Świętym nie zostaje się od razu
Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 votes
Wyczyść

Świętość jest darem. Kościół może i powinien towarzyszyć tej tajemnicy, wspierając swym programem tych, w których sercach zrodzi się pragnienie współdziałania z Bogiem.

Joanna Brodniewicz, Paweł Kozacki OP: Zestawienie takich pojęć jak „świętość” i „program” wydaje się dziwne. Pierwsze jest wzniosłe, niemalże nieziemskie, drugie bardzo konkretne i przyziemne. Czy można mówić o programie prowadzenia do świętości?

o. Tomasz Golonka OP: Papież w Tertio millennio ineunte podkreśla, że powołanie do świętości było w Kościele od zawsze. W Ewangelii czytamy: „bądźcie święci, jak ja jestem święty, mówi Pan”. II Sobór Watykański zaakcentował to w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele. Nowość tego wezwania polega na tym, iż Papież pragnie, aby wszystkie formy działania Kościoła służyły świętości.

s. Kazimiera Fleran: Żaden człowiek nie staje się świętym od razu. Potrzebny jest do tego czas i przejście konkretnej drogi. Uważam, że dążenie do świętości powinno mieć swój program, aby nauczyć człowieka jak żyć wiarą, mieć nadzieję i kochać tak, jak mówi Ewangelia.

ks. Paweł Deskur: Jan Paweł II mówi, że świętość jest darem, który pochodzi od Boga, a realizuje się go i zdobywa na ścieżkach ziemskiego życia. Tego Bożego daru nie da się zaprogramować, on po prostu jest; można natomiast zaplanować swoje życie, zmierzając do osiągnięcia wytyczonego celu.

Co w takim programie powinno się znaleźć? Jak prowadzić do świętości?

TG: Pierwszym ważnym krokiem do świętości jest pomoc w rozpoznaniu powołania. Papież w Vita consecrata mówi, że realizowanie ideału świętości jest urzeczywistnieniem otrzymanego charyzmatu. Może to być powołanie małżeńskie, kapłańskie, zakonne, do życia w świecie. W prowadzeniu do świętości trzeba pomóc ludziom przejść przez doświadczenie własnej grzeszności. Objawienie się jej to cena, którą trzeba zapłacić na tej drodze. Kolejna rzecz to pomoc w nazwaniu dobra obecnego w człowieku. Ludzie nie są świadomi bogactwa, piękna, które w sobie noszą, nie wiedzą, ile mają w sobie złożonych darów. To dobro trzeba rozpoznać i rozdawać. Nauka dzielenia się nim jest kolejnym etapem prowadzenia do świętości.

PD: Jan Paweł II w homilii przygotowanej z okazji kanonizacji świętej Kingi pisze: „święci nie przemijają, święci żyją świętymi i pragną świętości”. Ci, którzy chcą postępować na drodze do świętości, powinni — według słów Ojca Świętego — pragnąć świętości i odważnie dawać świadectwo o Bogu. Dokonuje się to przede wszystkim poprzez życie rodzinne, ale także poprzez troskę o sprawy Pana Boga na tym świecie. Jan Paweł II wymienia obszary, w których dążenie do świętości, można realizować: troska o kulturę narodu, polityka, działalność gospodarcza, społeczna, prawodawcza. Wszędzie tam potrzeba świadectwa odwagi. To program dla tych, którzy pragną w świecie osiągnąć osobistą świętość.

KF: W prowadzeniu ludzi do świętości nie można zapomnieć o płaszczyźnie ludzkiej, bo łaska buduje na naturze. Podstawą każdej formacji jest porządkowanie i harmonizowanie wszystkich naturalnych wymiarów człowieka, to znaczy ciała i psychiki. Szczególną uwagę trzeba zwrócić na kształtowanie świata emocji, gdyż współczesny człowiek często podejmuje decyzje pod wpływem uczuciowego impulsu. Ponadto świętość zakłada budowanie relacji z Bogiem i ludźmi. Jeśli chce się tworzyć takie relacje, najpierw trzeba się nauczyć słuchać ludzi, prowadzić dialog, rozwiązywać konflikty, angażować się w życie wspólne. Dojrzałość człowieka na płaszczyźnie naturalnej ułatwia prowadzenie życia duchowego i dążenie do świętości. Równolegle do wspomnianego porządkowania tego, co przyrodzone, musi się dokonywać wzrost w wierze, nadziei i miłości rozumianych jako żywe spotkanie z Bogiem.

W dzisiejszym świecie przeważają potrzeby, żeby bardziej mieć niż być, a my mówimy o pragnieniu, które wybiega poza doczesność. Jak pomagać ludziom, żeby odkrywali je w sobie?

PD: Ojciec Święty w ostatnim fragmencie wspomnianej przeze mnie homilii pyta: „co pozwoliło przetrwać ideałowi świętości, który realizowała św. Kinga? Imię tej siły to miłość”. Jeżeli człowiek szuka miłości, to wcześniej czy później odkryje, że źródłem jedynej, prawdziwej miłości jest Bóg, który jest Święty. Pragnąć przyjąć i odpowiedzieć na taką miłość znaczy zatem pragnąć być świętym.

KF: Dla tych, którzy nie znają Boga, ważne jest świadectwo osób wierzących. Jeśli jest ono bardzo czytelne, to nawet wtedy, gdy nie pada słowo „Bóg”, wywołuje pytania: „dlaczego jesteś uczciwy w zakładzie pracy?”, „dlaczego tak traktujesz ludzi?”, „dlaczego pomagasz?”, „dlaczego inaczej niż inni podchodzisz do problemów?”. Znam osoby świeckie, które poprzez styl swojego życia stały się znakiem zapytania dla otoczenia. Rodzą w ludziach pragnienie, by poznać Tego, kogo jeszcze nie nazywają Bogiem, ale kto powoduje, że ich życie jest pełne pokoju i harmonii. Mówiłam o osobach świeckich, lecz dotyczy to również osób konsekrowanych.

TG: Wielu młodych nie dąży do świętości ze strachu, że staną się obcy w środowisku, w którym funkcjonują. Inność osób żyjących miłością ku Bogu nie może rodzić wrażenia, że są one nienormalne. Tymczasem świętość jest dążeniem do tego, co jest pełnią prawdziwego człowieczeństwa.

W Księdze Konstytucji i Zarządzeń Zakonu Braci Kaznodziejów znajdziemy fragment, który mówi, że dla dominikanów jedną z najważniejszych rzeczy jest umiejętność ogłaszania atrakcyjności Ewangelii. Analogicznie powiedziałbym, że w pedagogice świętości jedną z najważniejszych rzeczy jest pokazywanie jej atrakcyjności. Jak to robić? Najpierw mówić o tym, czym świętość nie jest.

Świętość nie jest oderwaniem od rzeczywistości. Warto uspakajać wszystkich, którzy sądzą, że święty nie stąpa po ziemi. Świętość nie odrzuca wszystkiego, co doczesne, co materialne, co cielesne, nie jest to manichejskie zanegowanie rzeczywistości. Wszystkim zatrwożonym można powiedzieć, że świętość to nie absolutna doskonałość moralna ani purytańska czystość.

Następnie można próbować mówić, czym świętość jest. To dużo trudniejsze, bo można przywoływać świetlane przykłady ludzi świętych i usłyszeć, że to droga tylko dla nielicznych, obdarzonych nadzwyczajną łaską. Trzeba wtedy przypomnieć, że akceptacja własnej słabości, jest pierwszym krokiem ku świętości, że świętym nie zostaje się od razu. Święci to są zwykli ludzie. W pewnym momencie człowiek dochodzi do doświadczenia, że świętość to dotknięcie Pana Boga. Cała sztuka polega na tym, by umieć zafascynować, wzbudzić w ludziach żyjących w tym świecie, jego pragnienie.

Co oznacza bycie dotkniętym przez Boga?

TG: Z dotknięciem jest tak, że jeżeli ktoś go doświadczył, to wie, o czym mówię, a jeżeli nie, to trudno mu to wytłumaczyć. Ludzie dotknięci przez Pana Boga doświadczają zakochania Boga w człowieku. Oni wiedzą, że On troszczy się o człowieka, fascynuje się nim, jest w niego zaangażowany, walczy o niego. Jednym słowem: Panu Bogu zależy na człowieku. Warto też przygotować na dotknięcie, którego doświadczyli prorocy, na trudne zaproszenie do zadania, przeciwko któremu człowiek się spontanicznie buntuje, bo przekracza ono jego siły.

KF: Inną metodą wzbudzania pragnienia świętości jest zaproszenie na modlitwę. Bardzo często, kiedy organizujemy spotkania modlitewne, zapraszamy na nie różne osoby, także niezwiązane z Kościołem. W naszej modlitwie spontanicznie zanosimy prośby do Boga, uwielbiamy Go, wyrażamy nasze dziękczynienie i przeproszenie. Jeżeli modlący wypowiadają to, czego doświadczyli, czego pragną, potrzebują, to osoby słuchające bardzo często zaczynają pytać: „Czy Bóg jest dla Ciebie kimś bliskim? Czy to jest ktoś żywy?”. Pamiętam jednego z uczestników modlitwy, którego bardziej fascynowała filozofia niż bycie z Bogiem. Okazało się, że udział w modlitwie spowodował w nim pragnienie spotkania i poznania Tego, który zaintrygował go poprzez modlitwę innych.

PD: Świętość jest darem, Bóg dotyka duszy człowieka. Tak naprawdę nie zależy ona od tego, czy my jako Kościół będziemy podejmowali jakieś programy czy nie. Święci, dotknięci przez Boga i tak będą; często zresztą osiągają swą świętość przez najbardziej szare, zwykłe, normalne życie. Kościół natomiast może i powinien — tak rozumiem wezwanie Jana Pawła II — towarzyszyć tej tajemnicy, wspierając swym programem tych, w których sercach zrodzi się pragnienie współdziałania z Bożym darem.

Studenci, z którymi się spotykam, są często poranieni, przynoszą ze swych domów, ze swego życia codziennego wiele trosk. Obserwuję, jak w miarę trwania na studiach, przebywania w duszpasterstwie akademickim, ci ludzie przemieniają się, czasem nawet fizycznie, ale przede wszystkim duchowo; pięknieją, uspokajają się, zaczynają sensownie żyć, promieniować dobrocią i pragnieniem miłości, które w nich są, a które świat do tej pory przygniatał.

Doświadczenie grzeszności jest częścią drogi do świętości. Co ludziom najbardziej przeszkadza w odkrywaniu powołania do bycia świętym? Na chrzcie każdy otrzymał dar świętości, a jednocześnie niewielu jest takich, którzy by to sobie uświadamiali. Jakie elementy tego świata tłamszą świętość, nie pozwalają jej zaistnieć?

PD: Brak miłości. Moja siostra, która jest katechetką w szkole specjalnej, przygotowywała katechezę na temat: „Bóg Ojciec, który kocha swe dzieci”. Szukając zrozumiałej dla dzieci analogii, poprosiła, żeby napisały kilka zdań o swoich ojcach. To, co dzieci napisały, było w wielu przypadkach całkowitym zaprzeczeniem ideału miłości ojcowskiej. Brakuje wzorców miłości w życiu małżeńskim, rodzinnym, społecznym. Ten brak ideału miłości nie pozwala zaistnieć ideałowi świętości.

KF: Ludzie nie widzą potrzeby pójścia za Bogiem. Wystarczają im te dobra, które można posiąść. Wydaje im się, że wartości wyższe nie są już konieczne. Potrzeba zmiany myślenia i odkrycia, że dobra materialne nie doprowadzą człowieka do szczęścia, że każdy ma w sobie pustkę, którą może wypełnić tylko Bóg.

TG: To, co przeszkadza w dążeniu do świętości, to hałas, wrzask, huk miasta, szkoły, miejsca pracy, telewizji, prasy, filmów, które sprawiają, że ludzie nie są w stanie się skoncentrować. Nie mam na myśli tylko natężenia dźwięku, ale liczbę obrazów, informacji. Ludzie są kulturalni na zewnątrz, a wewnątrz pełni huku.

Druga rzecz, która odwodzi ludzi od świętości, to atrakcyjność tego świata. On jest barwny i pociągający. Można go tworzyć, pomnażać, zażywać w nim radości. Mówimy o tych zbożnych radościach, uciechach, wrażeniach. Jeszcze bardziej odciągają atrakcje grzeszne i złe.

Kolejna rzecz to kierat tego świata. Ludzie są przybici, zduszeni, zapracowani, zagonieni, na nic nie mają sił ani ochoty. Stąd brak modlitwy i obecności na Mszy świętej. Nie ma czasu na świętość.

Przeszkodą jest również brak świadków: zwyczajnych ludzi widzianych w ławce szkolnej, przy biurku, w tramwaju czy w ślusarni, choć wydaje mi się, że pojawia się ich coraz więcej. Coraz częściej można zobaczyć ludzi, którzy żyją blisko Pana Boga, którzy żyją prawością, uczciwością, czasem skromnie, a czasem wystawnie, czasem na stanowiskach.

Jakie mamy w Kościele środki, by wspomagać ludzi w pragnieniu świętości, żeby tlący knotek rozdmuchać w wielki ogień?

TG: Jednym ze sposobów jest walka o Eucharystię w ciągu tygodnia. Ludzie często mają mało czasu na modlitwę i jej regularność jest ogromnym sukcesem. Gdy ktoś się uprze, żeby być raz albo dwa razy w tygodniu na Mszy św., karmić się Ciałem Pańskim, to zrobi wyraźny krok w stronę świętości.

PD: Podczas studiów spotkałem się z Opus Dei. Charyzmat ich realizuje się poprzez następujące środki: codziennie rano pół godziny medytacji, modlitwa, Eucharystia, raz w miesiącu dzień skupienia, stały spowiednik i uświęcenie przez pracę. Taka propozycja nie zaskakuje osoby duchownej, która stara się ją realizować w swoim życiu. Natomiast te same środki zastosowane w życiu człowieka świeckiego uzupełnione o świadectwo dawane w konkretnym miejscu, w którym go Pan Bóg postawił — to już wymagająca droga do świętości.

KF: Pierwszym środkiem, który Kościół ma do zaoferowania ludziom, jest On sam — wspólnota ludzi dążących do świętości. Możemy znaleźć w Kościele różnorodność małych wspólnot, które na wiele sposobów wspierają ludzi w kroczeniu za Bogiem. Człowiek może w nich uczyć się od innych modlitwy, która jest spotkaniem z żywym Bogiem, czytać i wprowadzać w życie słowo Boże, wzrastać w wierze i miłości dzięki świadectwu braci. Wspólnota uczy również wychodzenia do drugiego człowieka, zauważania jego potrzeb i podejmowania ich w sposób bardzo konkretny, tak jak pomoc materialna lub wsparcie w trudnościach.

PD: Dodałbym jeszcze: świętość nie może być tylko moją prywatną sprawą. Ona musi się odzwierciedlać także w stosunku do innych i do świata. Ważna jest wspólnota, która mnie wspiera, ale ważne jest także to, bym ja się czuł za nią odpowiedzialny, bym nie tylko brał, ale i dawał.

TG: Ludziom potrzebna jest pomoc, aby mogli przeżywać sakrament pojednania jako miejsce rzeczywistego działania Pana Boga, który uwalnia, oczyszcza i zbawia. Sakrament ten często traktowany jest magicznie albo terapeutycznie jako miejsce porady psychologicznej. Oczywiście ważne jest mądre dbanie o pomoc terapeutyczną i psychologiczną w drodze do dojrzałości i do świętości, bo łaska buduje na naturze, ale nie można tych dwóch rzeczywistości mylić.

Papież w Novo millennio ineunte mówi o modlitwie jako o kontemplacji oblicza Chrystusa. To jest coś nowego w kontekście tego, co do tej pory słyszeliśmy o modlitwie. Myśleliśmy o niej jako o mówieniu i o słuchaniu, czyli o rozmowie. Prowadzenie ku modlitwie wyrażającej się oglądaniem Boga powoduje, że możemy odnaleźć się w przestrzeni spotkania miłości. Przy wszystkich rozproszeniach i zamieszaniu, Ja patrzę na Niego, a On na mnie.

PD: Ojciec Karol Meissner opowiadał kiedyś, że w czasie rekolekcji dla inteligencji odbywających się w klasztorze lubińskim, zaprosił uczestników na półgodzinną cichą adorację Najświętszego Sakramentu. Profesorowie uniwersyteccy po dziesięciu minutach zaczęli chrząkać i wiercić się. Nie wiedzieli, co zrobić z resztą czasu. Trzeba pomagać ludziom przeżyć takie spotkanie w kontemplacji, która prowadzi do zachwytu obliczem Boga.

Duszpasterstwo, które prowadzę, nie organizuje wykładów teologicznych, bo nasi studenci mają je na co dzień. Koncentruję się na posłudze sakramentalnej. Eucharystię celebrujemy w tym samym budynku, w którym studiuje się teologię, żeby nie było rozdźwięku między tym, co jest w moim intelekcie, a tym, co w sercu. Bardzo istotna jest też posługa konfesjonału oraz kierownictwo duchowe. W hałasie, który panuje w świecie, ci, którzy wchodzą na drogę poznania miłości Boga, potrzebują kogoś, kto ich wysłucha. Często nie chodzi nawet o uzyskanie porady, ale o to, by się wypowiedzieć. To ich uspokaja.

W dążeniu do świętości posiadanie stałego spowiednika jest skarbem. Wtedy osoba spowiadająca się nie musi na każdej spowiedzi rozpoczynać od nowa. Spowiednik może lepiej jej pomóc i prowadzić ją ku systematycznym postępom duchowym.

KF: Wyakcentowałabym kierownictwo duchowe. Prowadząc duszpasterstwa, spotkania czy głosząc konferencje, trafia się do grupy. Tymczasem do świętości trzeba prowadzić indywidualnie i patrzeć, co człowiekowi jest potrzebne, na ile jest on człowiekiem wiary, jak się modli, czy postępuje w życiu duchowym, co mu zagraża, jakie przeżywa trudności. Bez indywidualnej pracy nie doprowadzimy ludzi do świętości.

Powinniśmy też formować ludzi świeckich do profesjonalnego wypełniania zawodu, żeby kompetentnie wypełniali swoje obowiązki, angażowali się w życie społeczne, polityczne, byli czynnymi obywatelami, dawali siebie innym właśnie dlatego, że wierzą. Katolicy świeccy powinni angażować się w przetwarzanie rzeczywistości świata, przepajając ją zasadami chrześcijańskimi. To jest ich powołanie. Nie można ograniczać świętości do modlitwy i chowania się w kościele. Chodzi o wychodzenie do świata wypływające z życia Ewangelią, by opowiadać się za nią wobec ludzi. To będzie świadectwo dla tych, którzy nie wierzą w Boga, szansa, by przez świadków zapragnęli żyć Bogiem.

Jaka jest relacja między dążeniem do moralnej doskonałości a świętością?

KF: W Piśmie Świętym doskonałość moralna nigdy nie jest oderwana od świętości, ale z niej wypływa. Można powiedzieć, że taka doskonałość jest tylko zewnętrznym przejawem świętości osoby — wyraża jej wnętrze ukształtowane przez spotkanie z Bogiem. Najpierw człowiek doświadcza miłości Boga i Jego zbawczej mocy, a potem dopiero przeżywa je w czynach.

PD: W teologii moralnej mamy dwie szkoły. Jedna skoncentrowana jest wokół przykazań: rób to, nie rób tamtego; druga skupia się wokół ośmiu błogosławieństw: spróbuj, możesz, postaraj się. Jeśli zagości w moim sercu pragnienie umiłowania Boga, to miłość nie powinna ograniczać się do minimum, powinna domagać się czegoś więcej. Znamienne jest, że w historii Kościoła w przypadku wielu świętych grzech był stałym towarzyszem ich życia. Wielu z nich spowiadało się nawet dwukrotnie w ciągu dnia, nie mogąc współistnieć ze złem, które się w nich zrodziło. Powtarzam moim studentom: nie jest najgorsze to, że jest we mnie grzech. Niebezpieczne jest przyzwyczajenie się do tego grzechu, tolerowanie go, usprawiedliwianie go. Dotyczy to zwłaszcza grzechu nieczystości, który powoduje złamanie harmonii w człowieku. Młodzi mówią czasem: popełniłem samogwałt, a potem byłem agresywny, nie potrafiłem się porozumieć z bliźnimi, nic mi się nie udawało. Po takim grzechu trzeba od razu pójść do spowiedzi. Jeśli miłość Boga do mnie została zraniona, a chcę Go prawdziwie kochać, to nie mogę trwać w grzechu. Powinienem pragnąć jak najszybciej w spowiedzi — spotkaniu z miłością Bożą wypowiedzieć słowa: przepraszam cię, pomóż mi odtąd być lepszym człowiekiem.

TG: WReconsiliatio et penitentia Ojciec Święty pisze o Duchu Świętym, który przyjedzie do świata, by przekonać go o grzechu. Potrzeba aż Ducha Świętego i Jego światła, byśmy poznali prawdę o swojej grzeszności, o okropności grzechu, o tym, że jesteśmy grzesznikami. Duch Święty przychodzi także, aby przekonać świat o Zbawcy, o tym, że grzech został odkupiony, pokonany, zbawiony. Dzięki Chrystusowi jest możliwe zwycięstwo nad jego mocą. To chroni nas przed rozpaczą. Przywołałam słowa Pawłowe: „gdzie ujawnił się grzech, tam jeszcze obficie rozlała się łaska”. W takiej perspektywie grzech staje się elementem dynamiki wzrostu, sprawia, że jeszcze usilniej wołam o Bożą łaskę, miłosierdzie i świętość.

Świętych mamy niewielu, wielkich bandytów też mało, większość z nas jest przeciętna, letnia. Papież mówi, że nie można się na to zgodzić. Wzywa do radykalizmu.

KF: Człowiek letni często sobie nie uświadamia, że jest taki. Wydaje mu się, że wszystko jest w porządku, że to kim jest i co robi w zupełności wystarczy. Jeżeli chce się go zmienić, trzeba mu pokazywać perspektywę wielkich rzeczy, do których jest powołany, zafascynować Bogiem. Ogromną rolę do spełnienia mają tutaj gorliwi chrześcijanie, którzy mogą dotrzeć do tych letnich i ukazać im prawdę o ich wielkości.

Narzędziem do obudzenia ludzi letnich powinno być żywe przepowiadanie Ewangelii, zwłaszcza na niedzielnej Eucharystii. Jest ona dobrą okazją do spotkania z nimi.

TG: Są różne powody letniości. Ktoś jest letni, bo został tak wychowany, bo się sparzył jakimś rodzajem gorliwości i wycofał się, bo w swoich poglądach jest racjonalny, bo przekonał się, że Kościół i księża to zło. Istnieje letniość nieświadoma — człowiek jest pewien swojej gorliwości. Pomóc ludziom zdecydować się na odwagę życia prawdziwego to pokazać, że coś mogą zyskać. Gorliwość przyczynia się do rozwoju osobowości, jest korzystna dla życia intelektualnego, osobowościowego, duchowego, psychicznego. Wychodzenie z letniości pomaga żyć pełnią człowieczeństwa, która jest fascynująca i pociągająca.

Jeszcze inny rodzaj letniości może się brać z przemęczenia. Ludzie rzetelnie pracujący, modlący się, wierzący, mają poczucie, że są letni, bo są przemęczeni. Powiedzieć im, że mają robić więcej, intensywniej, gorliwiej, to zabić ich. Trzeba pomóc im chodzić po granicy. Nie można poprzestać na letniości, ale też nie można wzywać do gorliwości, która będzie ponad siły. Trzeba pomóc rozpoznać i ponazywać, gdzie jest lenistwo, a gdzie forsowanie ponad siły. Wtedy można stawiać wymagania, które minimalnie przekraczają możliwości.

Jak dotrzeć do ludzi, którzy są letni, chodzą do kościoła, ale trudno jest im być z Panem Bogiem. Jak walczyć o ich świętość? Oni nie naprzykrzają się Panu Bogu, są dobrymi ludźmi, ale…

TG: Istnieją sytuacje, wobec których będziemy bezradni. To, co możemy zrobić, to stworzyć przestrzeń bezpieczeństwa, by ten ktoś mógł poczuć się przyjęty, wysłuchany, zaakceptowany. Dobrze stwarzać liturgię, kaznodziejstwo, katechezę, kancelarie parafialne, których ludzie nie będą się bali. Być może ktoś letni, wchodząc do takiej bezpiecznej przestrzeni, ogrzeje się, dozna czegoś, co sprawi, że się zainteresuje, nawiąże kontakt, rozmowę.

PD: Spytałem kiedyś mojego ojca duchowego, na ile kapłan powinien czuć się odpowiedzialny za zbawienie swoich parafian. Powiedział, iż wyznacznikiem jest przekonanie, że po ludzku zrobiłem wszystko, co mogłem, aby im pomóc. Są jednak sytuacje, w których to nie wystarcza. Trzeba wtedy modlić się, by Pan Bóg znalazł inną drogę do człowieka, żeby go wyrwał z obojętności. Oczywiście bardzo trudno znaleźć odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście zrobiłem wszystko, co w mojej mocy. Czy rzeczywiście byłem bezkompromisowym świadkiem Bożej miłości i świętości.

TG: To bardzo ważne wezwanie wobec świętości kapłanów czy głosicieli Ewangelii, duszpasterzy, katechetów. Skoro rozpraszają się owce, to być może pasterz jest kiepski.

Świętość ma jeszcze jeden wymiar. Umierania dla siebie. Niejednokrotnie dążenie do świętości jest drogą krzyżową, drogą wyparcia się siebie. Ziarno, które obumiera, przynosi plon obfity. Czy można mówić o programie uczenia krzyża?

KF: W naszych czasach ten aspekt świętości jest szczególnie ważny. Doświadczamy i widzimy bardzo dużo cierpienia osobistego, rodzinnego, społecznego. Ludzie cierpią i nie potrafią sobie z tym radzić. Ból sprawia, że wątpią w Boga albo uważają Go za tyrana. Cierpienie to tajemnica i nie da się wytłumaczyć wszystkiego rozumowo. Trzeba uczyć ludzi nazywania swojego krzyża po imieniu, a potem jego przyjmowania. Jeżeli świadomie umieram dla siebie, to z tego rodzi się życie.

W krzyżu jest ukryta miłość Boga. Trzeba odkryć, na czym ta miłość polega i nauczyć się ją odczytywać. Co Bóg przez krzyż chce do mnie powiedzieć, o czym mnie informuje i do czego zaprasza? Jesteśmy powołani do wytrwania pod krzyżem, jak Maryja i uczenia tego innych. Jeżeli Bóg coś trudnego dopuszcza w moim życiu i ja to przyjmuję w wierze, dokonuje się moje nawrócenie, wyzwolenie, rodzę się do nowego życia. Trzeba być cierpliwym, umieć czekać i patrzeć, co z tego wyniknie.

Przez krzyż Bóg staje się dla nas Bogiem Jedynym, ponieważ krzyż pozbawia zabezpieczeń i uczy zaufania Bogu. Odkrywa Go jako Tego, który naprawdę jest naszą jedyną ostoją, jedynym zabezpieczeniem.

Wzrastając w świętości, nie można pominąć tego wymiaru, ponieważ wcześniej czy później i tak każdy z nas spotka się z krzyżem. Jezus mówi: „Jeżeli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. Na pewno nie jest to łatwe, ponieważ gdy się staje wobec krzyża, cierpienie może osłabić, a nawet odebrać nadzieję. Trudno wtedy odczytać sens krzyża w perspektywie zmartwychwstania. Można go zobaczyć, kiedy się wytrwa. Doświadcza się wówczas rzeczywistego działania Boga, przejścia ze śmierci do życia, zmartwychwstania. To buduje zażyłość z Bogiem, pogłębia rozumienie świata, jednoczy z braćmi i czyni z nich kogoś bliskiego. Zmienia także stosunek do samego siebie — człowiek staje się wolny, odkrywa swoją godność, coraz pełniej akceptuje siebie i z nowym dynamizmem podejmuje różne działania.

PD: Cierpienie jest drogą, przez którą człowiek zmierza do świętości, ale możne być i tak, że pragnienie świętości staje się cierpieniem. Czasem okoliczności zewnętrzne uniemożliwiają wejście na drogę realizacji powołania. Odczytuję w sobie — na przykład — Boże powołanie do życia konsekrowanego lub małżeńskiego, ale moja schorowana matka lub ojciec potrzebują stałej opieki, która mi to uniemożliwia.

Co zrobić, jeśli odczuwam w sobie głos Boga, który powołuje mnie do życia konsekrowanego, ale forma jego realizacji oznacza przyjęcie ram, w których nie potrafię się odnaleźć? To jest dylemat między pragnieniem spełnienia powołania a pragnieniem samorealizacji. Takie osoby są często rozerwane między decyzją o wstąpieniu do zakonu lub seminarium a decyzją o małżeństwie. Chcą być uczciwe wobec Pana Boga, ale nie potrafią wybrać.

TG: Mówiąc o świętości i krzyżu, zacząłbym od tego, że trzeba odpowiedzieć na powołanie. Życie niesie wymagania i oczekiwania. Dla matki to będzie znaczyło zajęcie się dziećmi, rezygnację z kariery zawodowej, tracenie figury. Dla ojca powołanie do ojcostwa to dawanie sił, czasu, opieka nad rodziną. To jest rezygnacja z różnych satysfakcjonujących rzeczy, których by człowiek zażywał, gdyby był wolny. Konsekwencją bycia księdzem jest dawanie swego życia. Trzeba ciągle nawracać się na swoje powołanie. To jest wybór. To jest tracenie siebie. To jest doświadczenie krzyża. Krzyż jest wkomponowany w życie. Ludzie żyjący swoim powołaniem nie muszą go szukać. Wierność jest drogą, na której jest krzyż prowadzący do życia, do zbawienia, owocujący świętością.

Jakie powinny być owoce prowadzenia do świętości?

TG: Gdyby owocem prowadzenia do świętości było wprawienie człowieka w pozytywny ruch, przechodzenie od możności, które w sobie każdy nosi, do ich realizacji, to myślę, że osiągnęlibyśmy cel. Może się on dokonywać na płaszczyźnie wiary, rozwoju osobowego, życia zawodowego czy realizacji swojego powołania. Naszym zadaniem jest nadanie dynamiki, zgodnie z tym, co mówi święty Paweł: „Jeden sieje, drugi podlewa, a Pan daje wzrost”. Kres objawi w życiu przyszłym.

PD: W skali świata owocem byłoby budowanie cywilizacji miłości, czyli Królestwa Bożego na ziemi. Jednak jak długo istnieć będzie świat, tak długo będzie na nim grzech indywidualny i społeczny. Przypomina mi się słynny obraz przedstawiający dwóch apostołów, którzy z rozwianymi włosami biegną, żeby głosić światu Ewangelię. Świadomość istnienia grzechu nie może zniechęcać ani tych, którzy pragną świętości, ani formatorów, którzy im towarzyszą. Wszystko, co przyczynia się do budowania Królestwa Bożego na ziemi, nawet w najmniejszym wymiarze, jest już owocem programu, o którym mówi Ojciec Święty.

KF: Święty to ten, kto kocha. Kocha tak, że potrafi oddać życie za innych jak Jezus. To człowiek, który dąży do zjednoczenia z Bogiem i żyje Ewangelią w codzienności.

Świętym nie zostaje się od razu
ks. Paweł Deskur

urodzony 22 grudnia 1959 r. w Poznaniu – kapłan archidiecezji poznańskiej, absolwent Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, doktor teologii, obecnie wykłada katolicką naukę społeczną na Wydziale Teologicznym UAM, od 1998 roku duszpasterz wspólnoty akademickiej tegoż Wydziału....

Świętym nie zostaje się od razu
Ewa Kazimiera Fleran

urodzona w 1964 r. – absolwentka WSP w Słupsku oraz Prymasowskiego Instytutu Życia Wewnętrznego w Warszawie, odpowiadała za formację osób świeckich w Szkole Wiary i Nowej Ewangelizacji. Od 2001 roku przełożona Wspólnoty Si...

Świętym nie zostaje się od razu
Tomasz Golonka OP

urodzony w 1965 r. w Bielsko-Białej – dominikanin, katecheta, duszpasterz akademicki, powołań i dorosłych, przeor, proboszcz parafii pw. Przemienienia Pańskiego w Katowicach. Ma sześcioro rodzeństwa. Ukończył Liceum Ogólno...

Świętym nie zostaje się od razu
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, w latach 2014-2022 prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, odznaczony Krzyżem Wolnośc...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze