Listy nadesłane do redakcji

Listy nadesłane do redakcji

Oferta specjalna -25%

Odnowa. Przemieniająca moc macierzyństwa

0 opinie
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Co wolno wojewodzie

Zamieszczona w nr 6/2002 miesięcznika „W drodze” rozmowa z Sylwią Pusz, posłanką Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Pruderyjne społeczeństwo przypomniała mi pewne wydarzenie z ubiegłorocznych wakacji. W sierpniu tegoż roku przebywałem z rodziną pod Murowaną Gośliną, dojeżdżając na Msze niedzielne do pobliskiego wiejskiego kościoła. Podczas jednej z tych Mszy ks. Proboszcz ogłosił, że staraniem jednego z parafian zostanie we wsi w najbliższych dniach wyświetlony film Prymas. Pochwalił gorliwego parafianina, wyraził się z uznaniem o filmie i zachęcił do obejrzenia wraz z całymi rodzinami, bo również będzie film dla dzieci.

Jednakże następnej niedzieli wyraźnie skonfundowany Proboszcz zaczął przepraszać przybyłych do kościoła parafian za wprowadzenie ich w błąd, tłumacząc, że sam został wprowadzony w błąd przez pewnego parafianina.

Zaskoczeni nieoczekiwanym obrotem sprawy zaczęliśmy dochodzić, co się stało. Otóż wkrótce po pierwszym ogłoszeniu we wsi pojawiły się plakaty zawiadamiające mieszkańców o przyjeździe kandydatki na posła SLD Sylwii Pusz na spotkanie przedwyborcze. Zapowiedziano również wyświetlenie filmu Prymas. Na podkreślenie zasługuje fakt, że i miejsce, i termin obydwóch zapowiadanych seansów się pokrywały.

Świadczy to dobitnie o tym, że był tylko jeden organizator imprezy, który bez skrupułów dla swoich celów politycznych usiłował wykorzystać nie tylko film o Prymasie, lecz również i ambonę. Była to oczywista próba instrumentalizacji Kościoła. Wobec oskarżania prawicy, że to ona wykorzystuje niecnie Kościół dla swoich celów, mam pytanie, jak to jest z tą etyką życia politycznego. Mamy jedną moralność czy też jest ona podwójna — zgodnie z powiedzeniem, „co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”?

Jakby było tego mało, według wypowiedzi Sylwii Pusz opisany incydent był wynikiem ogromnego oddziaływaniu polityki uprawianej „w kościołach przez księży podczas Mszy świętych”. W ten sposób z ofiary manipulacji zrobiono jeszcze głównego winowajcę. Skąd my to znamy?

nazwisko znane redakcji

Po co takie teksty

Czy naprawdę wszystko, co napisze jakiś redaktor, trzeba publikować w miesięczniku „W drodze”? Kiedyś byłem Waszym Czytelnikiem. Czasami przez sentyment zaglądam jeszcze na Waszą stronę internetową.

Właśnie przeczytałem Przypadki księdza Grosera i zastanawiam się, po co w miesięczniku, chyba jednak jeszcze katolickim, publikować takie teksty. Czy nie wystarczy, że robią to np. „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Wprost”, „Polityka”, „Newsweek”, „Nie” lub inny „otwarty” organ? „W drodze” powinno się jednak czymś wyróżniać — chociażby językiem.

Wydaje mi się, że Wasz miesięcznik powinien reprezentować jakiś poziom kultury (przynajmniej osobistej, jeżeli nie literackiej). Ten tekst jest poniżej krytyki zarówno pod względem artystycznym, jak i nie wnosi nic mądrego do wiedzy o Kościele (nie mówiąc już o ewentualnym „ubogacaniu duchowym” — jak dziwnie to brzmi — czytelników).

Pozdrawiam (chociaż moja gorsza część chciałaby jeszcze skomentować tę prozę wyrazami, które się w niej często pojawiają).

Kazimierz Maciąg

Blisko rzeczywistości

Bardzo dziękuję za umieszenie „W drodze” opowiadań z cyklu Przypadki księdza Grosera. Pokazują one prawdziwy obraz kapłaństwa, jego Boską moc, a jednocześnie ludzką kruchość. To spojrzenie na kapłaństwo sprzeciwia się antyklerykalnym pismom, których celem jest wzbudzanie nienawiści do księży i do Kościoła. Jednocześnie sprzeciwia się również gloryfikowaniu kapłanów i pokazywaniu ich jako ludzi bez wad, grzechów i wszelkich ułomności.

Uważam, że te opowiadania uświadamiają świeckim, jakie trudności i kłopoty mogą stanąć na kapłańskiej drodze rozwoju i jak bardzo księżom potrzebne są zrozumienie i modlitwa świeckich, i że najłatwiej jest potępić, a o wiele trudniej pomóc, chociażby zwykłą rozmową.

Jeszcze raz dziękuję całej redakcji, a szczególnie Panu Grzegorczykowi za tę fikcję, która stoi tak blisko rzeczywistości.

Elżbieta