ksiądz Jerzy Popiełuszko
fot. Wikipedia
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Zaprzeć się siebie i nie kochać własnego życia, stracić je z powodu Jezusa – wzdrygamy się na to wewnętrznie, tym bardziej że śmierć chrześcijańska jest tak samo bolesna jak inna.

To było jesienią. Byłem jeszcze dzieckiem. W telewizji nadawali „Dziennik”. Dobrze to zapamiętałem, bo nagle do pokoju weszła matka i ruchem ręki powiedziała „cicho”. A potem zakryła dłońmi twarz w niemym bólu. Z ekranu mówili, że zabili księdza i że właśnie wyłowili jego ciało. Nic z tego nie rozumiałem. Tylko ta dramatyczna reakcja matki, inna, dotychczas nieznana. Kilka dni później ojciec zabrał mnie na mszę za ojczyznę, do ogromnego kościoła w naszym hutniczym mieście. Przy ołtarzu stał duży portret księdza z telewizora. W kościele był ścisk, nic nie widziałem. Ojciec wziął mnie i posadził sobie na ramionach. Ten jedyny raz w kościele. Morze ludzi trzymających wysoko w rękach małe krzyżyki. Niektórzy otwierali palce w geście solidarnościowych „zajączków”. Widok niezwykle poruszający. Do dziś zostało we mnie wrażenie podniosłości tamtej chwili, widoku rąk i księdza, który od ołtarza mówił dobitnie kilka razy, że odpuszczamy winowajcom. Taki był mój pierwszy kontakt z Jerzym Popiełuszką. A właściwie z pamięcią o tym, kim był dla innych. Nigdy go nie poznałem…

Bez uwznioślenia

Tych kilka słów to mój niezdarny dopisek do jego życia. Bez konfabulacji, bez podnoszenia do „n-tej” potęgi. To tylko szczegóły, które zaczęły żyć własnym życiem i domagają się uważności, bo po cichu wcielają się w codzienność.

Długo i powoli zbliżałem się do jego historii. Oczywiście wiedziałem, kim byli Piotrowski, Pękala, Chrostowski, znałem przebieg procesu i wydarzenia z życia, w tym hipotezy o ostatnich godzinach pod Włocławkiem, ale intuicyjnie to nigdy nie było najważniejsze. Zasłyszane słowa wydawały mi się zbyt proste, z góry ustawiały schemat myślenia o jego kapłaństwie, o tym, że zło trzeba zwyciężać dobrem, że trzeba troszczyć się o sprawiedliwość i poszanowanie godności człowieka, że ważna jest ojczyzna i praca dla niej. To nie tak, myślałem. To wszystko racja, ale ten portret był zbyt oczywisty jak na księdza. Brakowało mi w nim zwykłości. Chociażby takiej, którą kiedyś naszkicował w swoich zapiskach benedyktyn Basil Hume, pisząc o tym, że Bóg często powołuje do kapłaństwa ludzi z drugiej ligi i każe pamiętać, że wśród świeckich wielu ludzi jest lepszych od nich, ale że celowo wybrał naczynia gliniane, aby być pewnym, że ci, którzy są zabłąkani, znajdą kogoś, kto ich zrozumie, nie potępi i będzie potrafił współczuć. Zaczepiony w tym myśleniu szukałem jakiegoś mostu łączącego mnie z ks. Jerzym. Próbowałem odsunąć przesadne uwznioślenie postaci. Te oczy z pośmiertnych obrazów zapatrzone w dal, te dopiski bardziej nasze niż jego, że miał intuicję, że widział więcej. Znam wielu, którzy byliby gotowi tak podobierać wyimki z kazań i notatek, żeby wszem i wobec ta teza się potwierdziła. Czy w ten sposób go nie krzywdzimy? Czy nie dorabiamy, za przeproszeniem, gombrowiczowskiej gęby?

To były moje wątpliwości. Długo się z nimi mocowałem. Szukałem klucza. I znalazłem. W filmie. Czy to nie za płaskie, ktoś powie, i nie za mało duchowe? Może, ale proszę posłuchać do końca.

Dowód z życia

Gdy do kin wszedł film Popiełuszko. Wolność jest w nas, obawiałem się. Po korowodzie papieży, którzy pozostali ludźmi, poczcie generałów Sikorskich i Nilów, tkwiła we mnie naturalna obawa przed spłaszczeniem i zbanalizowaniem postaci, odarciem z tajemnicy człowieka, zbytniej dosłowności bez przestrzeni do namysłu, tej przesadnej dydaktyki, która w dobrej wierze może wykrzywić obraz. Byłem zaskoczony. Uśmiałem się serdecznie. Zobaczyłem codzienność jakoś dobrze znaną – zaległy brewiarz, jedzony w pośpiechu zimny obiad, nudne zebrania na plebanii, jakiś pogrzeb wciśnięty między konfesjonał a szpital, jakieś spotkanie z młodzieżą, cierpliwe wyjaśnianie raz po raz rzeczy oczywistych, pukanie do drzwi z prośbą o finansowe wsparcie, czyjś telefon z groźbą popełnienia samobójstwa, chwalone kazania z delikatnymi korektami niejasnego chwilami toku rozumowania, siłowanie się z dobrodziejstwem księżowskiego inwentarza, brakiem cierpliwości, brakiem odwagi do głoszenia, umiejętnością dawania do siebie prawa ludziom, godzenie się na ograniczenia wątłego zdrowia.

W filmowej historii zobaczyłem księżowskie życie z wiarą i świadomością otrzymanego daru, zawieszonego między chwilami wielkimi i wzniosłymi, kiedy ludzie niosą na rękach, aż po rwany czas wolny, który przecieka przez palce. Perełką jest scena, w której ks. Jerzy do późna w nocy przyjmuje interesantów. Rozdaje ciuchy, resztki bonów towarowych, trochę jedzenia z darów, w końcu jedyną parę butów, a potem pada jak kłoda na łóżko i cicho wypowiada na wpół senne westchnienie – kocham Cię, Jezu. Ktoś z sali skwitował to głośnym – a gdzie kompleta?! Sala zafalowała śmiechem. Widać wielu było na niej takich, którzy rozumieli, w czym tkwi sedno dowcipu. Zobaczyłem na ekranie dowód z życia księdza. Dowód nie z definicji, ale przez wskazanie.

Kubek herbaty

Wróciłem do jego kazań. Zduszony głos nagrania. Trzeba było mocno podkręcać potencjometr, żeby słyszeć przez szumy. Kazania na mszach za ojczyznę zaraz po drugiej pielgrzymce Jana Pawła II do Polski. Zawstydzające. Gdyby wziąć w nawias życiorys, popatrzeć z boku, niejeden mógłby powiedzieć, żeby sobie dać spokój, bo nie ma w tym nic szczególnego, trochę o czerwonej utopii, nauczaniu papieża, trochę Wyszyńskiego, zachęta do odmawiania różańca, wezwanie do przebaczenia. Głos spokojny, chwilami stanowczy, momentami trącący emocjonalną manierą dodającą dramatyzmu przekazowi. Na koniec tubalne „Bóg zapłać” tłumu. Wszystko to pod szyldem kapelana Solidarności i politycznego zaangażowania. Chodziły mi po głowie pytania, czy ksiądz tak musi, czy powinien, czy się nie wikła. Odpowiedź dał mi Merton. Cytuję właśnie za nim: „Odrzucenie świata i pogarda dla niego nie jest w istocie żadnym wyborem, ale jego unikaniem. Ktoś, kto udaje, że może się odciąć od Auschwitz czy Wietnamu, i postępuje, jakby ich nie było, po prostu blefuje”. Przyznaję, to duże słowa, ale w swoich wyborach ks. Jerzy dawał do zrozumienia, że nie chciał się odcinać, uznawać za niebyłe wydarzeń w Radomiu, śmierci Grzegorza Przemyka, sierpnia 80. Nie chciał blefować, chciał być blisko ludzi, dlatego bez wahania jechał odprawić mszę do strajkujących w hucie, ale dodaję, że na równi traktował swoich prześladowców siedzących pod plebanią, do których w zimową noc szedł z kubkiem gorącej herbaty. To wzbudzało nienawiść świata, który nie uznaje takich deklaracji, drwi sobie z gestów i słów, wzbiera falą nienawiści, aż po sznur do wieszania bielizny odciskający się krwawymi pręgami na ciele i zmasakrowaną twarz, żeby nikt nie mógł rozpoznać.

„Rola księdza jest taka, by głosić prawdę i za prawdę cierpieć, jeżeli trzeba, nawet za prawdę oddać życie”. Powiedział te słowa na rok przed śmiercią w atmosferze osaczenia, bycia śledzonym i podsłuchiwanym. Te słowa i gesty pozbawione były nonszalancji i brawury, sięgały swoimi korzeniami do rzeczy najprostszych, które pozwalają powtarzać każdemu księdzu, że inny go opasze i poprowadzi, dokąd nie chce, ze świadomością, że wie o sobie tyle, ile go sprawdzono. I ksiądz często czuje, że wiele jest takich momentów, gdy Ktoś rzeczywiście go sprawdza, daje do zrozumienia coś więcej ponad to, co już jest, i prowadzi dalej.

Ale chyba najbardziej poruszyło mnie to, co powiedział na dwa miesiące przed zawieszeniem stanu wojennego. Mówił tak: „Lęk rodzi się z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia”. Słucham tych słów wielokrotnie. Z prostego powodu. Oddają prawdę niepokoju, który każdy w sobie nosi, także ksiądz. Lęk księdza splata się ze zmęczeniem, brakiem pomysłów na kazanie, pokorą, żeby nie być większym od Mistrza, pragnieniem, by prowadzić takie życie, jakie się głosi. Ten lęk może skutecznie osaczyć i zepchnąć do parteru, na pozycje małej stabilizacji duchowej, konformizmu w imię świętego spokoju. Za tymi zdaniami stoi poczucie odpowiedzialności za życie drugich, którzy przychodzą i pytają, żądają spotkania i dyspozycyjności, a z tym bywa różnie. Na tej szali ksiądz waży wierność Ewangelii i chęć własnego spełnienia. W tym napięciu zaczyna się droga do przyjęcia męczeństwa, a nikt nie chce być męczennikiem. Męczeństwo ma złe konotacje. Łączone jest z heroizmem, bohaterstwem. Mówi się, że to nie dla nas. Zaprzeć się siebie i nie kochać własnego życia, stracić je z powodu Jezusa – wzdrygamy się na to wewnętrznie, tym bardziej że śmierć chrześcijańska jest tak samo bolesna jak inna, z tym jednym wyjątkiem, że z niej rodzi się życie. Męczeństwo nie objawia nadzwyczajnych sił człowieka, ale Ducha. Głowa św. Pawła oddzielona od ciała miała uderzyć trzy razy o ziemię i powtórzyć: „Jezus, Jezus, Jezus”. Śmieszne. Pobożna anegdotka. Ale gdy zestawimy ją ze słowami Pawła o tym, że nikt bez pomocy Ducha nie jest w stanie powiedzieć: „Panem jest Jezus”, to robi się mniej śmiesznie i lądujemy w rejestrach, które Bazyli Wielki opisał tak: „Ożywiająca moc Ducha odradza nas ze śmierci grzechu i przywraca do życia, które było dane na początku. Na tym więc polega powtórne narodzenie z wody i z Ducha: umiera się przez wodę, życie natomiast nasze jest dziełem Ducha”. Powtarzam sobie, żeby zapamiętać – Umiera się przez wodę… jak Jerzy.

Było życie i nie ma

Mam z nim wspólny epizod – szpital. Jerzy był duszpasterzem pielęgniarek, ja przez krótką chwilę zastępowałem kapelana w szpitalu. Tam ksiądz doświadcza śmierci częściej niż inni. Gdy dzwonią w nocy i spóźni się z odebraniem słuchawki, ma moralnego kaca, bo może ktoś zrezygnował i może nigdy nie będzie drugiej okazji. Dlatego bywa, że płytko śpi i czeka. I gdy dzwonią w nocy, ubiera się i śpik z oczu przeciera, wkłada na siebie co pod ręką, zakłada stułę i bierze Pana Jezusa. Szybko usta wodą płucze, by metal wyrzucić spod języka. I potem idzie przez świt ulic, mijając ludzi z podkrążonymi od tańca oczami, milknącymi w pół śmiechu. I potem przy łóżku, patrząc w monitor i wskaźnik, widzi, jak delikatnie niknie płomyk. I często się odsuwa, by nie spłoszyć. Bo życie było i już go nie ma. Chwilę milczy, składa ręce i wraca przez puste ulice, czując, że gdzieś w środku zderza swoją wyuczoną i wyczytaną w mądrych książkach nadzieję z nieśmiertelnością i bólem. I nie wie, a może boi się dopuszczać do swojej tkanki to doświadczenie. Czuje, że Życie Wieczne domaga się w nim samym obrony. I zdaje mu się, jakby był na dwóch brzegach, które się rozsuwają. Kruchej godności człowieka zderzonej z bezwzględną biologią. Przesuwa paciorki różańca i rozumie ciut więcej z przeżywania śmierci i posłuszeństwa Jezusowi wbrew podszeptom rozumu. Wraca i czyta, że wiele jeszcze przed nim zmagania, wysiłku i krwi przelanej, żeby umierać za przyjaciół. Po każdej nocnej wizycie w szpitalu nosi wagę tych słów, po to by nie myśleć o tym, co ostateczne, ze strachem ani głupio, tylko z nadzieją. Toczy w sobie spór o świadectwo życia, że jest rzeczywistość inna niż doczesna.

W tym miejscu przypomina mi się Kołakowski i jego ostatnie słowa quasi-testamentu o Bogu, Rozumie, Miłości i Śmierci. Trzysta ostatnich słów, ledwie świstek papieru, testament filozofa. W myślach powtarzam tytuł tamtego tekstu, że to jedyna i kompletna metafizyka i innej nie będzie.

Napisałem o tym nie po to, żeby odbrązawiać postać albo szargać świętość dla jakieś głupiej zasady. Jestem daleki od zuchwalstwa. Tych kilka myśli wraca do mnie wyrzutem, wiercąc sumienie, gdy zaczynam uważać siebie za szczęściarza obdarowanego przez los, któremu dany będzie „jakiś” drugi raz, i na potęgę zaczynam trwonić życie, talenty i szansę teraźniejszości, łudząc się niesłusznie, że to, co „prawdziwe”, jeszcze przyjdzie. Może to dowód na to, że ofiara Jerzego Popiełuszki wydaje we mnie owoc po to, żeby zwyczajnie nie udawać życia.

Zobaczyć codzienność
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, były Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu (2018-2022), autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze