Gdy Bóg śpi

Gdy Bóg śpi

Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Co roku 19 kwietnia w kolejne rocznice wybuchu powstania w getcie warszawskim jeden z jego przywódców Marek Edelman przyjeżdżał do Warszawy, by najpierw na ruinach getta, a później pod pomnikiem upamiętniającym jego bohaterów, złożyć kwiaty. Przez lata czynił to samotnie lub w gronie najbliższych przyjaciół i rodziny, z czasem dołączało do niego coraz więcej osób. Jak sam przyznał w jednej z rozmów, robił to nie tylko z osobistych, zrozumiałych powodów, lecz również po to, by pamięć o powstaniu w getcie ocalała w polskim społeczeństwie. W tym roku 19 kwietnia Marka Edelmana nie było już pod pomnikiem Bohaterów Getta. Nie zabrakło jednak tych, którzy przyszli jak co roku lub po raz pierwszy, by kontynuować to, co rozpoczął. Co wymowne, uroczystość rozpoczęli od spotkania nad jego grobem.

Na pytanie jednego z odwiedzających go uczniów katolickiej szkoły: „Czy Pan wierzy w Boga?”, Marek Edelman odpowiedział kiedyś: „Dajcie spokój. On śpi”. W powszechnej świadomości Edelman był przede wszystkim uczestnikiem i jednym z przywódców oraz świadkiem powstania w getcie warszawskim w 1943 roku. Wszyscy poznaliśmy jego historię z przejmującej książki Hanny Krall Zdążyć przed Panem Bogiem. I choć wydarzenie to niewątpliwie wpłynęło na całe jego życie, nie można, co oczywiste, biografii i osoby Edelmana sprowadzać tylko do czasu wojny. Gdy się skończyła, miał bowiem dwadzieścia parę lat. Był nie tylko działaczem opozycyjnym w latach 70. i 80. XX wieku, ale przede wszystkim lekarzem, kardiologiem, wprowadzającym rewolucyjne metody operacyjnego leczenia chorób serca. Dla tych, którzy mieli okazję z nim się zetknąć – był człowiekiem, którego słuchało się z uwagą, choć równocześnie nierzadko trudnym rozmówcą.

Marek Edelman: Bóg śpi to zapis rozmów przeprowadzonych przez Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetkę w grudniu 2007 roku, w końcowym okresie pracy nad biografią Marka Edelmana (Marek Edelman. Życie. Po prostu, Świat Książki, 2008) i powstawania filmu dokumentalnego o nim. Dziennikarze realizują podrzucony im przez reżysera Artura Więcka „Barona” pomysł, by porozmawiać ze swoim bohaterem o Dekalogu. Pomysł, mogłoby się wydawać, dosyć karkołomny, zważywszy, że Marek Edelman był człowiekiem niewierzącym i w związku z tym odrzucającym religijne argumenty. A jednak to właśnie dzięki takiemu zabiegowi udało się przedstawić wszystkim, którzy nigdy nie zetknęli się z nim osobiście, jego pełną sprzeczności osobowość, a także uświadomić lub przypomnieć, że nie tyle słowa, opinie i deklaracje, ile przede wszystkim czyny decydują o naszym człowieczeństwie. Bohater książki Beresia i Burnetki negował obecność Boga w ludzkim życiu, ale również nie znosił patosu, uprawiania gdybologii czy używania wielkich słów. Do tego stopnia, że czasem zwracał się do swoich rozmówców w ten sposób: „Nie wiem, co to jest świętość. Zapytajcie jakoś prościej”. Lub poirytowany mówił: „Sam wymyśl, co on myślał” czy „Jak nie rozumiecie, co to jest głód, to jak z wami mówić?”. Takich wypowiedzi w tej książce nie brakuje, co ukazuje dramaturgię toczonych rozmów i czyni lekturę bardziej atrakcyjną dla czytelnika, ale przede wszystkim przekonuje, jak trudnym rozmówcą był przywódca powstania w getcie warszawskim. Autorzy książki wspominają, że choć znali dobrze Marka Edelmana i dysponowali sporym doświadczeniem dziennikarskim, to jednak ten grudniowy tydzień 2007 roku należał do jednych z najtrudniejszych w ich karierze zawodowej. Bereś i Burnetko nie ukrywają w zakończeniu książki, że przerwanie zdjęć do filmu, a tym samym zaprzestanie rozmów, było w pewnej chwili całkiem realne, gdyż nierzadko ich plany i sugestie scenariuszowe czy reżyserskie spotykały się z krytyką czy kpiną ze strony Edelmana. Czytając niektóre fragmenty rozmów składających się na książkę Marek Edelman: Bóg śpi, trudno nie wierzyć w prawdziwość tej deklaracji. Dzięki temu jednak, że udało się sprawę doprowadzić do końca, mamy okazję poznać prawdziwe, odarte z nadmiernych zabiegów redakcyjnych, czynionych zazwyczaj w takich sytuacjach, oblicze Marka Edelmana. Książka ta przypomina nam również, że nawet gdy „Bóg śpi”, mamy obowiązek być przyzwoitymi ludźmi. „A przyzwoitym jest człowiek wtedy, kiedy pomaga słabszym”, i to niezależnie od tego, kim oni są. To samo dotyczy przykazania miłości, którego własną wersję ma Marek Edelman: „Trzeba dać mieszkanie bitemu, trzeba go schować w piwnicy. Trzeba się tego nie bać i zawsze być przeciwko tym, którzy biją”. Edelman może być przekonujący dla szerokiego kręgu czytelników, niezależnie od wieku i światopoglądu, z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze: odwołując się do własnych obserwacji i doświadczeń, nawet tych dla niego najważniejszych, mówił zawsze wprost: „powstanie w getcie było manifestacją polityczną – przeciwko faszyzmowi. Trzeba mówić bez osłonek, jak było, a nie tworzyć mity!”. Ponadto, choć był niekiedy – jak wspominają ci, którzy go znali – zniecierpliwiony, złośliwy i apodyktyczny – miał zasady, które wyznawał i zgodnie z którymi postępował. Za najważniejszą wartość uważał życie ludzkie, dlatego nie miał wątpliwości, że nie wolno biernie przyglądać się złu, bo jeśli „nie pomagasz, kiedy możesz pomóc, to stajesz się współodpowiedzialny. Bo twoje odwrócenie głowy pomaga tym, którzy dopuszczają się zła”. Na pytanie swoich rozmówców, czy jednak można wymagać od ludzi heroizmu, odpowiadał: „To nie jest heroizm, to zwykła przyzwoitość”.

Każdy z rozdziałów uzupełnia komentarz – krótkie wspomnienie jednej z osób, które zetknęły się z nim osobiście. Są wśród nich między innymi: Szewach Weiss, Tadeusz Sławek, Konstanty Gebert, ks. Andrzej Luter, Stanisław Krajewski, Leopold Unger, Magdalena Środa. Obawiałam się, czy nie będą to zwyczajowe laurki, które najczęściej przy takiej okazji czytamy. Na szczęście, w większości przypadków tak się nie stało, choć Marek Edelman, czytając teksty sobie poświęcone, pewnie nie byłby zachwycony – tak wiele w nich pięknych, wzniosłych słów o jego postępowaniu i działalności, o czym sam mówił w sposób zupełnie zwyczajny, traktując to jako coś oczywistego. Aż trudno sobie wyobrazić, jak zareagowałby (a może tryb przypuszczający jest tu niepotrzebny, a może lepszy byłby tryb oznajmujący: zareagował?) na słowa ks. Andrzeja Lutra, który stwierdził: „Jestem pewny, że dr Edelman został zbawiony i że teraz już wie: Bóg istnieje. Negując Go, całe życie Mu służył”.

Warto wspomnieć, że Marek Edelman wymagający był również dla odwiedzającej go młodzieży szkolnej, którą wielokrotnie przyjmował u siebie, choć przecież wcale nie musiał tego robić. Zaskakiwał ją swoją szczerością, otwartością, niestandardowym zachowaniem i pytaniami o przyszłość. Zamiast mówić o sobie, wolał pytać młodych o to, co chcą robić w życiu, gdzie studiować i jakie mają plany. Zachęcał, by mieli odwagę je realizować. „Tego popołudnia nie wiedziałam, co się dzieje. Jego przesłanie dotarło do mnie po jakimś czasie” – wspomina spotkanie z Markiem Edelmanem jedna z uczennic.

Gdy Bóg śpi
Ewa Mucha

urodzona w 1976 r. – absolwentka filologii polskiej, doktor nauk humanistycznych, redaktor, nauczyciel akademicki, wykładowca na Podyplomowych Studiach Dziennikarskich na PWT we Wrocławiu. Mieszka we Wrocławiu....