w tę radość, to skurczyć się aż do znikającego punktu i dać się wchłonąć Bogu przez ośrodek własnej nicości. Jedyny sposób, by posiąść Jego wielkość, to przejść przez ucho igielne własnej absolutnej niewystarczalności”. 

Światło w szczelinie
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze