Andrzej
Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
||
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Wmówił nam, szukającym ciągle ulepszonej wersji samych siebie, że jest chuliganem wolności, a my – jak te matoły z wiersza Brodskiego lękające się zbić szybę – połykaliśmy jego jędrne i płciowe zdania niczym wyposzczona gęś gałki. Chuligan wolności? Kosmopolak? Przemierzając wojenną Francję na rowerze z Tadziem – swoim Sancho, który odkrył, że „Francuzi to łapciuchy i mineciarze” – wyglądał raczej na Don Kichote’a. Cóż z tego, że rower? Rower jest przecież formą ekstremalnie odchudzonego konia w pepegach, któremu trzeba pomóc pod górkę – pęd wiatru na twarzy jest ten sam i widoki z wysokości siodła podobne: tu wije się Garonna, tam pętający się bez żadnej dyscypliny żołnierze, jedynie wozy z żarciem idą w porządku. A tu znowu na szosie „zaczynają się ukazywać żółto-czarne tablice i drogowskazy niemieckie. Podawana na nich odległość do leżących po drodze miasteczek jest zawsze o 1 km lub 2 km większa albo mniejsza od umieszczonej na takich samych tablicach francuskich. Bo ONI zawsze wszystko lepiej wiedzą: nie 45 km, lecz 46 km. Das ist ja doch ein Unterschied. Czy oni to powtórnie mierzyli?! U nich wszystko możliwe”. Tak naprawdę jednak to on dla mnie jest picaro. I niech mnie – niewykształconego księdza – wyśmiewają „badacze owadzich nogów”, a ja i tak ustawię go w jednym rzędzie (mimo niezłego pochodzenia, bo tatuś generał brygady, a stryj wiceminister komunikacji budujący kolejkę linową na Kasprowy) z Guzmanem de Alfarache, Łazikiem z Tormesu czy Estabanillem Gonzalesem. Picaro, czyli łotrzyk. Ten akurat picaro nie jest cyniczny i nie jest złodziejem – nie wierci dziur w kufrach i nie kradnie kiełbasy, nie oddaje w zastaw pewnemu prałatowi swojej żony, ale przecież łotrzyk. Nie dlatego, że strzelał z każdej broni i mógłby w innej epoce napadać na drogach, że pływał, jeździł konno i na nartach – mógł więc wyjść cało z każdej opresji.

Picaro to nie chytrość i spryt, ale natura serca, któremu duszno. Duszno i ciasno. Zawsze. Choć przerażeni jego wyborami zacni i spokojni obywatele zapewniają, że wszystko zmierza przecież ku normalności, choć oczywiście między jednym a drugim kornerem zagazowano tysiąc osób, i czego tu chcieć, skoro giełda ruszyła! „Rozpiera mnie. Żal? Za czym, do diabła? Za tamtym życiem? To był koszmar, bezustanne duszenie się. Koszmar lat gimnazjalnych, koszmar tego życia, do którego przykrawałem się, nie mogąc się nigdy spotkać z samym sobą. Rozmawiałem z sobą przez innych. I to przez kogo! Poprzez co? Cholera!”. Podejmuje więc picaro wędrówkę aż do kresu głodu. Mając 150 dolarów w kieszeni i bez znajomości hiszpańskiego (choć znał biegle francuski, niemiecki i angielski), wyrusza na statku „Jagiełło” do Gwatmali. Łotrzyk to ten, kto wie, że jest sam i że może liczyć tylko na samego siebie, i nie dziwi się temu, musi się uczyć szybko i nie powtarzać błędów z przeszłości. Musi być dla samego siebie duchową podporą – w tym jakoś przypomina świętych przestępców z książki Zandera o ojcach pustyni, którzy nie tylko opisali zasłyszane doświadczenie z secum esse (bycie z sobą), ale je podjęli przez znajdowanie głębokiego sensu w niewyrafinowanych czynnościach. Picaro ma poza tym dwie ręce – „lewą, którą przygarnia wszystko, co ukochał, i prawą, którą zadaje celne i bolesne ciosy”. Tak pisał o Andrzeju Bobkowskim Kazimierz Wierzyński. To znaczy jego bunt i opór wobec złośliwości i hipokryzji społeczeństwa nie przybiera nigdy formy nienawistnej rewolucyjnej gnozy ścierającej z tablicy cały „niesłuszny” ideologicznie jego dorobek, nie ma w nim pełnego obietnic gęgania, szczekania, wycia i ujadania zachwalających wdzięki buntownika, nie ma wreszcie brudnych marzeń o strzelaniu w potylicę bogatemu wrogowi.

Picaro to człowiek typowo ziemski, szczerze traktujący swoje obciążenie ciałem i czasem. Ma to swoje skołatane ciało tu i teraz wyżywić, „wypocząć”, wyprać i rozwiesić na wietrze, ubrać z powrotem i nieść dalej. Picaro, czyli żebrak, nie pogardza więc drobnymi uśmiechami losu czy gestami krytykowanej społeczności, ot, jest okazja – trzeba skorzystać, nie wybrzydzać i cieszyć się, zapominając o tzw. dumie, albo szukać jej gdzie indziej: „Ruchem węża przewijam się po ciasnych uliczkach. Po dzisiejszym targu śmietniki są pełne. Liście sałaty nie ciekawią mnie. Zresztą w tym poszukiwaniu trzeba mieć system, trzeba mieć kompas. Tym kompasem są psy. Śmietnik, przy którym kręci się pies, może zawierać coś ciekawego, coś z kości lub mięsa. Jest – naciskam hamulce. »Won« mówię grzecznie kundlowi i odpycham go przednim kołem. Warczy swołocz, musi być coś lepszego. Patrzę i oczom nie wierzę. Cała głowa barania. Wyciągam z torby papier, owijam głowę i chowam. Trochę już »czujna«, ale za to ile jedzenia (…). Wpadam do domu i gwiżdżąc one-stepa »Salome« wnoszę głowę. Narada wojenna z Basią. Czuć? Barana zawsze czuć. Robimy prosektorium. Przepiłowuję czaszkę piłką do żelaza – jest móżdżek. Poza tym ozór i mięso z policzków. Objem się”. Czy to ta fraza rozjuszyła Gustawa Herlinga-Grudzińskiego? Bo zapiski wojenne Bobkowskiego potraktował ostro: „Sybaryta”.

Obsesja głodu i pieniędzy jest dla picaro lepsza od wycierania łokci w twardej scholastycznej ławce – pomaga mu poczynić zasadniczą filozoficzną dystynkcję na szczególne i ogólne. Ssanie w żołądku mówi mu, że „ród nasz nie jest tym samym, co ja, ty, człowiek”. Ucieczka z mrowiska, z ludzkości, która „stała się jednym z kolorowych magazynów ciałem” odbywa się jednak nie przez odrzucenie ludzi, ale zmianę perspektywy, przez zaprawienie spojrzenia ironią i ćwiczenie się w wyłapaniu detalu, który stanowi o naszej jedyności: „Poprzez poręcz okienną chlupnął bezszelestnie wielki biust, spętany luźno szmatą szlafroka (zupełnie jak kożuch przy wlewaniu mleka do filiżanki – plusk) i zawisł nad ulicą. Balony na uwięzi”.

Ten picaro jest mi bliski, bo był wyśmienitym modelarzem, a ludzie z branży zwąchają się zawsze, zwłaszcza modelarze (ciszej tam, cykliści! I co z tego, że Bobkowski kochał rower?!). Dłubał godzinami w cedrowym drewnie kuchennym nożykiem, robił zabawki, miniatury samolotów, żeby zarobić w Gwatemali na życie, nie zawsze było wiadomo, czy będzie na obiad. Ale to nie był po prostu zarobek, nawet nie była to chłopięca pasja, sądzę, że klejenie samolotów było odtrutką na zbyt subtelne, gorzkie i dogłębnie samoświadome myślenie, ale i całe skrzętne, zbyt skrzętne smakowanie życia. To też jeden z odprysków natury łotrzyka, który przecież jest twórcą i nie powinien żyć dogłębnie. Taką radę w tym względzie zostawiła nam Etty Hilesum: „Żyję, upajam się istnieniem i przetwarzam je aż do dna, tak że nic nie zostaje. Być może konieczna jest jakaś resztka, której nie pobudziliśmy, aby móc tworzyć, bo dzięki niej powstaje to »napięcie« stanowiące bodziec do twórczej pracy”.

Zadajmy jednak to wstrętne pytanie: ale po co żyje picaro? „Dziś żałuję, że nie mam żadnego fachu, gdybym był frezerem, tokarzem lub spawaczem, wiedziałbym, że jestem czymś. A tak? Ludzie mojego pokroju to przeżytek do pewnego stopnia – niezależnie od wyniku tej wojny”. Po co żyje? Nie wiemy. I nie narażajmy się na bolesny kopniak w kostkę wymierzony celnie przez łotrzyka zezłoszczonego naszym ględzeniem o pochwale istnienia, pisania, bezinteresownej bezużyteczności. Ale wiemy jedno – życie picaro nie jest długie. Śmierć jakby się wstydziła – puka i wchodzi rakiem, instaluje się w tych i tamtych gruczołach. Na początku idą na koegzystencję. Ona już zaczęła objadanie liści tego potężnego drzewa, on przechadza się jeszcze ze szklanką whisky w dłoni i medytuje. „Czy człowiek, dla którego śmierć jest jak zamknięcie papierośnicy – trzask i nic więcej, który boi się jej tylko tak, jak zwierzę prowadzone na rzeź, czy ten człowiek może pisać wiersze, czy w ogóle jest człowiekiem?”. Odsłona druga: Ona żuje coraz łapczywiej i bierze się do konarów, on idzie do spowiedzi i komunii: „Katabas był w kłopocie – raczej on, nie ja. – Did you get angry? Spowiadałem się po angielsku, z fasonem. – Angry? Niby dlaczego? Nigdy. Po cholerę get angry, gdy życie jest takie piękne? Że Basia czasem »sobie« gada? No to co?”. Picaro wie, że sposób, w jaki umrze, będzie decydujący przy ocenie go jako człowieka – dlatego odsłona trzecia: Ona podcina pień, on recytuje ze swoją ukochaną Basią Ojcze nasz i Zdrowaś Mario. Potem traci przytomność. A dalej było tak – śmierć mówi do niego z wileńska: „Idziesz, Dziuk?”. „Idę”. „No to chodź”. Za granicę głodu.

Andrzej
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...