Lekcja myślenia

Lekcja myślenia

Generał okazał się człowiekiem pełnym humoru, wymagającym słuchaczem, który nie da się zbyć byle czym. Bardziej niż to, co robią osoby związane z rodziną dominikańską w Polsce, interesowało go, jak myślą.

22 marca tego roku generał Zakonu Braci Kaznodziejów o. Carlos Alfonso Azpiroz Costa OP w drodze z Kijowa zatrzymał się w Warszawie i zaprosił rodzinę dominikańską, czyli ojców, braci, siostry, fraternie, wspólnoty, stowarzyszenia oraz osoby związane z duchowością św. Dominika, na eucharystię w kościele św. Jacka na Freta. Mszę świętą poprzedziło spotkanie z radą rodziny dominikańskiej — osobami reprezentującymi wszystkie jej gałęzie oraz koordynującymi wspólne działania.

W kapitularzu pojawił się energiczny, uśmiechnięty dominikanin. Godzinę wcześniej powrócił z wyprawy na Wschód. Przywitał się z każdym osobiście, pytając o imię. Ujął otwartością i poczuciem humoru. Jak przystało na południowca (generał pochodzi z Argentyny) — każde wypowiadane słowo wspierał bogatą gestykulacją. Zebrani usiedli w kręgu. O. Carlos ciągle żartował: sprawdzał, czy krzesło, na którym ma usiąść, nie jest zepsute, następnie wskazując na magnetofon, próbował przed nim się schronić. Po chwili zadziwił konkretnością w formułowaniu zagadnień, na które chciał uzyskać odpowiedź. Precyzji wymagał także od swoich rozmówców. Łatwo nawiązywał kontakt, mimo że pytania zadawał niełatwe i nie zadowalał się zdawkowymi odpowiedziami. Na różne sposoby pytał o to samo, ciągle nie satysfakcjonowały go odpowiedzi, gdyż nie trafiały w to, co próbował z zebranych wydobyć, powtarzał: — Pamiętajcie o pytaniu, które postawiłem.

Zrozumieć rzeczy, które się rysują

Generał starał się poznać rodzinę dominikańską. Przypomniał, że w Polsce ma ona równie długą tradycję jak zakon, nowością jest tylko próba koordynacji jej działań. Przełożony Braci Kaznodziejów wyznaczył cel spotkania: zrozumieć i nazwać rzeczywistość, która dopiero powstaje. Pytania dotyczyły przede wszystkim roli świeckich i zgromadzeń zakonnych w Kościele w Polsce. O. Carlos przyznał, że grupy dominikańskie robią dużo dobrego. Jednak nie to było dla niego najważniejsze — chciał poznać ludzi i ich mentalność. Bardziej niż to, jakie działania podejmuje polska rodzina dominikańska, interesowało go, jak myślą osoby z nią związane. Pytał o to, co chcą dać Kościołowi, czym duchowość dominikańska może ubogacić innych. Wprowadził zebranych w lekkie osłupienie, prowokując: — Dlaczego chcecie tworzyć rodzinę dominikańską? Czy uważacie, że Kościół w Polsce was potrzebuje?

Nikt się nie spodziewał pytań tak podstawowych. Osoby, które przyszły na spotkanie, miały gotowe odpowiedzi na wiele kwestii, lecz nie na te. Oczekiwały, że przedstawią reprezentowane grupy i dowiedzą się od przełożonego dominikanów, jaką ma wizję rodziny i co może jej zaoferować. O. Costa miał inne plany.

Znacząca cisza

Chcąc się dowiedzieć, jakie działania można zasugerować tworzącej się wspólnocie w innym kraju, wykrzyknął: — Musicie mi pomóc! Jestem zrozpaczony!

Lekko osunął się na krześle, jego twarz wyrażała przerażenie i niepokój, łamiącym się głosem powiedział: — Dostałem dziś list od tworzącej się rady rodziny dominikańskiej w pewnym kraju. Proszą, aby im pomóc, nie wiedzą, co mają robić. Poradźcie mi, co mogę im podpowiedzieć!

Znów ujawniły się talenty aktorskie Argentyńczyka. Tłumacz o. Wojciech Giertych próbował nadążyć za słowami wypowiadanymi z niebywałą ekspresją i prędkością. O. Carlos zachęcał do pobudzenia wyobraźni: — Nie zbieracie się przecież razem, by czytać relację z poprzedniego spotkania, pomyślcie za mnie, jakie projekty można by stworzyć.

Często po pytaniach o. Costy następowała cisza. Uczestnikom spotkania trudno było znaleźć na nie odpowiedź. — Nie jest łatwo się przygotować do rozmowy, gdy się nie wie, o czym ona będzie. Naszą beztroskę przypłaciliśmy walką o przetrwanie. Generał zgotował nam niezłą bitwę — stwierdziła jedna z uczestniczek. Są jednak takie rozmowy, na które trzeba być gotowym bez uprzedzenia, i pytania, na które powinno się dać odpowiedź w każdej chwili.

Generał i uczniaki

— Czym jest rodzina dominikańska, po co istnieje? — grzmiał donośny głos o. Carlosa. Cisza trwała. Nikt się nie kwapił, by ją przerwać. Generał rozglądał się po sali i wskazywał osobę, od której oczekiwał odpowiedzi. Reszta oddychała z ulgą. Padły słowa, że po to, aby scalać środowisko, podejmować wspólne działania, dzielić się doświadczeniem wiary i przekazywać je innym, budować wzajemne relacje. O. Carlos mobilizował dalej: — Dlaczego uważacie, że potrzebna wam jest rada?

Jako przykład działania rady podał grupy w Argentynie, które prowadzą misje ludowe, współpracując z całą rodziną dominikańską, organizują letnie rekolekcje.

Już nie było mu tak łatwo, jak przed momentem, wyznaczyć kogoś, kto by mu odpowiedział. Wcześniej wszyscy patrzyli na niego, teraz, jak uczniowie nieprzygotowani do lekcji, pospuszczali głowy, chowając się przed wzrokiem generała szukającym adwersarza. W końcu ktoś odpowiedział, że reprezentacja wszystkich nurtów rodziny jest potrzebna, dlatego że pojawiające się zadania muszą być koordynowane. — Często się okazuje, że ktoś już robi coś podobnego i można się pod te prace podłączyć albo zaprosić do tych, które się samemu podejmuje. Od pewnego czasu zaczęliśmy się czuć rodziną, a z rodziną człowiek chce się spotykać — mówiła jedna z uczestniczek spotkania.

Świeccy i ojcowie

Generała interesowała współpraca laikatu z klerem. Zgromadzeni wskazali na to, iż współdziałanie świeckich z ojcami jest przykładem dla Kościoła. Dla uczniów św. Dominika ważne jest głoszenie wcielone w życie.

Świeccy uczą kapłanów, że „nie za wszystko muszą odpowiadać duchowni”, że laikat może wziąć na siebie część odpowiedzialności za Kościół w Polsce. W wielu klasztorach dominikańskich współpraca ta jest widoczna, dlatego rada powinna wskazać Kościołowi, że tak można działać i że jest to zgodne z Magisterium.

O. Costa egzaminował dalej: — Co laikat w Polsce mógłby otrzymać od świeckich związanych z Zakonem Kaznodziejskim?

Obecni wskazywali na dbałość o liturgię oraz na to, że charyzmatem dominikańskim jest szacunek dla rozumu i umiłowanie studium, dlatego powołaniem laikatu dominikańskiego jest dbanie o formację intelektualną świeckich w Kościele, ukazanie, że jest możliwa harmonia pomiędzy fides et ratio, a także poszanowanie indywidualności, postawa dialogu i umiejętność słuchania.

Świeccy mogli odetchnąć z ulgą, gdy przyszedł czas na siostry. Padło pytanie: — Jakie bogactwa może wnieść rodzina dominikańska do rozumienia żeńskiego życia zakonnego w Polsce?

Jedna z sióstr podzieliła się swoim odkryciem wrażliwości św. Dominika na drugiego człowieka. Zauważyła, że życiu zakonnemu w Polsce brakuje takiej postawy, otwartych drzwi domów zakonnych, prostoty życia i odkrywania podstawowego powołania chrześcijańskiego.

Nadać barwy szkicowi

O. Costa zachęcał, aby każdy rozejrzał się wokół siebie i zobaczył, jakie są w Kościele problemy, które może podjąć, ponieważ żyje duchowością św. Dominika. Obrazują to słowa generała wypowiedziane na zakończenie Kapituły Generalnej w Providence: „Najwięksi artyści renesansu, którzy byli mistrzami w malowaniu fresków, planowali tylko ogólny zarys swej pracy, a jej dokończenie zostawiali swoim uczniom. Ci zaś określali szczegóły i nadawali im życie i kolor. W podobny sposób św. Dominik po mistrzowsku zostawił nam zasadniczy rys (…) — te delikatne zarysy i podstawy, które dały życie zakonowi. Jego bracia i siostry przez blisko osiemset lat nie ustawali w ożywianiu i nadawaniu barw szkicowi nakreślonemu przez Dominika, formując mistrzowskie szkice we właściwy sposób w różnych kontekstach, w różnych językach i kulturach, w różnych miejscach na ziemi”.

Dominikańskie puzzle

Kłopotliwe milczenie pokazało, jak wiele kwestii związanych z określeniem tożsamości, z przynależeniem do grup dominikańskich jest jeszcze nieprzemyślanych. Uzmysłowiło, jak trudno rozważać rzeczy ważne. Było znakiem, że zaangażowanie w sprawy Kościoła jest niewystarczające. Warto rozpocząć dyskusję nad formacją. Tak jak osoba wierząca musi umieć odpowiedzieć na podstawowe pytania wiary, tak grupy związane z Kościołem powinny przede wszystkim wiedzieć, po co istnieją i co wnoszą w jego życie. Była to lekcja świadomego chrześcijaństwa, brania odpowiedzialności za to, jak się żyje. Zadane pytania zmuszają do refleksji, każą się zatrzymać i przemyśleć, co oznacza bycie w Kościele, w tej duchowości, którą się żyje, co z tego wynika dla innych, dla Kościoła, dla konkretnego człowieka. Jest to zadanie dla każdego, kto poważnie traktuje swoje powołanie, jak i dla wspólnot pragnących wzrastać w wierze.

Koordynator rodziny dominikańskiej o. Ryszard Bosakowski podsumował tę część spotkania, mówiąc, że grupom w rodzinie dominikańskiej w Polsce jest trudno wyrazić siebie. Niektórzy uczestnicy spotkania zwracali uwagę na to, że generał patrzy na laikat z lotu ptaka. Przyglądając się rzeczywistości polskiej, nie zapomina o tym, co się dzieje w świecie. Inni wskazywali, że: — Jego spojrzenie sięga o wiele głębiej niż nasze, słuchając, układa w głowie puzzle pod nazwą „dominikanie” i próbuje dopasować do siebie poszczególne kawałki, tak by całość miała sens.

Jesteśmy cieniasy

Po spotkaniu jedna z osób parsknęła śmiechem: — Oferowaliśmy generałowi nasze walory intelektualne. Nie sądzicie, że po tym spotkaniu pewnie trochę trudno mu uwierzyć w ich istnienie?

— Myślisz, że generał po raz pierwszy spotkał stremowanych ludzi? — zaoponowała wzburzona dziewczyna.

Ktoś dodał z powagą: — To spotkanie nie wykazało pustki intelektualnej, raczej brak przemyślenia spraw związanych z przynależnością do Kościoła.

Ktoś inny dorzucił: — Ja jednak myślę, że jesteśmy cieniasy. Nie wiemy, czego chcemy.

Dyskusja rozgorzała na dobre.

— „A myśmy się spodziewali…”. Z drugiej strony dziwne, że ludzie nie przewidzieli takich pytań. Mieliśmy gotowe odpowiedzi prócz tej jednej fundamentalnej — skwitowała szczupła blondynka.

— O. Costa otworzył kolejną przestrzeń do wypełnienia: bardziej świadomego życia chrześcijańskiego i umiejętności odpowiedzi na podstawowe pytania — wtórowała jej koleżanka.

— Być może milczenie wynikało z tego, że rada w tym gronie spotykała się po raz pierwszy i nie mając pewnych rzeczy nazwanych, nie potrafiła się nimi podzielić — próbowała usprawiedliwiać wcześniejszą bezradność nieco starsza pani.

Po chwili ciszy odezwał się sympatyczny czterdziestolatek z brzuszkiem: — Ta sytuacja pozwala twórczo spojrzeć na rzeczywistość. Prowokuje zarówno do myślenia o tym, co jest do zrobienia, jak i pozwala spojrzeć na to, czego się zaniechało, nie dopatrzyło. Uczy spojrzeć szerzej i głębiej, zatroszczyć się nie o siebie, ale o innych, o tych, którzy są na współczesnych krańcach świata. Nie pozostaje nam nic innego, jak zabrać się do roboty.

— Można jednak zadać sobie pytanie, dlaczego tak trudno twórczo myśleć o rzeczach, które są nam bardzo bliskie — odezwała się jedna z sióstr.

— Wiele grup ma trudność z określeniem własnej tożsamości i celu, w jakim istnieje. Nie ma wizji rodziny dominikańskiej, która byłaby dla wszystkich jasna — odpowiedziała poważna brunetka.

— Spotkanie z generałem pokazało, że jest to początek drogi. Było wezwaniem do myślenia o odpowiedzialnym byciu w Kościele i do świadomego zaangażowania — mówił jeden z braci.

— Rzeczy najprostsze i oczywiste okazują się najtrudniejsze, każdy wie, co powinien robić, ale zazwyczaj nie wie, jak — podsumował znudzony młodzieniec.

Być jak ogrodnik

Po eucharystii odbyło się ogólne spotkanie z rodziną dominikańską, na którym generał zaprezentował się jako dobry kaznodzieja. Powołując się na Księgę Izajasza i Apokalipsę św. Jana, przekonywał, że niekiedy niepotrzebnie tracimy sporo energii, tkwiąc w przeszłości, tymczasem wiara jest dynamiczna i wychylona ku przyszłości. Dał przykład ogrodnika, którego nie interesuje to, co odcina, tylko to, co zostanie na drzewie, ponieważ już czuje wiosnę, myśli o następującym po niej lecie, tak jak Bóg.

O duchu rodzinnym

Dla generała ważne jest, aby dzielić się duchem rodzinnym, nie tylko dlatego, by mieć poczucie bezpieczeństwa we własnym powołaniu, ale aby uznać to jako posłanie, które wychodzi poza rodzinę. Robiąc to, sprawiamy, że „cały Kościół staje się bardziej rodzinny”. O. Costa uważa, że jest to sposób na to, „byśmy byli odpowiedzialni za siebie nawzajem, za decyzje, które razem podejmujemy”. Wskazywał, jak dużą wagę ma wspólne rozważanie, myślenie. „Trzeba nauczyć się dyskutować, szukając zgody”. Prowokował do zastanowienia się przede wszystkim nad tym, co można dać, a nie co można wziąć. Głoszenie ma wypływać z życia. Stwierdził, że „metafora rodziny pozwala lepiej zrozumieć tajemnicę wspólnego przynależenia”.

Rozpacz i pycha

Generał przestrzegał przed dwiema rzeczami, które zagrażają człowiekowi, niszczą go. Jedną jest rozpacz — wszystko to, co jej dotyczy, widzieliśmy w pozbawionym nadziei świecie postsowieckim. Drugą — pycha. Człowiek stwierdza, że nie potrzebuje niczego, potrafi dać sobie radę sam. Oba kierunki mają to samo tło — chcą mierzyć Boga ludzką miarą. „Daję Bogu program, co może, a czego nie potrzebuje dla mnie robić”.

Największą obrazą, którą „człowiek wypluł wobec Jezusa cierpiącego”, było: „zbaw się sam”. Daj sobie radę sam, urządź się sam. Dla wielu ta obelga stała się stylem życia. Samozbawienie zabija rodzinę, niszczy wspólnoty zakonne. „Zbaw się sam” — w tym się miesza zarówno rozpacz, jak i pycha.

Przyjaźń darmo dana

O. Carlos mówił też, iż rolą dominikańskiej rodziny jest przedłużenie genialnej idei jej założyciela, aby dosięgała ona wszędzie, nie tylko tam, dokąd może dotrzeć zakonnik. Misją przyjaciół św. Dominika jest chwalić, błogosławić, głosić, dlatego przed rodziną stoi wyzwanie do współpracy, aby każdy działał w tym, co jest specyficzne dla jego powołania. Generał przypomniał, iż Bóg dał dominikanom dwa skarby. Jeden z nich to przyjaźń. Caritas, którą Bóg nas kocha, to miłość przyjaźni — Jezus mówi do nas: „nie nazywam was sługami tylko przyjaciółmi”. Drugi skarb to radość chrześcijańska. Ci, którzy znali świętego Dominika, nie słyszeli o nikim, kto byłby bardziej radosny niż on. Radość dominikańska jest owocem świadomości własnej nędzy i nieskończonego miłosierdzia Boga. „Nędza moja i miłosierdzie Twoje”— mówi święty Augustyn. To wywołuje w sercu głęboką, łagodną radość. Przyjaźń i radość są podstawą dominikańskiego głoszenia. Jednak nikt nie może wymagać od drugiego przyjaźni, nikt na nią nie zasługuje. Jest ona dana darmo.