U-ra-to-wa-ni!
fot. bobby burch / UNSPLASH.COM

Pan Jezus po zmartwychwstaniu nie organizuje wielkiego wiecu na głównym placu Jerozolimy i nie mówi: „No i co? Komu teraz jest głupio? A nie mówiłem, że zmartwychwstanę?”.

Dominik Jarczewski OP: Każda niedziela jest pamiątką zmartwychwstania Pańskiego. Dlaczego tę prawdę wiary świętujemy z taką częstotliwością?

Wojciech Ziółek SJ: Po pierwsze, dlatego że tak często, czyli co tydzień, jest ów „pierwszy dzień tygodnia”. Po drugie, dlatego że to jedyny taki przypadek w historii. A po trzecie, zmartwychwstanie Jezusa jest potwierdzeniem tego, że jest On prawdziwie – jak mówimy w Credo – „Bogiem z Boga”. Gdyby Nim nie był, to by po prostu umarł. A ponieważ jest „Bogiem z Boga”, to umarł i zmartwychwstał.

Powiedział ojciec „jedyny taki przypadek w historii”. A przecież jest też w Ewangelii opowieść o wskrzeszeniu Łazarza czy córki Jaira. Na czym polega różnica?

Jeden z moich współbraci zestawił kiedyś trzy cnoty teologalne z czasami gramatycznymi. Czas przeszły to jest wiara, wszystko to, czego doświadczyłem. Miłość to jest teraźniejszość, a nadzieja – przyszłość. Wskrzeszenia, o których ojciec wspomniał, były powodowane miłością. Chodziło w nich o wrócenie czasu. Zmartwychwstanie Jezusa jest otwarciem na przyszłość. To jest nasza nadzieja. Podobnie, jak postacie z Ewangelii, po śmierci my również zmartwychwstaniemy. A stanie się tak tylko dlatego, że takie są zamiar i wola Boża względem nas. Zmartwychwstanie Jezusa jest z kolei konsekwencją tego, że jest On Bogiem.

Zmartwychwstanie powinno być najradośniejszym świętem w roku, a tymczasem za bardzo tej radości po nas nie widać. Nie mamy też chyba za bardzo pomysłu, jak sensownie przeżyć ten okres.

Powodów jest kilka. Pierwszy – czysto egzystencjalny. Łatwiej nam się odnaleźć w czymś, do czego mamy bezpośredni dostęp. Cierpienie, choroba, śmierć to coś, co nas dotyka. Jest bolesne, straszne, ale równocześnie nasze, ludzkie, oswojone. To jest namacalna część naszego życia. Zmartwychwstanie jest czymś ekstremalnie obcym, nie naszym, zupełnie nieoswojonym…

Drugi powód, będący po trosze konsekwencją tego pierwszego, jest taki, że zrobiliśmy wiele, żeby zamordować radość ze zmartwychwstania. My – Kościół. I my – księża.

To znaczy: co?

Ano, bośmy zaczęli mówić, że owszem: mamy się radować, ale to ma być taka szczególna, „chrześcijańska radość”. A radość nie dzieli się na chrześcijańską i niechrześcijańską. Albo jest radość, albo jej nie ma!

Taka „smutna radość”…

Ta „chrześcijańska radość” jest niezwykle ostrożna, żeby nie przesadzić. A radość musi być całą gębą. Gdy się człowiek naprawdę cieszy, gdy naprawdę przytrafia mu się jakieś niezwykłe szczęście, to nie uśmiecha się półgębkiem, tylko jak Stuhr w Seksmisji krzyczy, drze się, ile sił w piersiach: U-RA-TO-WA-NI!

No i oczywiście radość, również radość ze zmartwychwstania, musi mieć koniecznie wymiar cielesny. Mówimy ludziom, że nie ma prawdziwego przeżycia Wielkiego Postu bez praktykowania postu, że trzeba się jakoś um

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się