Brat Stanisław
Oferta specjalna -25%

Mój dom. Mój świat

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

W piątek 5 lipca br. pochowaliśmy brata Stanisława Michalczewskiego. Dawno nie byłem na tak pogodnym pogrzebie. Świeciło słońce i było bardzo pięknie, kiedy odprowadzaliśmy na cmentarz ciało naszego współbrata.

Nikt z nas nie wie, czy odszedł jeszcze z wieczora, czy też nad ranem, usiłując wstać z łóżka, ale był ubrany i leżał na łóżku w kucharskiej czapce, ściskając w ręce różaniec. Nie przyszedł na poranną Mszę świętą, nie zjawił się w kuchni, gdzie pracował jeszcze na pół obrotu. Znaleziono go w niezamkniętej celi, gotowego do wyjścia…

Pochodził z Podobina, z Gorców. Zaraz po wojnie jego starszy brat Dominik poszedł pieszo do Krakowa do dominikanów i został przyjęty. Stanisław już dojechał pociągiem. Potem ich śladami pojechała siostra. Zaciągnąwszy się na służbę, wszystkie swoje oszczędności oddawała na kształcenie dwóch kolejnych, młodszych braci, którzy wstąpili najpierw do małego seminarium, a później zostali wyświęceni na kapłanów jako ojcowie Fabian i Sebastian. Wykształciwszy ich, sama wstąpiła do sióstr dominikanek w Zielonce.

Brat Stanisław był filarem poznańskiego klasztoru Matki Bożej Różańcowej. Przebywał tu od 1950 roku. Właściwie całe swoje życie zakonne spędził w Poznaniu, gdzie był zakrystianem, kucharzem i zaopatrzeniowcem. Nikt tak jak on nie potrafił ugotować kaszy, ryżu i makaronu. Zawsze była to kasza, ryż i makaron, a nie posklejana bryja. W robieniu serników był mistrzem świata. Te serniki brata Stanisława stały się legendą i w tym nikt mu nie dorównywał.

Mam mu wiele do zawdzięczenia. Kiedy jako duszpasterz wyjeżdżałem z młodzieżą na obozy czy wyprawy, zawsze zaopatrywał nas na drogę. Wyciągał ze spiżarni strzeżonej pilnie i zazdrośnie przez siostrę Salomeę jakieś lepsze jadło i przemycając je pod szkaplerzem, wyposażał nas obficie. Dzisiaj, kiedy wszystko można kupić w sklepach, informacja ta może wydać się niezrozumiała. Czasy Peerelki, kiedy wszystko, co nie było autoryzowane przez rządzących, było przestępstwem, na szczęście już przeminęły. Trzeba przypomnieć, że już sam wyjazd z młodzieżą był policyjnie ścigany i karany jako przestępstwo.

Stanisław niezwykle inteligentny, dowcipny, zabawiał nas żartami, w których śmiał się z samego siebie. Miał do siebie ogromny dystans. Żartował i wprowadzał w naszą wspólnotę dużo wesołości i humoru, nie raniąc innych. Wynajdywał łacińskie słówka, którymi lubił się popisywać. Najczęściej samego siebie nazywał stultus homo, to znaczy głupi, naiwny, prosty albo nawet głupiec czy błazen. Niekiedy mówił o sobie, że jest homo miser, czyli godny opłakania, biedny i nieszczęśliwy. Jak mu coś dolegało, to mówił o sobie, że jest krank.

Jego niezastąpiona i charyzmatyczna rola jako zaopatrzeniowca przypada na lata tzw. Polski Ludowej, kiedy w sklepach nic nie było. On zaś przynosił w torbach jedzenie dla nas wszystkich, uśmiechając się przy tym pod nosem. Jego osobisty urok i czar musiały doceniać panie w sklepach, skoro z tych pustych haków zdejmowały co nieco, abyśmy mogli zjeść śniadanie, obiad i kolację.

W najtrudniejszych czasach w środku miasta hodował świnie. W garażu zaopatrzonym w prysznic i kratkę ściekową miał zawsze po kilka dorodnych blondynek, którym codziennie sprawiał prysznic dla higieny i które karmił resztkami z kuchni. Świnie musiały być syte i mieć się musiały dobrze, skoro nas nie zadenuncjowały ani się same nie zdradziły, a przecież tuż za ścianą były biura wszechwładnego urzędu wyznań i urzędu wojewódzkiego. A świnia potrafi gębę rozedrzeć.

Najtrudniejszym bodaj zadaniem było ubranie kilkudziesięciu zakonników. Oczywiście habity to nie problem. Białego materiału jeszcze wtedy nie wydzielano, wydzielano natomiast podkoszulki i inne bliższe ciału desu. To była wtedy ogólnonarodowa potrzeba i rozpacz. Skąd to brać? Otóż brat Stanisław zaprzyjaźnił się z paniami ze sklepu wojskowego, gdzie funkcjonariusze mogli zaopatrywać się we wspomniane wyżej akcesoria za okazaniem legitymacji. Jak on to robił, że bez legitymacji kupował tam dla nas wszystkich podkoszulki i majtki bawełniane oraz szerokie wojskowe pasy do habitów? Nikt wtedy nie patrzył, że rozmiar nie ten. Każdy brał, co dawali, i cieszył się z tego, że ma co na siebie nałożyć. Kiedy zbliżały się obłóczyny, przeor drżał, a brat Stanisław zawsze się uśmiechał i uspokajał nas wszystkich. Pasy wojskowe zdobywał tam, gdzie bieliznę, a różańce robił sam i długo naprzód miał już gotowe, tak, że liczba nowicjuszy wcale go nie zatrważała. Przez lata robił różańce dla nas wszystkich i wszystkim zerwane naprawiał.

Kiedy męczyła go nostalgia za górami, w nizinnej Wielkopolsce mógł pochodzić sobie tylko po schodach, brał do spracowanych rąk skrzypce i wygrywał góralskie i kościelne melodie. Nikt nie ważył mu się przeszkadzać. W tamte chwile Stanisław wracał w góry, do swoich. Ostatnimi czasy nikt z nas już tych skrzypiec nie słyszał.

Sam nie tylko robił, ale przede wszystkim odmawiał różańce. Można go było spotkać, jak chodził tym swoim charakterystycznym krokiem po korytarzu z różańcem w ręce tam i z powrotem. Słychać go było tak, jakby zawsze miał za duże buty, które zaraz po postawieniu stopy raz jeszcze opadały. Z daleka każdy wiedział, że to idzie brat Stanisław.

Jako młody zakonnik opiekował się starszymi ojcami. Zaraz po nowicjacie w Krakowie obsługiwał ojca Jacka Woronieckiego, aż do ostatnich jego chwil. I nadziwić się nie mógł, dlaczego tak często odwiedza go jakiś starszy niewysoki ksiądz wszystkowiedzący i wypytujący się o jego proboszcza z Podobina. Wszystko o tym Podobinie i proboszczu wiedział. Tylko młody brat Stanisław nie wiedział, że tym niewysokim księdzem jest sam kardynał Sapieha.

Z ojcem Lucjanem Wołkiem miał urwanie głowy. Chory na Parkinsona z trudem odprawiał Mszę św. W zasadzie odprawiali ją razem, koncelebrowali na długo przed soborem. Ojciec Lucjan wymawiał sam bez pomocy tylko słowa konsekracji, resztę, nie pytając nikogo o pozwolenie, odmawiali we dwóch.

Brat Stanisław chorował na uszy i w wyniku tej choroby stracił słuch. Nosił aparat słuchowy, więc nie słyszał, kto za nim idzie. Często przesterowany aparat gwizdał, a my żartobliwie nazywaliśmy go Wolną Europą.

Często można go było złapać, jak na półpiętrze zatrzymywał się przed wielkim krucyfiksem i całował stopy Ukrzyżowanego. Ta zdarta aż do surowego drewna polichromia to jego robota. Własnymi wargami przez lat kilkadziesiąt starł ze stóp Ukrzyżowanego pracę artysty, pozostawiając ślady swojej indywidualnej miłości i pobożności.

Pogodny pogrzeb brata Stanisława, jego sosnowa jasna trumna i przemówienie ojca Fabiana, jego brata, nad grobem otwarły przede mną tajemnicę jego życia. Był to człowiek różańca. Umiłowanie różańca wyniósł z rodzinnego domu. Jego ojciec tuż przed śmiercią zwołał całą rodzinę, zarządził wspólny różaniec i umarł.

Ostatnim śpiewem, który rozległ się nad jego grobem, był śpiewany przez jego rodzonego brata na modłę góralską Anioł Pański.

Brat Stanisław
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...