Wina i nawrócenie
fot. sri lanka / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 votes
Wyczyść

Maciej Zięba słusznie zwraca uwagę, że poczucie winy niemal wyparowało we współczesnej Polsce. To prawdziwa rewolucja, która idzie wbrew całemu dziedzictwu chrześcijaństwa i etosowi polskiej inteligencji.

Ojciec Maciej Zięba ma problem ze wzbierającą agresją w polskiej polityce, która rozlewa się na kolejne obszary: media, naukę i religię1. „Najgorsze w tym – pisze – jest nie tyle samo natężenie tego procesu, co jego bardzo niedobra dynamika – proces ten bowiem od paru lat konsekwentnie się nasila”. Grozi nam powrót do stanu natury, walki wszystkich ze wszystkimi. Jeszcze kilka lat takich konfliktów i powyrzynamy się – i to nie na forach internetowych czy w programie Tomasza Lisa, ale na ulicach naszych miast.

Mimo wszystkich przestróg i dramatycznych obrazów wydaje mi się, że sam autor nie docenił powagi własnej diagnozy. Zbliżając się do istoty problemu, zarazem nie chciał jej dostrzec.

Apokalipsa na co dzień

Problem ojca Macieja Zięby nie jest nowy. Nie jest to też problem, który dręczy wyłącznie Polskę. Można nazwać go oldskulowo – apokalipsą2.

Kiedy używam tego starego słowa, nie mam zamiaru powracać do eschatologicznych wizji. To pojęcie ma uwrażliwiać na rzeczywistość, w której żyjemy; uzmysłowić powagę i stawkę dnia codziennego. Ma wskazać na przemoc, która rozgrywa się wokół nas, której jesteśmy świadkami, a zarazem uczestnikami. A przemoc nieustannie wzbiera i rodzi jeszcze większą przemoc. Reakcją na agresję staje się jeszcze większa agresja. Wygasić ją może jedynie śmierć. Przekonaliśmy się o tym, obserwując Polskę przed katastrofą w Smoleńsku i po niej.

Do naszych małych, polskich walk tak bardzo się przyzwyczailiśmy, że przestaliśmy je wreszcie zauważać. To, co powinno być wyjątkiem, stało się dla nas regułą. Odsuwamy wzrok od przemocy. Chcemy zapomnieć o masakrach, katastrofach i śmierci. Używamy eufemizmów. Mówimy o „upolitycznieniu życia publicznego”, o „utracie zaufania”, „upadku autorytetów”. I płytkie diagnozy prowadzą do płytkich remediów. Jeśli Polska jest upolityczniona, wystarczy ją odpolitycznić. Jeśli nie ma zaufania, zwiększmy je o 30 proc. w dwie dekady, a może trzy, jak proponuje minister Boni. Jeśli autorytety upadły, wyprodukujmy nowe przy „Kawie na śniadanie”. Zbudujmy społeczeństwo obywatelskie, demokratyczne instytucje, uzdrówmy sądownictwo etc. Ale robimy to już przez ćwierć wieku – i nic. Może więc sytuacja jest poważniejsza? Może te wszystkie problemy są tylko symptomami bardziej fundamentalnego procesu? A jeśli apokalipsa dzieje się naprawdę? I przyjmuje nie efektowną formę kataklizmów, lecz codziennej walki wszystkich przeciwko wszystkim? Jak sobie z nią poradzić? Kto ją powstrzyma?

Musimy formułować radykalne – to znaczy sięgające istoty zjawisk – diagnozy, bo tylko wtedy będziemy mogli formułować radykalne odpowiedzi.

Proces dobra

Ojciec Maciej Zięba upatruje źródła problemów w polityce. Ale polityka nie jest tylko jedną ze sfer naszego życia. Jest sferą podstawową. W polityce ujawnia się nasza skrywana przemoc – to, kim naprawdę jesteśmy. Nie ma neutralnego – niepolitycznego – punktu widzenia. Albo inaczej: takiego punktu nie możemy odnaleźć sami, on musi nam zostać dopiero dany, objawiony przez Kogoś Innego. Każda diagnoza – diagnoza Macieja Zięby, moja diagnoza – jest formułowana w polu politycznej walki. Nie łudzimy się chyba, że nawet dobroduszne wezwania do zawieszenia broni i pokoju – jak te Radosława Markowskiego, Adama Michnika czy Wojciecha Sadurskiego – mogą być tylko kolejnym elementem w grze o władzę.

Gdzie więc szukać ratunku? W społeczeństwach nowoczesnych stan natury przezwyciężony został przez państwo dysponujące środkami przemocy. Agresja ludzi była powstrzymywana przez największego agresora – suwerena. W Polsce jednak państwo tylko wzmacnia podziały. Ojciec Zięba słusznie zauważa, że przez zaniedbania władzy po katastrofie smoleńskiej spór polityczny sięgnął nienotowanego dotąd natężenia. Do wzmocnienia konfliktów prowadzą także media – tworzona przez nie przestrzeń, która ma służyć komunikacji i porozumieniu, służy paradoksalnie zrytualizowanemu zrywaniu komunikacji i braku porozumienia. Powiedzmy to mocniej: państwo i media instytucjonalizują wojnę wszystkich przeciwko wszystkim. Takie zinstytucjonalizowanie można nazwać za Janem Pawłem II tworzeniem struktur zła, wyalienowanych systemów społecznych, trwających poza wolną wolą jednostek i samoczynnie się reprodukujących. Człowiek, który wkracza do mediów czy polityki, nie może zmienić panujących w nich reguł, mimo najlepszych swoich intencji. Jeśli chce w nich trwać, musi przyjąć te reguły za własne.

Remedium na struktury zła może być tylko proces dobra. Księcia tego świata pokonać może jedynie Królestwo, które nie jest z tego świata. Największym zaś Dobrem, Miłością, jest Chrystus i jego widzialne Ciało – Kościół. Tylko Kościół może pokonać apokalipsę. Ojciec Zięba sugeruje jednak, że to apokalipsa pokonała Kościół. Katolicyzm ze znaku jedności stał się znakiem podziału. Zamiast reprezentować Królestwo Boże na ziemi poprzez solidarność, zaczął reprezentować świat w Królestwie Bożym poprzez „wyjątkowe stężenie nienawiści”.

Jeśli apokalipsa ma być zatrzymana, musimy oczyścić Kościół z nienawiści. To najważniejszy, najbardziej profetyczny postulat autora, idącego tutaj oczywiście śladem swojego Mistrza Karola Wojtyły, który zanim zaczął naprawiać świat, naprawiał Kościół. Powinniśmy spowiadać się zawsze z własnych grzechów i bić się w swoje piersi. Uświadomienie sobie winy jest początkiem każdej religii, początkiem nawrócenia. Nawrócenie zaś każdego człowieka jest początkiem przemiany całego społeczeństwa.

Nowe Ojcze nasz

Tę intuicję doskonale opisał jeden z najwybitniejszych współczesnych antropologów René Girard. Otóż zauważył on, że każde społeczeństwo jest skonfliktowane, gdyż wszyscy dążymy do tych samych rzeczy, a dążymy do nich, dlatego że inni do nich dążą. Naśladując siebie nawzajem, walczymy o władzę, prestiż czy pieniądze. Gdyby inni nie pożądali tych dóbr, my także nie potrzebowalibyśmy ich. W tym kopiowaniu postaw i celów walczymy wszyscy ze wszystkimi. Według Girarda, przez całe wieki sposobem na odzyskanie jedności w społeczeństwie było znalezienie kozła ofiarnego, któremu arbitralnie przypisywano winę za konflikt. Przywracano jedność, zapominając o własnych winach. Fenomen chrześcijaństwa – według Girarda – polega na tym, że po raz pierwszy w historii kozłem ofiarnym stała się osoba całkowicie niewinna: Chrystus. Bóg musiał zejść na ziemię, aby pokazać, że wszystkie ofiary są niewinne. To nie kozioł ofiarny jest winien, to my jesteśmy winni. Gdy uświadomimy sobie własną winę, wtedy następuje nawrócenie. Jeśli podążamy za Chrystusem, zawsze jesteśmy z cierpiącymi, płaczącymi, przegranymi, z niewinnymi, stajemy się pokorni, służymy i nigdy nie odrzucamy własnego krzyża.

Tak należy rozumieć modlitwę Ojcze nasz: „…odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Wprowadzając tę modlitwę w życie, przezwyciężamy wszystkie podziały, o czym pięknie pisał August Cieszkowski. Dobrym przykładem na rewolucyjną siłę nawrócenia był List biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku, w którym – co było nie do pojęcia przez ówczesną władzę i co być może po ludzku jest nie do pojęcia – dwadzieścia lat po II wojnie światowej przebaczono Niemcom, ale także poproszono ich o przebaczenie. Teraz wydaje się, nadszedł czas, aby Polacy zaczęli wyznawać winy i wzajemnie sobie przebaczać. Jak pisał Cieszkowski, „wszyscy zawinili przeciwko wszystkim”, „potrzebna jest powszechna świata amnestia”.

Ten chrześcijański imperatyw w zsekularyzowanej formie możemy odnaleźć w etosie polskiej inteligencji. Ludwik Krzywicki, papież polskich niepokornych, mówił do młodego inteligenta: „Dłużnikiem jesteś! Albowiem dziwnie się splotły rzeczy na tym świecie naszym: ty, któryś jeszcze nie doświadczał dróg własnych, który śnisz o tym, ażeby orać ziemię ojczystą pod posiew prawdy i szczęścia, pozostawiłeś już, jak okręt na morzu, długą smugę za sobą – smugę krzywd i wyzysku. Wierz mi: za tobą ciągnie się smuga długa krzywd, a wyrządziłeś je istnieniem swoim, smuga długów, które zaciągasz codziennie od chwili przyjścia na świat. […] Gdybym mógł, wziąłbym rozżarzone do białości żelazo i przyłożyłbym je do twego sumienia: niechaj jak wąż do ziemi przygwożdżony wije się w bólach obrachunku i jak potępieniec rzuca się w świadomości swego grzechu społecznego. Te męczarnie skruchy, te konwulsje wstydu może wyzwoliłyby ducha twego z nieprawości, w której żyjesz, i oswobodziłyby cię od gestów i pożądań krzywdziciela”. Inteligencja w tej perspektywie jest oparta na winie, skrusze i zadośćuczynieniu.

Maciej Zięba słusznie zwraca uwagę, że poczucie winy niemal wyparowało we współczesnej Polsce. To prawdziwa rewolucja, która idzie wbrew całemu dziedzictwu chrześcijaństwa i etosowi polskiej inteligencji. W tym kontekście słowa Wojciecha Sadurskiego z artykułu Zdrajcy i durnie nabierają prawdziwej mocy: „lepiej należeć do kategorii »zbrodniarzy«, którzy wiedzą, że zbrodni nie popełnili, niż do kategorii »idiotów«, którzy są przekonani o swojej mądrości”. U Girarda to właśnie jest sednem przemocy – nieświadomość własnej winy: „Wybacz im, Panie, bo nie wiedzą, co czynią”. A zresztą, czy tak naprawdę „zdrajcy” opisywani w artykule Sadurskiego wiedzą, że nie są winni? Czy naprawdę Tomasz Arabski, gen. Janicki czy Donald Tusk nie mają sobie nic do zarzucenia? Czy nie odczuwają nawet „winy metafizycznej”? Bo „wina metafizyczna – jak pisał Karl Jaspers – to brak absolutnej solidarności z człowiekiem jako człowiekiem. […] Jeżeli ja przeżyję, a ktoś inny zginie, wtedy odzywa się we mnie jakiś głos mówiący mi: to moja wina, że ja jeszcze żyję”.

Nasze winy

Skoro zawiodła polska inteligencja i zawodzi polski Kościół, ojciec Maciej Zięba chce rozpocząć wyznanie win od siebie, chce wyznać grzechy swojego Kościoła. Ale jednocześnie pokazuje, jak trudny – i jak ważny – jest to akt.

Głównym grzechem, zdaniem autora, jest dopuszczenie do tego, że „pewna ideologiczno-agresywna wersja katolicyzmu” stała się „publiczną twarzą Kościoła w Polsce”. To grzech ciężki, gdyż ta wersja „jest aintelektualna, ignoruje nauczanie Soboru, przywłaszcza sobie postać Jana Pawła II w sposób ściśle werbalny, nie tylko nie mając żadnych praw na monopolizację jego nauczania, ale też tego nauczania nie rozumiejąc, a nawet wręcz postępując wbrew niemu”. Gorzej jeszcze, weszła ona w „sojusz z konkretną partią polityczną”, a jest to „wbrew katolickiej nauce społecznej”.

Dla wszystkich, którzy znają ojca Macieja Ziębę, jest jednak jasne, że mimo początkowej deklaracji nie bije się on tutaj we własne piersi: nie jest przecież agresywny, w wielu tekstach wskazywał na subtelne różnice między prawdą a ideologią; to jeden z najwybitniejszych polskich intelektualistów, dodatkowo głęboko zakorzeniony w nauczaniu Soboru Watykańskiego II i Jana Pawła II; nie zawarł też sojuszu – o ile nam wiadomo – z „konkretną partią polityczną”. Wydaje się więc, że polski dominikanin spowiada się z cudzych grzechów. Czy nie lepiej byłoby jednak, trawestując jego postulat, gdyby katoliccy intelektualiści spowiadali się z grzechów katolickich intelektualistów, a Radio Maryja – o które przecież tutaj chodzi – z grzechów Radia Maryja?

Oczywiście, autor ma prawo domagać się oczyszczenia całego Kościoła, a nie tylko – dajmy na to – Kościoła otwartego. Powinien jednak być świadomy, że czytelnik może mieć silne poczucie niekonsekwencji. Jeśli w przestrzeni publicznej nie powinniśmy się bić w cudze piersi, dlaczego w przestrzeni sakralnej przyznajemy sobie takie prawo? Powinien też rozważyć ewentualność, że proponowane przez niego oczyszczenie może tylko podsycać w sposób bardziej subtelny walkę wewnątrz Kościoła. Autor skarży się, jak na krytykę Radia Maryja, którą sformułował (wydawanie certyfikatów na katolicyzm i patriotyzm), ks. Henryk Zieliński nie odpowiedział w sposób merytoryczny, a „jednie napisał, że Kazimierz Sowa jest na utrzymaniu Waltera z TVN, Mazowiecki na utrzymaniu prezydenta Komorowskiego, a mnie zatrudnił kiedyś prezydent Gdańska, ergo wszyscy jesteśmy »utrzymankami« Platformy Obywatelskiej. W tym momencie skończyła się dyskusja merytoryczna, a ja miałem wrażenie, jakbyśmy wrócili do retoryki z okresu »Trybuny Ludu«. Tego typu formy publicznej rozmowy z pewnością nie zmniejszą polskich podziałów”. Ale czy słowa ojca Zięby takie podziały zmniejszą? Wykluczanie przez Radio Maryja z uniwersum polskości i katolicyzmu bywa toporne. Ale czy ojciec Zięba nie idzie w wykluczeniu jeszcze dalej niż jego adwersarze? Czy merytorycznie odpowiada na ich krytykę? Oni wypychają go poza polskość i katolicyzm – i zarzucają upolitycznienie; on odpłaca im tym samym: „weszli w sojusz z pewną partią”, są nieortodoksyjni, niepapiescy, niesoborowi, odmawia im on niemal statusu człowieka: aintelektualni, agresywni, nieracjonalni, nie umieją dyskutować, powracają do totalitaryzmu. Czy w tej perspektywie Radio Maryja nie nabiera stygmatów ofiarniczych? Czy kultura popularna i liberalna demokracja, której słabości w ostatniej książce ojciec Zięba tak dobrze ukazuje, nie przedstawiają podobnie Radia Maryja? Czy jest możliwe, że przemoc naszej polityki może przedostać się do intelektualnych dystynkcji i duchowych napomnień?

1 Dziękuję Piotrowi Mieteniowi z Centrum Myśli Jana Pawła II za nieocenioną pomoc w przygotowaniu tego artykułu.
2 Klucz apokaliptyczny do zrozumienia Polski po raz pierwszy na łamach „W drodze” wykorzystałem w artykule Pośmiertne losy kozła ofiarnego (1/2011).

Wina i nawrócenie
Michał Łuczewski

urodzony w 1979 r. – socjolog, psycholog, metodolog, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, kierownik badań Centrum Myśli Jana Pawła II. Wydał m.in. Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze