Umrzeć z miłości
Oferta specjalna -25%
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Jedną z najpiękniejszych nauk księdza Jerzego, którą wziąłem sobie do serca, było jego wyjście w mroźną Wigilię stanu wojennego z opłatkiem i barszczem do zziębniętych żołnierzy.

Księdza Jerzego poznałem u świętej Anny, gdzie powierzono mu zorganizowanie duszpasterstwa dla średniego personelu medycznego. Na pierwsze spotkanie przyszła jedna osoba, pielęgniarka Elżbieta Morawska. Jerzy zupełnie się tym nie zraził. Opowiadałem mu wtedy o Rodzinie Rodzin, w której działałem od lat i w której program wpisano służbę Bogu i Ojczyźnie. Nie prowadziliśmy ze sobą zbyt wielu długich rozmów, jakby nie było nic do wyjaśniania. Jerzy zawsze był w biegu, otoczony przez potrzebujących jego słowa, rady, wstawiennictwa. Podobnie pojmowaliśmy służbę kapłana. Mieliśmy tych samych mistrzów. Byliśmy z jednej szkoły – Prymasa Stefana Wyszyńskiego i prałata Teofila Boguckiego, proboszcza parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu.

Prymicyjny obrazek

Po święceniach kapłańskich od 1959 roku byłem związany z warszawską parafią św. Jana Kantego, dokąd zostałem posłany do pomocy duszpasterskiej proboszczowi Boguckiemu. Bóg i Ojczyzna, te dwa słowa określały zarówno Prymasa Wyszyńskiego, jak i Teofila Boguckiego. Prymas powiadał, że Ojczyznę kocha bardziej niż własne serce. A prałat Bogucki? Gdy mówił słowo Bóg – płonął, a gdy słowo Ojczyzna, to tak jakby go ktoś na siedem koni wsadził. Ksiądz Jerzy czuł podobnie, był ich duchowym synem. Byliśmy więc sobie bardzo bliscy.

Od lat 60. XX wieku byłem księdzem zaangażowanym „politycznie” i moi przełożeni wysłuchiwali od władzy, że jeśli Folejewski się nie uciszy, to nie dostaną różnych pozwoleń budowlanych. A ja zawsze przełożonemu mówiłem, że nie będzie się musiał za mnie wstydzić. W 1971 roku miałem jechać na kanonizację ojca Maksymiliana Kolbego do Rzymu. Władza sądziła, że zdobędzie mnie za cenę paszportu. Powiedziałem przedstawicielowi SB, że gdyby Maksymilian Kolbe dowiedział się, za jaką cenę przyjechałem na beatyfikację, to by mnie „kopnął” z tamtej strony. I na tym się skończyła rozmowa. A paszport dostałem.

Nad zadziwiającym przecięciem się naszych dróg, nad tą łaską spotkania, zacząłem się naprawdę zastanawiać po śmierci księdza Jerzego. Niesamowita sprawa, na obrazkach prymicyjnych ksiądz Jerzy i ja mamy te same słowa z Księgi Izajasza: „Bóg posłał mnie, bym głosił dobrą nowinę i leczył skruszone serca”.

Mam przed oczyma jego twarz. Prymas Wyszyński mówił, że człowiek pracuje na twarz całe życie. Pamiętam, że po II Soborze Watykańskim ostrzegał nas, że teraz, odprawiając mszę świętą twarzą do ludu, będziemy musieli mieć twarz. Twarz Jerzego była piękna, dobra, zwyczajna. Otwarta. Miał piękne, dobre oczy. Życzliwe. Nie uciekał nimi w czasie rozmowy. Zatapiał się w rozmówcy. Tę twarz mu pokaleczono, zmasakrowano. Nauczanie i obecność księdza Jerzego pozwala mi odnaleźć własną twarz i twarz drugiego człowieka. Skądkolwiek by przychodził. Bo ksiądz Jerzy miał ten niesłychany dar gromadzenia ludzi o różnych rodowodach i poglądach. Znajdujących się w różnej kondycji duchowej. On nie służył „swoim”, nie chodził na pasku jednej opcji. Był Bożym człowiekiem, więc wszyscy mieli przy nim miejsce. Przyprowadzał ludzi do Boga. Danuta Szaflarska, znakomita aktorka, którą podziwiałem jeszcze za rolę w Zakazanych piosenkach, opowiadała mi, jak to dzięki księdzu Jerzemu wróciła po 40 latach do Kościoła.

Ale wokół księdza gromadzili się też ludzie niewierzący, nieochrzczeni. Jedną z najpiękniejszych nauk księdza Jerzego, którą wziąłem sobie do serca, było jego wyjście w mroźną Wigilię stanu wojennego z opłatkiem i barszczem do zziębniętych żołnierzy. Człowiek, który doświadcza narodzin Boga, nie może, nie powinien zatrzymać Go tylko dla siebie. Istotą przeżycia narodzin Jezusa jest chęć podzielenia się Nim, z tymi, którzy czują Jego głód albo którzy w ogóle nie wiedzą, że Bóg się narodził. Tę wigilię przeżywamy właściwie każdego dnia, dlatego powinniśmy ciągle szukać głodnych Boga. Tak, jak czynił to ksiądz Jerzy. On miał tę najważniejszą cechę kapłańską – nie żył dla siebie. Ten, kto nie żyje dla siebie, potrafi odejść i jednocześnie być nieustannie obecny.

Pytam nieraz siebie, czy mnie też się udaje szukać ludzi głodnych Boga… Tak, czasem tak, i powiem, że są to najpiękniejsze chwile mojego kapłaństwa. Mam przekonania raczej prawicowonarodowe, ale bije we mnie także jakby drugie serce. Wtedy zapominam o swoich poglądach społeczno-politycznych. Interesuje mnie przede wszystkim człowiek – bez względu na to, czy przylepimy mu etykietkę liberała, niewierzącego czy masona. Mam przyjaźnie – po ludzku rzec biorąc – zdawałoby się, że niemożliwe. Takie przyjaźnie włączają nas w miłosierdzie Boga, dzięki Niemu są możliwe.

I odpuść nam…

Przez 10 dni po porwaniu Jerzego byłem wśród kapłanów prowadzących w kościele na Żoliborzu modły w intencji jego powrotu. Żyliśmy nadzieją, że wróci. Nie dopuszczaliśmy do siebie tej najgorszej możliwości. Informacja o śmierci dotarła 30 października, tuż przed mszą o godz. 19.00. Długo się zastanawialiśmy, kiedy ją podać. Ksiądz Andrzej Przekaziński, wikary św. Stanisława i przyjaciel księdza Popiełuszki, tuż przed końcem mszy ogłosił, że z zalewu pod Włocławkiem wyłowiono zwłoki księdza Jerzego. Rozległy się jęki, krzyki, szlochy. Ksiądz Andrzej zaintonował Któryś za nas cierpiał rany, ale zagłuszyła go ludzka rozpacz. Próbował zapanować nad tą rozpaczą ks. Antoni Lewek, mieszkający na terenie parafii profesor Uniwersytetu Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Jego słowa o tym, że ksiądz Jerzy jest już wśród błogosławionych, zagłuszał płacz. Kościół nie podchwycił intonowanej przez niego pieśni: Święty Boże. Wtedy, po raz trzeci, spróbowałem ja. Powiedziałem, że Bóg w swojej miłości chciał to sprawić, żebyśmy na modlitwie w kościele otrzymali wiadomość, że „błogosławieni, którzy w Panu umierają, albowiem oni żyć będą”. Kiedy powiedziałem: „Bracie Jerzy, który jesteś przed Bogiem” – znów rozległ się szloch. Poprosiłem, by nie lamentować. Posłuchali. „Który jesteś przed Bogiem i Matką Niepokalaną, którą umiłowałeś i dlatego nie ze starości, ale z miłości umarłeś, czyli żyjesz, bo miłość się nie kończy”. A potem zwróciłem się do ludzi, by powtórzyli tę najtrudniejszą prawdę. „Trzy razy powtórzmy, to jest heroizm: »I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom«. Kochani nie zapomnijmy, co powiedzieliśmy”.

Nie znałem wówczas słów, którymi ksiądz Jerzy zakończył swoje kazanie różańcowe w Bydgoszczy, tuż przed porwaniem. To były jego ostatnie wygłoszone publicznie słowa: „Módlmy się, abyśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”. Wszystko, co mówiliśmy w kościele na Żoliborzu, było spontaniczne. Wypływało z serca, z natchnienia Ducha Świętego. Nie można było przekreślić sensu tej śmierci, sensu całego działania księdza Jerzego, który bezustannie demaskował zło, ale jednocześnie nawoływał, by „zło dobrem zwyciężać”. Owocem jego życia nie mogła być zemsta i nienawiść, choć przecież pokusa odwetu w ludziach była. Ksiądz Jerzy często mówił: „Ja nie walczę z człowiekiem, ale walczę ze złem”. Dlatego nigdy nie wymieniał przeciwnika z nazwiska.

Przywołałem wtedy postać Prymasa Wyszyńskiego, który uczył Polaków wybaczania swoim winowajcom. W 1965 roku Episkopat Polski wystosował słynny list do Episkopatu Niemiec, w którym znalazły się słowa: „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Było to powodem niesłychanych ataków na jego osobę. Gdy 24 czerwca 1966 roku w trakcie obchodów milenijnych szedł z biskupami z Miodowej przez Plac Zamkowy do Katedry św. Jana, grupa prowokatorów, panów w ceratach, zaczęła do niego krzyczeć: „Zdrajca, precz do NRF”. On na te słowa w katedrze odpowiedział: „Warszawa, miasto nieujarzmione. Warszawa, miasto nieustraszone. A ja bym tak pragnął, aby Warszawa była miastem pięknej miłości”. Przypomniałem to zdarzenie ludziom ogarniętym rozpaczą, bólem, smutkiem. Myślę, że miałem do tego prawo. Ksiądz Jerzy do końca swej drogi korzystał z myśli Prymasa Tysiąclecia. I właśnie w Bydgoszczy, w czasie swego ostatniego kazania różańcowego przywołał go.

W trzeciej tajemnicy bolesnej mówił, że „Od wieków trwa nieprzerwanie walka z prawdą. Prawda jest jednak nieśmiertelna, a kłamstwo ginie szybką śmiercią. Stąd też powiedział zmarły Prymas Kardynał Wyszyński: »Ludzi mówiących w prawdzie nie trzeba wielu. Chrystus wybrał niewielu do głoszenia prawdy, tylko słów kłamstwa musi być dużo, bo kłamstwo jest detaliczne i sklepikarskie, zmienia się jak towar na półkach. Musi być ciągle nowe, musi mieć wiele sług, którzy wedle programu nauczą się go na gwałt w innym kłamstwie«”.

Nawołując wtedy do przebaczenia, byłem w zgodzie z Ewangelią, z nauczaniem Kościoła i samego księdza Jerzego, a jednak byłem pełen wątpliwości, czy miałem do tego prawo. Uspokoiłem się następnego dnia, odprawiając mszę świętą w tym samym kościele. I znów mówiłem o przebaczeniu. W prezbiterium siedzieli rodzice księdza Jerzego. Kiedy powiedziałem słowa: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” „mamusia”, Marianna Popiełuszko pobłogosławiła Kościół trzymanym w dłoni krzyżykiem od różańca i powiedziała: „Przebaczam, przebaczam”. Jakby dała pieczęć temu, co mówiłem.

Łączy mnie z księdzem Jerzym jeszcze jedno. Kruchość kondycji fizycznej. Ksiądz Jerzy był kruchego zdrowia. Moje serce także jest „na kredyt”. Do czterdziestego czwartego roku życia, czyli 1980 roku, nie wiedziałem, co to serce, biegałem po górach, chodziłem na pielgrzymki. I nagle w trakcie rekolekcji w Łagiewnikach poczułem się, jakby ktoś mnie polał rozżarzonym ołowiem. Klęcząc przed obrazem Jezusa Miłosiernego, powiedziałem: „Ja wiem, nie wierzę, lecz wiem, że gdybyś chciał, mógłbyś oczyścić moje tętnice i miałbym serce jak młodzieniec”. W 1993 roku zostałem skierowany na transplantację. Wewnętrznie usłyszałam: „Twój przeszczep będzie miał na imię »Jezu, ufam Tobie«. Podziękowałem lekarzom za ich troskę i z tym pokaleczonym sercem staram się służyć Bogu i ludziom w znaku miłosierdzia. Nie dostałem serca nowego, ale serce przemienione. Jest niewątpliwie łaską, że po tym wszystkim żyję bez lęku, a przecież stan lęku jest czymś normalnym dla zawałowca.

Prześladowcy księdza Jerzego chcieli go złamać za pomocą jego słabości fizycznych. Całkowicie się pomylili. Nie rozumieli, że u świętych słabość wyzwala moc. Człowiek w pewnym momencie przestaje liczyć na siebie i całkowicie zdaje się na Boga. Wtedy przestaje się lękać. Wie, że jego życie jest w dłoniach Kogoś nieskończenie silnego i miłującego.

Modlę się do niego o dar łączenia ludzi między sobą. W naszym społeczeństwie demokratycznym i doświadczanym przez historię istnieje pokusa podziałów. Niekiedy są one twórcze, niekiedy zabójcze. Kapłan w społeczeństwie powinien być tym, który pomaga ludziom różnić się, zachowując dla siebie szacunek. W świecie uwikłanym w wielorakie zło uczyć ludzi, że nic nie zwycięży miłości miłosiernej. Ksiądz Jerzy uczy, że naszym ostatecznym celem jest umrzeć z miłości i w miłości. Umrzeć z miłości, a nie ze starości… ze starości można umrzeć także w młodym wieku, kiedy wypali się miłość. Zatem trzeba się modlić, żeby nam się to nigdy nie przydarzyło. Modlić się słowami Jana Pawła II: „Aby z tej śmierci wyrosło dobro, tak jak z krzyża zmartwychwstanie”. Dlatego beatyfikację księdza Jerzego traktujemy jako dar i zobowiązanie. „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj”.

wysłuchał i spisał Jan Grzegorczyk

Umrzeć z miłości
Feliks Folejewski SAC

(ur. 4 sierpnia 1934 r. w Suwałkach – zm. w nocy 22/23 września 2015 w Warszawie) – palotyn, rekolekcjonista i misjonarz ludowy, apostoł i świadek Bożego Miłosierdzia, wieloletni opiekun duchowy Ruchu Apostolskiego „Rodzina Rodzin”, duszpasterz ludzi pracy, Stowarzyszenia Ap...