Koniec pewnej epoki

Koniec pewnej epoki

W powadze żałoby stanęliśmy przed szansą zakończenia demokracji ludycznej i przejścia w stronę demokracji pełnej – jako wolny naród, już nie tylko społeczeństwo.

Kupując bilet do Polski, nigdy bym nie przypuszczał, że będę obserwował wydarzenia tak tragiczne i wielkie jak te, które stały się naszym udziałem w ostatnich tygodniach. Dlaczego były tragiczne, nie trzeba tłumaczyć. Dlaczego były wielkie – może i nie trzeba tłumaczyć, ale nie mogę się powstrzymać. Żałoba minęła. Wszystko powoli nabiera maskujących barw codziennej szarości, ale ja z każdym dniem mam coraz większe poczucie, że stało się coś wielkiego, znacznie większego, niż nam się wydaje. Mam przemożne wrażenie, że społeczeństwo, które już dużo wcześniej wywalczyło sobie i wybudowało demokratyczne struktury władzy, teraz dopiero obudziło się do bycia prawdziwie demokratycznym – i to w najlepszym tego słowa znaczeniu – nawet nie społeczeństwem, ale narodem. Skończyła się pewna epoka, co będzie dalej, nie wiadomo, ale warto przyjrzeć się temu, co już – mam nadzieję – mamy za sobą.

Koniec epoki czwartej władzy

Przede wszystkim obudziliśmy się gwałtownie i stwierdziliśmy, że potrafimy myśleć i czuć samodzielnie, że o tym, co myśleć i czuć wypada i czego posiadanie w sercu i głowie nie jest obciachem, nie muszą nam mówić smagłolicy dziennikarze, wszystkowiedzący komentatorzy i wybitni intelektualiści. Bardzo charakterystyczna była sytuacja, kiedy na Rynku Głównym w Krakowie tuż przed mszą pogrzebową prezydenckiej pary zebrany tłum „podziękował za posługę” jakiejś stacji telewizyjnej. A przecież nie powinien tak nerwowo reagować. Co za maniery, i to jeszcze gdzie – w Krakowie. W studiu siedziało właśnie kilku oświeconych mędrków, którzy mieli wszystkim powiedzieć, jak tę sytuację rozumieć i jak ją odczuwać. Jednak tak się złożyło, że w Bazylice Mariackiej właśnie stały trumny z ciałami prezydenckiej pary i ludzie zgromadzeni na Rynku raptem stwierdzili, że nie chcą teraz oglądać gadających głów, że w zasadzie naród sam wie, co myśleć, czy płakać wypada, czy nie bardzo, i generalnie chyba jest w stanie po ludzku przeżyć żałobę na swój sposób. Wzburzenie społeczeństwa związane z manipulacją wizerunkiem Prezydenta przez media było rzeczywiście duże. Niezależnie od sympatii politycznych trudno było nie dostrzec, że raptem odnalazły się zupełnie nieobciachowe zdjęcia i fragmenty prezydenckich przemówień. Dlaczego uważam, że to ważna lekcja? Ponieważ jestem przekonany, że media w Polsce dokonały gigantycznej zdrady swojej własnej misji. Stały się czwartą władzą, a przecież media w demokracji powinny być po stronie ulicy, a nie władzy. Media polskie przez ostatnie dwadzieścia lat nie tyle przedstawiały ulicy, co się dzieje u władzy, ile raczej wpadły na pomysł, że będą uczyły ulicę, co ma o władzy myśleć – takiej czy innej. Jednak  przecież nie tylko o władzy – o świecie, Kościele, wydarzeniach. Określenie, które powinno być obelgą dla mediów – czwarta władza – stało się dumą i programem działania polskiej telewizji, prasy, radia i Internetu. W ostatnich dniach społeczeństwo demokratyczne się przebudziło i stwierdziło, że nie chce czwartej władzy, ale prawdziwych mediów, i to takich, które nie pouczają tam, gdzie nie trzeba, i nie wychowują, tych, których nie trzeba, ale chcą informować i stoją zawsze wśród zwykłych ludzi. I są im winne szacunek – zwykłym szarym ludziom. Irytowało mnie strasznie, kiedy po żałobie media raptem zaczęły chwalić same siebie i wystawiać sobie laurki – jak to relacjonowały ponad podziałami i obiektywnie ostatnie wydarzenia. Uważam, że świat dziennikarski i medialny w ostatnich latach dokonał obrzydliwej zdrady społeczeństwa oraz swojej misji i powinien za to przeprosić. Ale cieszę się, że społeczeństwo to dostrzegło, bo prawdziwa demokracja współczesna bez prawdziwych mediów długo nie przetrwa.

Obrazek

W czasie trwania żałoby zadzwonili do mnie przyjaciele z Warszawy. Tak po prostu. Długo się nie widzieliśmy. Dowiedzieli się, że jestem w Polsce. Na koniec chciałem jeszcze pogadać chwilę z ich córką, ale rodzice zaprotestowali. „Kaśka jest, ale śpi. Wróciła dwie godziny temu, a za trzy godziny ma jakąś nową służbę. Przyszła się tylko przespać, nawet nie chciała nic jeść. Tak jest od soboty. Wpada na chwilę, śpi, czasami porwie coś z lodówki i znowu gdzieś biegnie. Rozstawiała znicze pod Pałacem, robi coś w służbie medycznej, ustawiała kolejki ludzi czekających na oddanie hołdu parze prezydenckiej, coś tam też robili na dworcu Warszawa Centralna i nie wiadomo co jeszcze. Kiedy się obudzi, to do ciebie zadzwoni”.

Z Kaśką darliśmy koty od zawsze. Wstyd się przyznać – głównie o harcerstwo. Dawałem się jej we znaki w swoim najlepszym stylu. Głównie kłóciliśmy się o to, czym jest współczesne harcerstwo. Ja mówiłem, że to już nie jest żadne harcerstwo, tylko pseudoskauting. Nie chodzi w tym o Boga, honor czy Ojczyznę, ale jak zrobić sobie fajne wakacje w lesie za pomocą scyzoryka. No i takie tam. Gdy się rozkręciłem, potrafiłem być prawdziwie wrednie twórczy. A Kaśka zawsze mi wypominała, że co ja tam mogę wiedzieć o harcerstwie, skoro mnie już z zuchów wyrzucili.

W każdym razie w przypływie szaleństwa postanowiłem sam do Kaśki za kilka godzin zadzwonić. Złapałem ją przy parzeniu jakiejś herbaty dla kogoś tam. Chwilkę pogadaliśmy, ale trochę mi rezon siadł, bo nawet przez telefon wyczułem dwie rzeczy. Po pierwsze, że jest chyba śmiertelnie zmęczona, i to zmęczona pracą – co u piętnastolatki wydaje się niebywałe, a już u tej piętnastolatki to zupełnie nie do wiary. Po drugie, miałem nieodparte wrażenie, że Kaśka nie jest w tej chwili na tym młodzieńczym haju, który pozwala nie spać dwie noce z rzędu i góry przenosić, byle tylko być w centrum wydarzeń. Czułem, że rozmawiam z kimś, kto jest w pracy – albo raczej na służbie, która jest ciężką pracą. Skończyliśmy rozmowę jakoś tak w pół zdania, bo cytuję: „dostała nowy rozkaz”. Nie zdążyłem poprosić, żeby w moim imieniu zapaliła znicz pod Pałacem, skoro już tam się kręci – a miałem to na końcu języka. Następnego dnia rano odebrałem maila:

Cześć Ojcze, dzięki za telefon. Jak pojednanie, to pojednanie. Zapomniałeś mnie poprosić (albo się wstydziłeś, co bardziej prawdopodobne), żebym zapaliła pod pałacem znicz za ciebie (nie za ciebie, tylko w twoim zastępstwie). Ale jestem bardzo inteligentna i się domyśliłam, i zapaliłam. Nie miałam tam dziś służby, ale poszłam specjalnie – jakbyś nie wiedział. Jakbyś był w Stanach, to bym zapaliła dwa, ale ponieważ jesteś w Krakowie i się lenisz i nie chcesz przyjechać do Warszawy, to masz tylko jeden. Wymyśl coś nowego, żebyśmy się mogli kłócić, bo harcerstwo to już chyba odpada, no nie? Ja też pomyślę. Czuwaj.

No chyba rzeczywiście harcerstwo to już odpada. To jeden z tych momentów, który przypomina, że harcerze nie noszą mundurków, ale prawdziwe mundury – znak służby i poświęcenia dobru wspólnemu, Ojczyźnie, temu, co najważniejsze. I należy się tym mundurom najwyższy szacunek za Szare Szeregi, ale i za Kaśki – w Warszawie i w całej Polsce. Ciężką pracą i prawdziwą służbą oddają hołd Prezydentowi, który potrafił pamiętać o takich jak oni, o tych chociażby z Powstania Warszawskiego. To nie była zwykła śmierć, która tyle dobra i poświęcenia w ludziach wyzwoliła.

Koniec epoki infantylizmu

Historia z Kaśką i postawa harcerzy w tych dniach coś mi uzmysłowiły. Mam dziwne wrażenie, że po 1989 roku wychowywano nas na inteligentnych durniów – piszę nas, bo sam jestem nieszczęśliwym beneficjentem tego stylu wychowania. Urodziłem się w 1980 roku i wraz ze swoimi rówieśnikami byłem chyba pierwszym pokoleniem nie tyle wychowywanym, ile kształconym. O co mi chodzi? W kraju na dorobku wychowywano większość z nas na dorobkiewiczów – najlepiej bezideowych, bo przecież cecha ta jak żadna inna pomaga w dorobku. Kształcono nasze umiejętności, ale nie wychowywano nas do tego, co najważniejsze – do poświęcenia dla dobra wspólnego, patriotyzmu, szacunku względem wartości, dyscypliny wewnętrznej i zewnętrznej, która jak nic innego czyni wolnym do działania. Dobrze zapowiadający się młodzieniec to taki, który chodzi na lekcje angielskiego, francuskiego i niemieckiego, jest sprawny komputerowo, jeździ na nartach, gra w tenisa i squasha, musi być wygadany – jeszcze wtedy na maturze nie trzeba było robić prezentacji, ale przecież całe nasze życie jest prezentacją i sztuką promocji. Nie musieliśmy się uczyć, jak dobrze żyć, ale jak dobrze pisać CV. Które z rodziców zamieniłoby lekcje angielskiego swojego dziecka na harcerskie zbiórki? Nauczono nas, jak troszczyć się o siebie i dobrze wypaść na rozmowie o pracę, ale nikt od nas nie wymagał tego, żeby troszczyć się o dobro wspólne czy Ojczyznę.

Stare arystotelesowskie pojęcie troski o dobro wspólne skojarzono w naszej głowie z socjalistycznym czynem społecznym i sadzeniem drzewek. Państwo polskie nie znaczyło nic więcej niż Zakład Ubezpieczeń Społecznych, nudne transmisje sejmowych obrad, brud Polskich Kolei Państwowych i konieczność wymigania się od poboru. Wychowywano nas nie na Kamieniach na szaniec Kamińskiego, ale na Młodych wilkach Żamojdy – realnie, nie deklaratywnie. Nauczono nas intelektualnego sceptycyzmu i inteligentnej ironii wobec wartości, za które nasi rówieśnicy sześćdziesiąt lat temu oddawali życie. Piosenkę Janek Wiśniewski padł usłyszeliśmy w Psach Pasikowskiego – wiadomo w jakim kontekście. Jednak po ostatnich wydarzeniach coś się zmieniło. Z ukrycia wyszli harcerze – dzieciaki, młodzież i dorośli, choć na początku drogi życiowej. Wyszli ofiarni, zorganizowani, ideowi. Wszyscy im pozazdrościliśmy tego, jacy są, co robią, w co wierzą i jak wierzą.

Myślę, że wiele zarówno dzieciaków, jak i rodziców chętniej zamieni teraz trening squasha na harcerską zbiórkę. A być może harcerstwo przestanie być niszą i stanie się na powrót tym, czym było kiedyś – wychowaniem młodych ludzi przez Ojczyznę i dla Ojczyzny w poświęceniu dla dobra wspólnego i służbie innym.

Pod postem o harcerzach, który napisałem niedawno na swoim blogu, ktoś wpisał komentarz: „Nie ma wątpliwości, że gdyby przyszło co do czego, to Pan Bóg miałby czym obrzucić szaniec”. Myślę, że właśnie o to chodzi. Młodzi ludzie na nowo zobaczyli i uwierzyli, że są wśród nich tacy, którzy są kamieniami obrobionymi, uformowanymi i do ręki Bożej dopasowanymi, i że gdyby Pan Bóg potrzebował, to by szaniec z nich solidny usypał. A ci, którzy poczuli, że tacy nie są, chyba trochę pozazdrościli. Jak to się ma do obudzenia demokratycznego ducha w narodzie?

Cóż, ja wierzę, że Frycz Modrzewski miał rację, mówiąc, iż „takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”, i wierzę, że dzięki tym harcerzom pod Pałacem i w całej Polsce, dzięki ich służbie, ideom i poświęceniu obudziło się poważne podejście do młodego wieku i zrozumienie, co to znaczy, że trzeba go dobrze wykorzystać – na najlepsze wychowanie, a nie tylko na najlepsze wykształcenie. Mamy dorastać do służby Ojczyźnie, a nie jedynie do zawrotnej kariery w korporacji. W przeciwnym razie nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć, że praca w korporacji też może być służbą Ojczyźnie.

Koniec epoki grillowania

Odzyskawszy spokój i wolność, żyliśmy dotychczas sielankowo. Szczęśliwi, ale w swoim szczęściu źle zabezpieczeni (nie pamiętam, kto to napisał – ale chyba jakiś mądry angielski poeta). Każdy, kto próbował powiedzieć, że mogą się jeszcze zdarzyć w naszej historii trudne sytuacje i tragiczne momenty, uważany był za oszołoma ze spiskową teorią dziejów w kieszeni. Przewracając postpolityczne kiełbaski na ahistorycznym grillu wśród ludycznych uciech narodowego nowobogactwa i upajając się sielankową atmosferą poświęconego wyłącznie przyszłości kolorowego festynu, zapomnieliśmy, że w swoim szczęściu nie jesteśmy wystarczająco zabezpieczeni, że wobec losu możemy być bezradni, że tym, co nas może uratować w chwilach trudnych, jest nie indywidualne bogactwo, komfort życia i poczucie humoru na poziomie Kuby Wojewódzkiego, ale zdolność do bycia razem, do wspólnoty, do zebrania się wokół tego, w co wierzymy i co wyznajemy.

Tragedia, która się wydarzyła, była straszna, ale Pan Bóg potrafił z niej wyprowadzić dobro. Mam wrażenie, że przynajmniej część z nas pochowała grille i wyciągnęła flagi. Szkoda, że z kirem.

Koniec epoki PR-u

Daliśmy się nabierać na gładkość wymowy, niebieskie koszule, speców od marketingu i wizerunku politycznego i na opaleniznę, i jeszcze na tysiąc innych rzeczy. Ale myślę, że od tej chwili pierwsze, o co będziemy pytać, decydując się na poparcie danego człowieka w sprawach publicznych, to o taką prostą rzecz, czy słowo patriotyzm w ogóle do tego pana czy pani pasuje. To bardzo ważne, aby każdy z nich był sprawnym zarządzającym, dobrym managerem i reprezentacyjnym gościem. Jednak podstawowe pytanie brzmi – czy określenie patriota w ogóle do niego albo do niej przystaje. Czy jest z lewicy, prawicy, centrum, partii „x”, „y” albo „z”, to już rzecz druga albo trzecia w kolejce ważności. Kiedy zaś możemy powiedzieć o człowieku, że jest patriotą? Chyba wtedy, gdy wiemy, że ktoś coś ze swego własnego, prywatnego małego albo wielkiego dobra na rzecz dobra wspólnego poświęcił albo przynajmniej zaryzykował.

Myślę, że z patriotyzmem, czyli miłością Ojczyzny, jest podobnie jak z każdą inną miłością – bez ofiary się nie obejdzie, bez ofiary nie jest dojrzała i pozostaje mało wiarygodna, i bez ofiary nigdy nie da się rozstrzygnąć, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie.

Trzy demokracje

Po tragicznych wydarzeniach II wojny światowej poznaliśmy smak wielkiego paradoksu. Paradoksu, którego doświadczenie od zawsze było przywilejem zdradzonych. Będąc bowiem zwycięzcami oraz szczycąc się wierną, ofiarną i stałą służbą w obozie zwycięzców, doświadczyliśmy losu najbardziej pokonanych i przegranych. Wmówiono nam, że budujemy prawdziwie polską demokrację – tyle że ludową. Każde z tych słów było wówczas kłamstwem. Nie była to bowiem ani demokracja, ani polska, a już na pewno nie ludowa.

Po 1989 roku historia przyniosła nam drugą szansę budowy demokracji – tym razem w wolnym kraju. I wybudowaliśmy – struktury, konstytucję, system polityczny. Problem polegał tylko na tym, że zapomnieliśmy już, jak wyglądają ludzie, którzy żyją w prawdziwej demokracji. Aby wszystkiego nie komplikować, chcieliśmy zapomnieć o przeszłości, historii, tradycjach. Aby nie musieć się wstydzić przed innymi, chcieliśmy zapomnieć o chrześcijaństwie – wierze, a zwłaszcza moralności. Przypomnieliśmy sobie, jak być demokratycznym społeczeństwem, ale zupełnie zapomnieliśmy, że można być demokratycznym narodem. Więzy, które budowaliśmy, były więzami ludzi, którzy wspólnie się bawią, organizują mistrzostwa w piłce nożnej, wspólnie, w jednej poczekalni narzekają na służbę zdrowia, wspólnie w jednym kościele narzekają na kazanie księdza. Było nam to potrzebne, bo w szarości PRL-u zapomnieliśmy, co to znaczy kolorowa zabawa bez strachu i swobodne narzekanie nie tylko w podziemiu.

Staliśmy się zatem społeczeństwem, problem tylko w tym, że tak, jak indywidualnie stawaliśmy się powoli ludźmi bez właściwości, tak też i jako społeczeństwo stawaliśmy się powoli społeczeństwem bez właściwości. Myśleliśmy, że aby zachować demokrację, musimy być jedynie społeczeństwem. Jeśli staniemy się narodem, utracimy naszą demokrację. Więc byliśmy jedynie społeczeństwem – grupą ludzi połączonych tylko wspólnym miejscem pobytu i doraźną sytuacją – jak pasażerowie w jednym pociągu czy widzowie w kinie. Byliśmy społeczeństwem starającym się żyć bez nietolerancyjnych konfliktów o idee, bez pamięci o problematycznej historii, bez niepodważalnych wartości. Jednoczyliśmy się społecznie – głównie wokół zabaw i festynów. Jedyne, czego wymagaliśmy od naszych rządzących, to chleba i igrzysk. Wypełnieniem naszych społecznych ambicji stało się to, że pozwolono nam urządzić mistrzostwa w piłce nożnej. Chleb dla uspokojenia też od czasu do czasu udało nam się dostać – tyle o ile. A to becikowe, a to niższe podatki, a to coś tam jeszcze.

Raptem się okazało, że demokracja oparta jedynie na społeczeństwie jest co prawda demokracją, ale już nie ludową, a ludyczną. Wielkich słów i wielkich idei baliśmy się jak ognia, pokrywając strach śmiechem i ironią. Co najwyżej chcieliśmy oglądać wielkie gwiazdy na wielkich piknikach i pełnych tolerancji paradach. Każdy, kto chciał rządzić w naszym kraju, musiał pokazać nie tyle, że jest wielkim przywódcą, ile świetnym magistrem ludi, i to na bezpiecznie niższym poziomie niż Józef Knecht z powieści Hessego.

W czasie żałoby raptem coś się zmieniło. Ze społeczeństwa mozolnie zaczął się wykluwać naród. Naród, czyli takie społeczeństwo, które łączy wspólna historia i prawdziwie wielkie wartości, naród, czyli społeczeństwo, które jest zdolne do ofiary dla wyrażenia i obrony swego przywiązania do rzeczy ważnych. Tłumy czekające godzinami pod Pałacem Prezydenckim pokazały, że można poświęcić czas, pieniądze i wybrać się w podróż, aby wyrazić hołd i szacunek dla tego, co ważne. Może się mylę, ale myślę, że w powadze żałoby stanęliśmy przed szansą zakończenia demokracji ludycznej i przejścia w stronę demokracji pełnej – jako wolny naród, już nie tylko społeczeństwo.

Patrzę i oczom nie wierzę, bo mam wrażenie, że historia rzeczywiście dzieje się na naszych oczach, ale jeszcze jedno mnie cieszy. Wierzę w istnienie przypadków – także tych tragicznych. Wierzę, że to, co się stało, było tragicznym przypadkiem. Wierzę też, że dobro, które się rodzi, jest z Bożej Opatrzności.

Koniec pewnej epoki
Janusz Pyda OP

urodzony w 1980 r. w Lublinie – dominikanin, absolwent filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim i teologii w Papieskiej Akademii Teologicznej, kaznodzieja, ceniony rekolekcjonista, duszpasterz, członek...