Dziesięciu sprawiedliwych

Dziesięciu sprawiedliwych

Opowiadał mi frater Adalbertus:

„Pewnego razu, by odetchnąć od przesiąkniętego grzechem ludzkiego rojowiska, od tej Sodomy i Gomory, którą jest dzisiejszy świat, wybrałem się w samotną wędrówkę po górskim pustkowiu. Wieczór mnie zastał z dala od ludzkich siedzib. Słońce chyliło się ku zachodowi, a góry były puste jak okiem sięgnąć. Jedynie na jednym z pobliskich szczytów zobaczyłem dziwny budynek z doskonale okrągłą kopułą. Zaraz skierowałem swe kroki w jego kierunku, ale i tak dotarłem tam już po zapadnięciu zmroku. Kiedy zapukałem do drzwi, otworzył mi starszy mężczyzna w okularach i z siwą brodą.

— Przepraszam, że tak późno… — nie skończyłem zdania, bo natychmiast mi przerwał:

— Ależ proszę się nie przejmować, dopiero zaczynamy pracę.

— Jaką pracę? — zdumiałem się.

— Jak to jaką! Obserwację obiektu!

Przyznam się, że mnie to trochę zdezorientowało. Spytałem:

— Obiektu? Jakiego obiektu?

— To braciszek nie przyszedł tu, żeby zobaczyć obiekt?

— Nie. Nic nie wiem o żadnym obiekcie i myślę, że tak naprawdę mnie on nie dotyczy. Zjawiłem się tu zupełnie przypadkowo.

— Aha, braciszek jest niedoinformowany. Obiekt jak najbardziej braciszka dotyczy, a w dodatku niewiele brakowało, a nie tylko nie mielibyśmy o czym rozmawiać, ale też nie miałby kto rozmawiać. To z kolei wcale nie znaczy, że uprzednie doinformowanie braciszka w jakikolwiek sposób wpłynęłoby na sytuację.

— Nie miałby kto rozmawiać? A to niby jakim cudem?

— Właśnie nie wiadomo, jakim cudem obiekt się z nami rozminął, ale wygląda na to, że chybił o drobne paręset tysięcy kilometrów.

Pomyślałem sobie, że to ekscentryczny dziwak: cieszy się, że jakiś tajemniczy obiekt chybił o paręset tysięcy kilometrów. Zapytałem ironicznie:

— Paręset tysięcy kilometrów? To istotnie spory rozrzut.

— Nie w odległościach astronomicznych, drogi braciszku. W wielkościach astronomicznych rozminęliśmy się z obiektem o włos. Zważywszy, że obiekt ten to niezła klofta rozmiarów mniej więcej góry Kilimandżaro, to wygląda na to, że rozminęliśmy się o włos z końcem świata. Zresztą mogę braciszkowi ten obiekt pokazać, proszę za mną.

Zaprowadził mnie do pomieszczenia przykrytego ową dziwaczną kopułą, która obecnie była częściowo otwarta, a w niebo skierowany był ogromny teleskop. Mój przewodnik nie zaprowadził mnie jednak do teleskopu, lecz do ekranu monitora, na którym było widać na tle gwiazd coś w rodzaju wielkiego głazu jaskrawo oświetlonego z jednej strony, a zupełnie czarnego z drugiej. Wskazując na ów monitor, mój przewodnik powiedział:

— Ten właśnie obiekt obserwowaliśmy przez ostatnie kilka dni, a z naszych obliczeń wynikało, że ów obiekt, poruszając się ze swoją astronomiczną prędkością, miał się zderzyć z naszą piękną zieloną planetą mniej więcej dziś rano. Byłby z tego taki fajerwerk, że wszyscy byśmy się ugotowali. Tymczasem proszę bardzo: minął nas i leci sobie dalej. My też. Pewnie ciągle gdzieś mamy dziesięciu sprawiedliwych na naszej zielonej planecie.

— Dziesięciu sprawiedliwych? A co jacyś sprawiedliwi mają do obiektów latających w kosmosie? Nic z tego nie rozumiem.

— To czas najwyższy przeczytać Księgę Rodzaju. Nieznajomość najświeższych wiadomości z astronomii można wybaczyć duchownej osobie, ale nieznajomość Księgi Rodzaju? Czyżby nie wiedział braciszek, dlaczego żadna kometa nie rąbnęła jeszcze w naszą piękną zieloną planetę? Bo mieszka jeszcze gdzieś na niej dziesięciu sprawiedliwych. Ich istnienie dotyczy nas jak najbardziej, choćbyśmy nic o nich nie wiedzieli i choćbyśmy nawet nie wierzyli w sprawiedliwość. To ci sprawiedliwi powodują, że świat nadal istnieje i powinniśmy robić wszystko, co w naszej mocy, by nie zostało ich dziewięciu. Przepraszam braciszka, skoro nie mieliśmy końca świata, to muszę się zabrać do pracy.

Po czym usiadł przy komputerze, na którego ekranie pojawiły się rzędy cyferek, i przestał zwracać na mnie uwagę. Po dłuższej chwili milczenia zapytałem go:

— Przepraszam pana, czy pan jest astronomem?

On mi odpowiedział:

— Astronomem? Gdzie tam! Ja jestem tylko Szuszwolem ze Swarzyndza.

Szuszwol ze Swarzyndza? Spojrzałem na jego buty. Miał w nich przewleczone zielone sznurowadła”.

Dziesięciu sprawiedliwych
Włodzimierz Fenrych

urodzony 10 maja 1955 r. w Poznaniu – absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w „Czasie Kultury”, „Spotkaniach” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor cyklu felietonów pt....