Nie czuję się katoliczką

Nie czuję się katoliczką

Oferta specjalna -25%

Plan na życie. Twój osobisty trener świętości

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Do dziś mam przed oczami obraz płaczącej mamy. Zaskoczyło mnie wtedy jej przekonanie, że „zdradzam ich dziedzictwo”. Odrzucam to wszystko, czego mnie nauczyli. Że droga, którą wybieram, pozbawiona jest hierarchii wartości i sensu.

Z Kościoła odeszłam kilka lat temu. Nie. Nikt mnie nigdy tam nie skrzywdził, nie zraził, nie zawiódł w jakiś szczególny sposób. Przeważnie otoczona byłam mądrymi księżmi, dobrymi ludźmi. Choć oczywiście widziałam też obłudę i zakłamanie. Religię traktowałam poważnie. Tak mnie wychowano. Świadomie uczestniczyłam w życiu Kościoła. Znałam swoją wiarę. Dyskutowałam na jej temat. Byłam naprawdę. Byłam dobrowolnie. Byłam przesadnie może.

Coś jednak zaczęło się we mnie zmieniać. Powoli i stopniowo. Z natury nie lubię wszelkich rewolucji, spokojnie więc przyglądałam się własnym emocjom i refleksjom.

A one coraz jaskrawiej migotały czerwonym światłem. Zbyt poważnie traktowałam kwestię przynależności do jakiejkolwiek instytucji, by zignorować te symptomy. Nie chciałam też stać w jednym szeregu z ludźmi, którzy uznają się za katolików, ale de facto żyją po swojemu, ciszej lub głośniej łamiąc niektóre zakazy. Jako katoliczka zawsze wymagałam od siebie dużo, więc i tym razem nie zadowalała mnie „byle jaka” wiara.

Moja droga jest gdzie indziej

Nie jest mi łatwo stwierdzić, co takiego się zmieniło, poza tym, że dorosłam. Gdybym miała w skrócie przybliżyć powody swojej decyzji, mogłabym wskazać trzy zasadnicze kwestie.

Po pierwsze, wychowana w różnych kulturach czy poprzez styczność z różnymi tradycjami, w ostatecznym rozrachunku, nie potrafiłam całkowicie opowiedzieć się za opcją katolickiej wizji świata. Choć to na niej rodzice oparli nasze wychowanie. Piękne wychowanie, dodam.

To jednak mi nie wystarczało, by podążać tą ścieżką. Ta wątpliwość była fundamentem wszelkich innych powodów. To tak, jak związać się z kimś, o kim nie jest się przekonanym, że chcemy z nim spędzić życie. Gdy pojawiają się problemy, kłopoty, nie ma w nas determinacji, by za wszelką cenę walczyć o siebie. Rozchodzimy się.

Po drugie, indywidualizm. Zawsze byłam indywidualistką. Nie lubię grup. Coraz trudniej było mi więc odnaleźć się we wspólnocie jako takiej. Katolicy jawili mi się coraz częściej jako ludzie w jakimś sensie słabi, chwiejni, emocjonalni. Tchórzliwi. Lub, wręcz przeciwnie, przekonani o swoich racjach, zapatrzeni w Boga czy siebie i ślepi na rzeczywistość. Mimo że – jak już wspomniałam – na swojej drodze spotkałam wielu nieprzeciętnych kapłanów, których do dziś darzę szczerym szacunkiem, to jednak żadne z tych spotkań nie okazało się wystarczającą inspiracją. Nawet niebanalny przykład rodziców, którzy w naturalny sposób łączą tradycję z rzadko spotykaną otwartością i najlepiej rozumianą tolerancją na inne poglądy, nie wystarczył. Chciałam podążać własną drogą. A jeśli dodatkowo oznaczało to jakąś sprzeczność z nauką Kościoła, musiałam i chciałam wybrać. Szanowałam i szanuję przekonania teologów. Brak we mnie tendencji reformatorskich, nie lubię narzucać własnych opinii. Gdy się z czymś nie zgadzam, gdy czuję, że to nie moje miejsce, po prostu odchodzę. Nie winiąc nikogo. Tak też było i tym razem.

Po trzecie, coś, co jest jak wiatr dla takich decyzji. Coś, co jest jak muzyka, poezja, natchnienie… Pewność. Wewnętrzne przekonanie, że moim przeznaczeniem są inne szlaki. Że moja droga znajduje się gdzie indziej. I że nie można dalej okłamywać siebie i innych… Z szacunku dla obu stron.

My wracać nie chcemy

Po decyzji przyszedł czas na działanie. Oznajmienie rodzicom (rodzeństwo, jak to rodzeństwo, o wszystkim wiedziało wcześniej), że tym razem nie zamierzam brać udziału w mszy świętej. Jest to moment, w którym kończy się mistyka, a zaczyna rzeczywistość. Kończy się owa poezja, a zaczyna ciężka, gęsta proza. Spokój, który daje pewność decyzji, zostaje przygnieciony poczuciem winy, że rani się osoby, które kochamy najbardziej.

Jest to konflikt – okrutny, bo podświadomie liczymy, że rodzina jak zawsze stanie po naszej stronie, że zrozumie, a tym samym od owego konfliktu nas uwolni. Że to jest ta chwila, gdy może pomóc nam najbardziej. Chwila, gdy jej najmocniej potrzebujemy. Nie dlatego, że się pogubiliśmy, ale właśnie dlatego, że czegoś jesteśmy pewni. A nawet się tym cieszymy.

Jednak z perspektywy rodzica – katolika, który naprawdę wierzy, wygląda to inaczej. Tak przynajmniej było w moim przypadku. I w jakimś sensie to rozumiałam. Rodzic taką zmianę odbiera jako sygnał czegoś niepokojącego, niedobrego. Tak, chce pomóc. Ale pomóc wrócić. A my wracać nie chcemy.

Pamiętam rozmowę o swojej decyzji zarówno z mamą, jak i z tatą. Nasze relacje zawsze były bardzo dobre i bardzo bliskie. Zresztą cała rodzina tworzyła zgraną, solidarną drużynę. Gdy traktuje się siebie jak bliskich przyjaciół, taka sytuacja jest tym bardziej bolesna. Rozmawialiśmy. Nikt mnie do niczego nie zmuszał. Spotkał mnie z ich strony szacunek, ale i brak zrozumienia. Niewiele pamiętam z tych rozmów. Kosztowały mnie naprawdę wiele wysiłku psychicznego.

Do dziś mam jednak przed oczami obraz płaczącej mamy, smutku w jej oczach. Zaskoczyło mnie wtedy jej przekonanie, że „zdradzam ich dziedzictwo”. Odrzucam to wszystko, czego mnie nauczyli. Że droga, którą wybieram, pozbawiona jest hierarchii wartości i sensu. Zraniła mnie taka opinia. Nie rozumiałam, dlaczego w ogóle ta decyzja staje między nami jako ludźmi. Przecież najważniejsze to być dobrym, przyzwoitym. Dlaczego nagle znalazłam się „po drugiej stronie”. Przecież ja wciąż byłam z nimi. Z imieniem Boga na ustach lub bez, wciąż wiedziałam, co jest dobre, a co złe. Wciąż byłam wychowanym przez nich Człowiekiem. To bolało. Takie pomieszanie relacji. Ja – Bóg oraz Ja – Oni. Bo dla mnie na tej drugiej linii nic się nie zmieniło. I nie chciałam, aby te płaszczyzny na siebie nachodziły, a właściwie, by były na siebie nakładane.

Z pewnością dla mnie decyzja ta była znacznie mniej istotna niż dla nich. Ponieważ dla mnie było to naturalne, miałam też czas, by się z tym oswoić, gdyż rozmyślania czy – jak kto woli – dojrzewanie do tego zajęło mi dwa lata. Dla nich to był szok. Wiem o tym. Tym bardziej rozumiem niekontrolowane emocje, które ujawniły się w tamtym czasie. Ranienie własnych rodziców było straszne. Jednak czułam, że nie mam wyjścia. Zbyt wysoko cenię wierność własnym przekonaniom. Miałam w sobie dość siły. Dzięki nim. To oni mnie tak wychowali. To ich postawy życiowe mnie tego nauczyły.

Dziś, patrząc na to z perspektywy czasu i nabytego doświadczenia, rozumiem więcej. Nigdy niewyrażony żal, który tkwił we mnie w związku z ich reakcjami, mija. Jako rodzina przetrwaliśmy trudne chwile. Zbyt wiele łączyło nas wcześniej, by moja decyzja mogła podzielić nas na dobre. Zwyciężyła Miłość i Przyjaźń. Dziś nawet żartujemy sobie na temat różnic między nami. Choć wiem, że nie jest to dla nich sprawa ważka. I z pewnością bywają chwile i miejsca, gdy jest im przykro, że nie stoję obok.

Nie winię Pana Boga

Pomimo wszystko. Nigdy nie żałowałam swojej decyzji. Nie miałam wątpliwości. Pielęgnuję w sobie szacunek do religii. Wszystkich. Jednak w świątyniach żadnej z nich nie wyobrażam sobie siebie, a już szczególnie w kościołach. Nie szukam. Nie błądzę. Czuję spokój.

W moim osobistym odczuciu wydaje mi się nawet, że stałam się lepszym człowiekiem. Mniej przekonanym o własnych racjach, a bardziej skupionym na drugim człowieku. Po prostu. Czy Bóg istnieje, czy nie? Nie jest to nurtująca mnie kwestia. Nie jest to temat, na który miałabym ochotę z kimkolwiek rozmawiać, gdyż nie wydaje mi się dość ważny. Wobec Pana Boga nie mam oczekiwań, o nic Go też nigdy nie winię. Po prostu, nie wchodzimy sobie w drogę. Życie jest wokół. I ludzie są wokół. To są sprawy, które mnie dotykają.

Nie czuję się już katoliczką. W tym sensie się zmieniłam. Prawdę mówiąc, dziwi mnie to. Myślałam, że pewne freski, nawet jeśli wyblakłe, na zawsze we mnie pozostaną. Małe przyzwyczajenia czy ciche nawyki myślowe. Nie buntowałam się przeciw temu, ponieważ nigdy nie zamierzałam negować swoich korzeni. Ale nie. Nie ma tego. Nieoczekiwanie. Widzę teraz inaczej. Widzę na nowo. Widzę ostrzej. I cieszy mnie to spojrzenie. Nie ma we mnie prostych odpowiedzi. W jakimś sensie pogodziłam się z Niepewnością. Nie obawiam się jej. Żałuję jedynie, że nie dało się dojść tu, gdzie jestem, bez tamtej przykrej lekcji dla nas wszystkich w domu.

Każda rodzina jest inna, tak jak różne są powody tego typu decyzji. Życzę jednak wszystkim „dzieciom”, które w ten sposób musiały postąpić, żeby spotkały się z bezwarunkową miłością rodziców. Żeby ta różnica nie zaważyła na ich wzajemnych relacjach i żeby nie musiały tym mocniej odczuwać winy związanej z prawem do własnych wyborów. Bo to rodzice, w moim odczuciu, są odpowiedzialni za hipotetyczne powstawanie murów na bazie takiej sytuacji. Jeśli w moim domu tak się nie stało, to właśnie dzięki niememu wysiłkowi mamy i taty, choć i ja byłam uważna, by przypadkowym słowem czy komentarzem nikogo nie urazić. To naprawdę nie jest powód do podziałów. Miłości potrzebuje każdy. Właśnie tej rodzicielskiej. Właśnie wtedy.

Nie czuję się katoliczką
Joanna Majewska

była katoliczka....