Zwalczacze Głodu

Zwalczacze Głodu

, 0 recenzji

Głód, jak wszyscy wiemy, choć nie zawsze to dociera do naszej świadomości, stanowi plagę Trzeciego Świata, a zwłaszcza Afryki. Pytanie brzmi: co zrobić, aby temu zaradzić?

Odpowiedź jest prosta i trudna zarazem. Gdyby klęski głodu powodowane były czynnikami naturalnymi — jak susza — to przezwyciężenie ich przy dzisiejszej technice byłoby śmiesznie proste. Tak jednak nie jest. Głód jest efektem ubocznym wojen lub obłąkanych eksperymentów ideologicznych prowadzonych przez władców. Chcąc wyżywić Afrykę, należałoby najpierw zaprowadzić tam pokój, kładąc kres wojnom plemiennym — co niestety oznacza konieczność interwencji wojskowej państw zachodnich. Potem należałoby oddać tam władzę ludziom poważnym i odpowiedzialnym — zakładając, że takich przywódców się znajdzie. Gdy nastąpi pokój, technika już zrobi resztę.

Niestety, nikt na Zachodzie nie ma odwagi na coś podobnego się zdecydować — zbrojna interwencja mająca doprowadzić do zbudowania w afrykańskich rozpadających się krajach administracji państwowej zbyt przypomina kolonializm i dlatego nie ma chętnych do podobnych operacji. W efekcie pozostawiona sama sobie Afryka powoli umiera pod rządami gangów lub despotów. Bez zaprowadzenia pokoju i odsunięcia od władzy ewidentnych pajaców niewiele da się osiągnąć.

10 czerwca 2002 n.e. w Rzymie rozpoczęła obrady wielka konferencja na temat zwalczania głodu na świecie, organizowana przez ONZ. Gdy usłyszałem, że trzy tysiące delegatów będzie przez kilka dni radzić w Wiecznym Mieście, jak nakarmić Trzeci Świat, pomyślałem, czy naprawdę ten zjazd musiał być organizowany w stolicy jednego z najbogatszych krajów planety. Delegaci, jak się można domyślać, nie będą spać w schroniskach młodzieżowych tylko w hotelach nieschodzących poniżej kilku gwiazdek. To oznacza, lekko licząc, kilkaset dolarów za noc plus diety. Teraz policzmy: kilkaset dolarów razy kilka nocy plus koszt biletu na konferencję to wszystko razy trzy tysiące delegatów plus jeszcze koszty wynajmu centrum kongresowego. Szacując ostrożnie, daje to kilkadziesiąt milionów dolarów. Ile za to można kupić misek ryżu?

Co by było, gdyby tę konferencję zorganizować nie w Rzymie, tylko w kraju afrykańskim, najlepiej na prowincji. Te pieniądze zasiliłyby miejscową gospodarkę, dałyby ludziom zarobić — słowem coś by z tego Afryka miała, a tak zostaną wydane w Rzymie, czyli kraje członkowskie ONZ dają zarobić włoskim hotelarzom i restauratorom, tak jakby ci już nie zarabiali wystarczająco dużo na turystach.

To jeszcze nic. Oto wśród mówców przemawiających podczas obrad był Robert Mugabe, prezydent Zimbabwe, który rozpoczął w swoim kraju kampanię przeciwko białym farmerom. Gangi prezydenta wkraczały na tereny farmerów i wyrzucały ich z ich własności. Teraz próbuje przeprowadzić zakaz posiadania ziemi przez białych. Wszystko pod pozorem walki z pozostałościami kolonializmu.

Oczywiście można zrozumieć pretensje o to, że potomkowie kolonizatorów posiadają ziemię, chęć odebrania jej im i rozdzielenia między Murzynów pod pozorem „reformy rolnej”. Tylko co z tego?

Skutki takich posunięć są łatwe do przewidzenia. Każdy chłop czy farmer — obojętne czy jest on biały czy czarny — rozumie rzecz, która wbrew pozorom nie zawsze jest oczywista dla miastowych, w szczególności zaś na ogół nie jest jasna dla tych, którzy się dorwali do władzy, a mianowicie, że aby zebrać, trzeba najpierw zasiać. Nikt zaś o zdrowych zmysłach (niezależnie od koloru skóry!) nie będzie siał, jeżeli będzie miał podstawy, aby przypuszczać, że plony zbiorą nasłane przez władze zbiry, bo im się one w imię sprawiedliwości dziejowej należą!

Jeżeli władze raz pokażą, że mogą, ot tak sobie, zabrać ziemię tym, których nie lubią, i dać tym, których lubią, to długo już nikt w takim kraju niczego długofalowo nie zainwestuje, bo każdy farmer — tak biały, jak czarny — swój rozum ma! Czy to już nie było gdzieś, kiedyś przerabiane?

Nie należy się dziwić, że od rozpoczęcia rozkułaczania farmerów w Zimbabwe nie minęło sporo czasu, a tu okazało się, że regionowi grozi klęska głodu. Przypominając słynne powiedzenie Kisiela: w Zimbabwe nie będzie żadnego kryzysu, w Zimbabwe będzie rezultat.

Autor tego rezultatu przybywa na konferencję ONZ poświęconą zwalczaniu głodu — i jest tam traktowany zupełnie poważnie. Widać organizatorzy uznali, że skoro gość zna się na tym, jak głód wywołać, to będzie wiedział, jak go zlikwidować.

Wbrew pozorom jednak przyczyny, dla których Robert Mugabe został przyjęty na tej konferencji, są głębokie. Chcąc je wyjaśnić, należy przypomnieć prawo socjologiczne nazwane prawem Parkinsona.

Cyryl Parkinson analizował historię brytyjskiej admiralicji. W ciągu setek lat swojej historii flota brytyjska na przemian rosła (w czasach wojen) i malała (w czasach pokoju). Naiwnie można by sądzić, że gdy flota posiada dużo okrętów, to i liczba urzędników admiralicji będzie wzrastać (bo mają więcej roboty przy zarządzaniu), a w okresach cięć budżetowych, gdy okręty są wycofywane ze służby, urzędników powinno ubywać, bo do zarządzania mniejszą flotą mniej ich potrzeba.

Otóż nieprawda. Okazało się, że nie ma związku między liczbą okrętów a liczbą urzędników. Niezależnie od tego, ile Wielka Brytania posiadała okrętów, liczba urzędników admiralicji nieustannie rosła.

Parkinson wysunął wniosek: każda instytucja ma tendencję do rozrastania się. Gdy przekroczy pewną krytyczną liczbę pracowników, traci z oczu swoje właściwe zadania i zaczyna istnieć po to, aby dawać zajęcie zatrudnianym w niej ludziom. Cały wysiłek kieruje wtedy na uzasadnienie potrzeby swojego istnienia. Celem pracy urzędników admiralicji nie jest zarządzanie flotą, lecz zapewnienie sobie egzystencji. Okręty są nieważne.

Istnieje w Polsce Agencja Eksploatacji Autostrad. Istnieje ona nie po to, aby zarządzać autostradami (których nie ma), ale po to, aby dawać pracę urzędnikom pracującym w Agencji Autostrad. Rozmaite Ligi Kobiet nie istnieją po to, aby walczyć o prawa kobiet. Istnieją po to, aby dawać zatrudnienie etatowym działaczom Ligi Kobiet. Urząd Rzecznika Praw Obywatelskich nie istnieje po to, aby bronić praw obywateli, ale po to, aby dawać synekury Rzecznikowi Praw Obywatelskich oraz pracownikom jego urzędu. Urząd Ochrony Konsumenta nie istnieje po to, aby chronić konsumenta, Ministerstwo Edukacji nie służy temu, aby kogokolwiek edukować, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji… I tak dalej. Wszystkie te instytucje istnieją po to, aby pracujący w nich ludzie mogli pobierać pensje.

Prawo Parkinsona dotyczy również instytucji międzynarodowych. Iście bizantyjska struktura rozmaitych agencji ONZ, funduszy, organizacji związanych z ONZ i tym podobnych nie istnieje po to, aby „walczyć o pokój”, „pomagać w dialogu międzynarodowym” itp. To wszystko istnieje po to, aby dawać intratne, dobrze płatne (bez podatków!) nieusuwalne posady dla etatowych pracowników tych organizacji.

Takie postawienie sprawy znakomicie ułatwia zrozumienie rządzących nimi mechanizmów. Proszę pamiętać: WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) czy FAO (Organizacja na rzecz Żywności i Rolnictwa) nie istnieją po to, aby zwalczać choroby czy głód. One istnieją po to, aby dawać zajęcie swoim pracownikom. Kiedyś jacyś idealiści zakładali je po to, aby walczyły z głodem czy chorobami, ale to było dawno i nieprawda. Od tego czasu instytucje te się rozrosły, zbiurokratyzowały, nabrały tłuszczu — zatrudniają tysiące ludzi, operują funduszami idącymi w miliardy dolarów i zgodnie z prawem Parkinsona walczą tylko o to, aby uzasadnić potrzebę swojego istnienia, co oznacza: próbują wyrwać z krajów bogatych jak najwięcej pieniędzy na swoją działalność.

Pięć lat temu FAO wezwała do zmniejszenia do roku 2015 liczby głodujących o połowę: z 800 mln do 400 mln. Nie wiem, czy te liczby głodujących na świecie są prawdziwe czy nie, podejrzewam, że jak większość tzw. „danych ONZ” pochodzą z sufitu. Nie to jest jednak ważne. Zastanówmy się bowiem, czy z punktu widzenia FAO zmniejszenie liczby głodujących o połowę, to rzecz dobra czy nie?

Naiwny zawoła: ależ oczywiście, przecież to lepiej, że ludzie nie głodują! Tak, z punktu widzenia głodujących eliminacja głodu to coś koniecznego. Jednak pytam o co innego: czy to jest korzystne z punktu widzenia FAO?

Nie! Połowa mniej głodujących znaczy, że potrzeba o połowę mniej funduszy na pomoc dla nich, czyli organizacje walczące z głodem mogą zwolnić połowę personelu. Gdyby ktoś zdołał zlikwidować głód na Ziemi całkowicie — to byłaby dla FAO katastrofa. Organizacja utraciłaby rację bytu, dlatego ludziom takim jak Norman Bourlaug (autor zielonej rewolucji) rzuca się kłody pod nogi i zwalcza się ich, odbierając mu fundusze na badania naukowe, bo jeszcze nie daj Boże doprowadzi do tego, że Trzeci Świat zacznie się sam żywić bez pomocy agencji ONZ, a przecież nie o to chodzi, żeby się mógł samodzielnie wyżywić. Pisałem o tym we „W drodze” 7 (323) 2000.

Natomiast Robert Mugabe jest z honorami przyjmowany na konferencji ONZ poświęconej zwalczaniu głodu — i nie ma w tym absolutnie nic dziwnego! Dla armii urzędników walczących z głodem stanowi on prawdziwy dar niebios! Jeżeli rozłoży Zimbabwe, doprowadzając tam do rezultatu, to rezultatem rezultatu będzie to, że dla Zwalczaczy Głodu pojawi się dodatkowe pole do popisu i będą się mogli wykazać, „organizując pomoc humanitarną dla Zimbabwe”. Jeszcze kilku, kilkunastu takich jak on i możemy mieć w Afryce rezultat taki, że dopiero wtedy będzie co zwalczać!

Działacze FAO podczas konferencji już zdążyli wezwać kraje rozwinięte do przekazania na walkę z głodem dodatkowych dwudziestu paru miliardów dolarów rocznie, co oznacza, że będzie za co organizować następne konferencje na temat walki z głodem, w kolejnych, turystycznie atrakcyjnych stolicach świata. Dopóki tacy jak Mugabe są w Afryce u władzy, dopóty możemy mieć pewność, że FAO będzie mogła istnieć dalej, dlatego trzeba na niego chuchać i dmuchać.

To jest spiskowa teoria dziejów? No cóż, nie ja wymyśliłem prawo Parkinsona. Nie od dzisiaj wiadomo, że carska ochrana popierała i wręcz organizowała spiski przeciwko carom, po to, by móc je później rozbijać. Właśnie teraz słyszę w radiu, że katastrofalny, największy w historii, pożar lasów w Arizonie i Colorado, został wywołany przez strażaka, który chciał się wyróżnić przy jego gaszeniu (płacili mu od każdej akcji). Dlaczego więc tak trudno przyjąć do wiadomości, że działacze FAO hołubią Roberta Mugabe dlatego, że wiedzą, iż dopóki on i jemu podobni są u władzy w Afryce, to nie muszą się martwić o swoją przyszłość? Dzięki niemu etatowi pracownicy organizacji międzynarodowych będą mogli pobierać solidne, nieopodatkowane pensje, mieszkać elegancko w Nowym Jorku, Genewie czy Wiedniu i jeździć na konferencje na temat zwalczania głodu!

Na konferencjach tych zawsze można nie tylko zwiedzać ciekawe kraje, ale i jeszcze trochę zaoszczędzić na dietach, bo karmią na koszt organizatorów, a że karmią dobrze, można się przekonać, czytając menu obiadu podanego w pierwszym dniu rzymskiej konferencji ONZ na temat zwalczania głodu, opublikowane przez „The Times” w numerze z 11 czerwca 2002 roku. Otóż 160 włoskich kelnerów obsługiwało tam 3000 delegatów, serwując im:

pasztet z gęsiej wątróbki podany na toście z owocem kiwi
naleśniki z grzybami
homara w sosie vinaigrette
filet z gęsi faszerowany oliwkami
łososia z papryką i polentą
risotto z pomarańczami i cukinią
warzywa sezonowe
sałatkę owocową w sosie waniliowym
ślinka cieknie!

Zastanawiająca w tym menu jest owa gęsia wątróbka. Normalnie wszyscy szanujący się aktywiści i obrońcy praw zwierząt, ekolodzy, wegetarianie, fani Trzeciego Świata i tym podobni nawiedzeni z pasztetem z gęsiej wątróbki walczą, twierdząc, że jest to jedzenie niehumanitarne, bo hodowane ptaki są karmione na siłę, przez wpychanie im ciasta w gardła. Ot, taka fanaberia bogaczy zepsutych nadmiarem dobrobytu. Z tego powodu w wielu krajach (w tym, jeśli się nie mylę, w Polsce) ONZ wywalczyła zakaz takiego tuczu. Jednak działacze walczący z głodem mają gusta wysublimowane, bo już na niejednej konferencji jedli i doskonale wiedzą, co smaczne. Zresztą oni tak ciężko pracują dla dobra ludzkości, że nie można wymagać, aby się zapychali byle czym. „Times” nie podaje, czy i jakie serwowano wina, ale znając Włochy, domyślam się, że delegaci sobie nie żałowali.

Zaiste — bycie zawodowym Zwalczaczem Głodu to nie jest zła fucha i można się z tego wyżywić!

Zwalczacze Głodu
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Autor cyklu felietonów pt....