Ewangelia według św. Jana
Jak nasz zakonny charyzmat przekłada się dzisiaj na zadania stojące przed nami? Prawdopodobnie każdy z dominikanów widzi to nieco inaczej. Ja podzielę się swoimi myślami.
Zakon nasz liczy sobie już osiem wieków. Bez fałszywej skromności trzeba powiedzieć, że w historii Kościoła odegrał ważną rolę. Przed zakonem biała, jeszcze niezapisana karta – historia, którą napiszą przyszłe pokolenia. Pytanie o charyzmat zakonu jest pytaniem ważnym. To on w przeszłości wyznaczał naszym siostrom i braciom pole służby Kościołowi i ludziom, i tak też z pewnością będzie w przyszłości.
Przez całe, nie tak krótkie, życie rozmyślam na temat charyzmatu zakonu i przymierzam do niego kształt, służbę i działania naszej zakonnej prowincji. Charyzmat zakonu streszczam w trzech zdaniach: Służba prawdzie przez duże i przez małe „p”; wychodzenie do ludzi z pogranicza wiary i niewiary, ortodoksji i heterodoksji; wspomaganie biskupów w ich nauczycielskich zadaniach.
Służba prawdzie! Nie chodzi tylko o głoszenie prawdy, chodzi o służbę prawdzie. W swojej młodości tego, czym jest służba prawdzie, uczyłem się – o paradoksie – od Gandhiego. Ten, kto służy prawdzie, tak bardzo ją ceni i kocha, że potrafi zmienić swoje zdanie, kiedy się okaże, że rzeczywistość jest inna, niż wcześniej dostrzegał. Świadectwo prawdzie trzeba dawać w każdym czasie. Pamiętam burzliwe dyskusje na zjazdach duszpasterzy akademickich w czasach panowania komunistów dotyczące tego, do jakiego stopnia mamy obowiązek odkrywać przed studentami prawdę o systemie komunistycznym. Kiedy upierałem się, że nie wolno niczego udawać i trzeba dawać świadectwo prawdzie – jeden z duszpasterzy wykrzyknął w moją stronę: To ty tak sobie rób, bo to jest charyzmat twojego zakonu. I tak jest rzeczywiście. Trzeba ciągle pamiętać, że „Veritas” to sztandar naszego zakonu. Kto jednak na serio chce służyć prawdzie, niech nie oczekuje, że będzie noszony na rękach. Także przez swoich zakonnych współbraci.
Wychodzić ku ludziom z pogranicza… Zakon powstał w tyglu sporów teologicznych, oskarżeń kierowanych w stronę Kościoła i wyklinania duchowieństwa. Od tamtej pory nasi zakonni bracia szli zawsze tam, gdzie było „gorąco”. Trzeba jednak pokornie wyznać, że mamy w swojej historii nie tylko chlubne karty, ale także te wstydliwe, które napominają każdego dominikanina: żadnej przemocy pod płaszczykiem obrony Kościoła i jego doktryny; nie wolno zaczynać od potępienia ludzi i doktryn, najpierw trzeba dostrzec dobro, choćby niewielkie, i na bazie tego dobra budować braterstwo i Boży świat.
Trzeci element naszego charyzmatu rzadko bywa podnoszony i rzadko go sobie uświadamiamy. Zakon powstał, aby wspomagać biskupów w trudzie nauczania Bożych prawd. To nie Święty Dominik wymyślił nazwę swojego zakonu. Tę nazwę, Ordo Praedicatorum (Zakon Kaznodziejów), która dzisiaj wydaje się nieco pretensjonalna, nadał nam papież. Nie zawsze biskupi pokazują, że oczekują od nas pomocy. Jednakże my powinniśmy nosić w sobie poczucie odpowiedzialności za diecezję, w której usytuowany jest nasz klasztor, i zabiegać o żywy kontakt z hierarchami.
Jak nasz zakonny charyzmat przekłada się dzisiaj na zadania stojące przed nami? Prawdopodobnie każdy z dominikanów widzi to nieco inaczej. Ja podzielę się swoimi myślami.
Pierwsze zadanie to tworzenie przy naszych klasztorach szkół filozoficzno-teologicznych. Tak – zdaje się – chciał Święty Dominik. Pewne próby w naszej prowincji mamy już za sobą, ale chciałoby się, aby to były szkoły podejmujące problemy nie od Sasa do Lasa, ale profesjonalne, choć niekoniecznie umocowane w prawie kościelnym czy państwowym. Dwa szczegółowe zadania postawiłbym przed tymi szkołami: podjęcie najbardziej palących i kontrowersyjnych tematów, to po pierwsze, a po drugie, przybliżenie słuchaczom myśli filozoficznej i teologicznej wypracowywanej aktualnie poza Polską, głównie na zachodzie Europy. Takie szkoły, naturalnie, nie urodzą się same. Trzeba wypracować ich kształt. Dlatego postuluję powołanie w naszej prowincji zespołu ojców (dorobiliśmy się sporego zastępu braci z tytułami naukowymi), aby wypracowali program takich szkół i zadbali o przygotowanie kompetentnych wykładowców. Nasza prowincja ma dwie instytucje naukowe w zakresie filozofii i teologii: Studium w Krakowie i Instytut Tomistyczny w Warszawie. Na barki tych instytucji powinno się nałożyć obowiązek pilotowania szkół teologicznych przy naszych klasztorach. Wobec ogromnego pomieszania pojęć zakon nasz ma obowiązek wzbogacić polski Kościół zdrową doktryną. Naturalnie, trzeba także pomyśleć o internetowej szkole teologicznej. Podobno niektóre prowincje naszego zakonu dorobiły się takich szkół.
Drugie zadanie, które widziałbym przed polskimi dominikanami, to ożywianie liturgii. Wydaje się – historycy mogą mnie poprawić – że sukces wśród katarów Święty Dominik osiągnął dzięki liturgii, czy może paraliturgii. Pewnie nie był to jeszcze ukształtowany w pełni różaniec, ale tradycja głosi, że Dominik swoje kazania przeplatał modlitwą Ojcze nasz i Zdrowaś, Maryjo. A więc jakaś liturgia! Skuteczne apostolstwo musi być liturgiczne. Prowincja nasza posiada, z czego można się chlubić, Dominikański Ośrodek Liturgiczny. Powinien on być oczkiem w głowie prowincjała i prowincji. Jest postulat, aby ojcowie pracujący w Instytucie przedstawili całej prowincji nie tylko bieżące potrzeby, ale aby zarysowali program jego działania na najbliższe 10 lat.
Trzecie zadanie stojące przed polskimi dominikanami to podjęcie rzeczywistego i autentycznego dialogu z innymi religiami. To, co ma miejsce w Kościele katolickim od jakiegoś czasu, jest – tak to oceniam – żałosnym kwileniem. Kiedy wiele lat temu zagościł w Kościele ruch ekumeniczny, polscy dominikanie natychmiast włączyli się w organizację Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. To do czegoś zobowiązuje. Dzisiaj nie wystarczy zorganizować nabożeństwo w kościele i przygotować kolację dla duchownych innych wyznań. Dzisiaj trzeba mieć profesjonalną znajomość innych wyznań i religii, aby można z nimi twórczo współpracować. Zakon powinien się dorobić znawców innych religii. Stać nas na to, bo Pan Bóg przysyła nam utalentowanych braci. Myślę, w pierwszej kolejności, o prawosławiu, w drugiej – o islamie i judaizmie, a w dalszej – o innych religiach.
O czwartym naszym zadaniu w Polsce powiem bardzo krótko, choć uważam je za niezwykle ważne. Prowadzimy duszpasterstwa akademickie – chwała duszpasterzom! Jednakże w ostatnich latach czegoś tutaj brakuje, niech mi wybaczą duszpasterze to moje przekonanie. Dominikańskie duszpasterstwo powinno być integralne – przygotowywać człowieka do nieba, ale także do godnego życia na tej ziemi. Kto będzie przygotowywał młodych ludzi do odpowiedzialności za kształt doczesnych instytucji, do odpowiedzialności za Polskę, Europę, świat – jeśli nie będą czynić tego dominikanie? Pisałem i mówiłem o tym wielokrotnie, więc na dzisiaj wystarczy.
Oceń