Zazdrość duszpasterza

Zazdrość duszpasterza

Czas biegnie zbyt szybko. Nie może być tak, że życie przemija, a ludzi wymienia się jak towar w sklepie. Odbywają się ciągle promocje nowych osób i opakowań, a co z pionierami? Na starość odkrywam rzecz podstawową: życie przeżywa się dwa razy, raz jako wydarzenie, a drugi raz jako refleksję, kontemplację. Kto wie, czy ten drugi wymiar nie bywa ciekawszy. Pozwala dostrzec sensy, które w emocjach chwili przechodziły niezauważone.

Postanowiłem ściągnąć do Poznania weteranów duszpasterstwa akademickiego. Ojca Stanisława Dobeckiego mamy na miejscu, natomiast ojca Joachima Badeniego i ojca Tomasza Pawłowskiego trzeba było sprowadzić — jednego z Krakowa, drugiego z Gdańska. To chodzące legendy. Moja osoba przy nich to na tamte czasy nic nieznacząca postać. Postanowiłem ocalić pamięć o nich dla potomności. Niektórych zabrakło. Ojciec Honoriusz nie żyje od lat. Zginął tragicznie w niewyjaśnionych okolicznościach w wypadku samochodowym. Ojciec Konrad Hejmo pełni służbę przy Ojcu Świętym.

Nie dojechał tylko z Krakowa ojciec Jan Spież, stwierdził bowiem, że nie jest jeszcze tak stary, aby żyć wspominkami, a już nie tak młody, by tłuc się siedem godzin w pociągu. Razem wstąpiliśmy do zakonu, ale on jakoś nic się nie postarzał. Sportu nie uprawia, a sylwetkę ma całkiem inną od mojej. Jego wychowankowie wyglądają jak jego rodzice, a on wiecznie taki sam. Ze zdziwieniem uświadomiłem sobie tylko, że dźwiga już siódmy krzyżyk. Siekiereczka na chłopeczka.

Zaczął ojciec Stanisław. Opowiadał, jak zaraz po wojnie, w 1945 roku, zdobywał poznański i gdański klasztor i zaczynał pracę w duszpasterstwie akademickim. Niezwykle związał się z młodzieżą. W owych czasach zbieranie się było bardzo podejrzane, dlatego pod pretekstem urodzin i imienin zawsze z teczką słodyczy kursował po mieście, odwiedzając to tych, to tamtych. Coś z tego stylu duszpasterzowania mu zostało, bo do dzisiaj zachowuje zdrowie i młodość, chodząc na pogrzeby swoich dawnych wychowanków i studentów, zaglądając do duszpasterstwa czy częstując napotkanych ludzi cukierkami. Ciekawość świata przejawia się u niego w biegu do codziennej prasy, w pytaniach o plany na przyszłość i robieniu zdjęć dla potomności. Jeden z jego licznych pseudonimów to „Ojciec Aparacik”. Kiedyś wykazywał mi wyższość swej sztuki fotograficznej błyskawicznie trafiającej do człowieka nad moją działalnością literacką, która tylko ludziom czas zabiera.

Ojciec Joachim Badeni to mistrz świata w swoim czasie i fachu. Dobrze urodzony. W nijakiej i szarej Peerelce imponował nie tylko studentom, ale i profesorom. Znajomość języków obcych, zdolność opowiadania i kojarzenia, umiejętność bycia wśród ludzi oraz hrabiowskie pochodzenie sprawiały, że jego powiedzonka powtarzali ludzie w mieście, a służba bezpieczeństwa odnotowywała skrupulatnie w swych aktach. Do dzisiaj pozostał mu ten sam błysk. Przyjechawszy do Poznania, opowiadał, jak to lubi drażnić ojców w Krakowie dowcipami o wyższości Poznania nad Krakowem (rzecz wysoce niestosowna). Miał lekkość słowa i był artystą, ale był też politykiem. Cóż, jest arystokratą, a jak powszechnie wiadomo, od czasów Karola Wielkiego podstawowym obowiązkiem arystokraty jest lojalność wobec władcy. W Peerelce wypełnienie tego obowiązku z oczywistych powodów stało się niewykonalne.

Ojciec Tomasz Pawłowski to ostatni odyniec Rzeczypospolitej nieustrzelony przez komunistów. Choć niewiele brakowało. Za rozwieszanie plakatów „PPR — Płatne Pachołki Rosji” trafił do więzienia. Matka — żołnierz AK, a tatuś, wiceminister rolnictwa w komunistycznej Polsce. Syn poszedł do zakonu, zostawiając trzy narzeczone. To jedna z wersji. Inne głoszą coś przeciwnego. Jako dziecko nasiąkał myślą partyzancką i potem prowadził partyzanckie duszpasterstwo akademickie, które bywało kłopotliwe dla klasztoru i władzy. To mu zostało. Zawdzięczam mu wiele. Pełen pomysłów zaskakiwał zawsze wszystkich. Ostatnimi laty posmutniał, nie taki świat wokoło, o jaki walczył. Wygłosił swoją przemowę. Najbardziej zadziwiająca była jego opowieść z dzieciństwa, o tym jak rodzice zabrali go w góry i nie chciało mu się chodzić po kamieniach. Brzmi to zadziwiająco w ustach ojca Tomasza, który całe dorosłe życie spędził na wędrówkach ze studentami. Teraz nawet po równym chodzi o lasce, ale gdy tylko poczuje góry pod stopami, to skacze jak młody jeleń.

Następnego dnia w naszym akademickim kościele w Poznaniu odbyła się uroczystość inauguracji roku akademickiego dla całego środowiska akademickiego Poznania. Kościół był pełen ludzi, w większości młodzieży. Cudowne śpiewy, kazanie arcybiskupa. Po błogosławieństwie spotkaliśmy się wszyscy w sali rekreacyjnej przepięknie przygotowanej i zastawionej, gdzie symboliczna lampka wina była pretekstem do wygłoszenia kilku wspaniałych toastów i przeprowadzenia paru serdecznych rozmów. Sam ojciec przeor postarał się o wino, kuchnia przygotowała kanapki. Atmosfera była wspaniała. Cieszyłem się ogromnie, że klasztor tak pięknie przyjął rektorów i duszpasterzy akademickich, którzy stawili się w komplecie. Przemawiali i błogosławili najważniejsi. Biskupi i rektorzy. Nie wszyscy dostali się do mikrofonu. Uniesienie. To był wspaniały akademicki akord. Intymność modlitwy i rozmów oraz oficjalność. Przychylność i otwartość klasztoru.

Na drugi dzień, w samo południe spotkałem w kuchni ojca Stanisława Dobeckiego, najstarszego z braci w naszym poznańskim klasztorze, liczącego sobie 87 lat. Obaj spieszyliśmy się gdzieś, próbując zjeść na stojąco obiad. Ojciec Stanisław był w złym humorze. Zdążył jednak wyznać: „Wie ojciec, wczorajsza uroczystość była bardzo piękna, podniosła i uroczysta, ale byłem na ojca zły, że się to tak wszystko pięknie udało. Za moich czasów było to niemożliwe. Aż nie mogę uwierzyć w to, co wczoraj widziałem. Rektorzy w togach, prorektorzy, wojsko w strojach polowych i historycznych z roku 1863. Na dziedzińcu żołnierze z pochodniami, w nawie głównej szpaler w mundurach polowych. W prezbiterium straże w mundurach historycznych i pełen kościół ludzi. Widzi ojciec, całe nasze duszpasterzowanie nigdy nie przybrało takiego uroczystego i podniosłego wyrazu. Myśmy przez cały czas żyli w konspiracji. Jeśli przyszedł na spotkanie jakiś profesor, to musiał być prawie samobójcą albo desperatem, a wczoraj było ich kilkunastu i spokojnie odjechali do domów. Tyle lat już żyję, a jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Z jednej strony cieszę się, że to teraz takie normalne, ale z drugiej zazdroszczę, że mnie, że nam nigdy nie było dane czegoś takiego przeżywać. Jak pogodzić w sobie tę sprzeczność? Myśmy żyli w napięciu, podejrzliwości, nikt do końca nie wiedział, kto jest kim. Szpiedzy, wtyczki, niepewni, a teraz taka otwartość, serdeczność. Nie, nie, cieszę się. Bolało mnie tylko to, że oni mnie już nie znali. Oni mnie nie znali ani ja ich nie znałem. Za długo pewnie żyję”.

Stary wojak, którym jest dzisiaj ojciec Stanisław, nie mógł za żadne skarby pogodzić się, że utrwalony w nim schemat działania i duszpasterzowania przeminął. Była nim konspiracja, podchody, działanie nieoficjalne. Nastały normalne czasy. Czy łatwiejsze?

Czas jest mową Boga, który wszedł w naszą historię. Rodzimy się i żyjemy w konkretnym czasie. Czas określa nas, a my jego.

Tylko owoce kontemplacji się nie starzeją. Są wiecznie młode i aktualne. „Przemija postać tego świata”, a my przemijamy wraz z nim. W ulotnym kształcie zmieniającego się świata wykuwamy wieczność. Tylko czy z tą konspiracją sprawa jest taka prosta. Nasza dzisiejsza otwartość nosi również głębokie znamiona konspiracji i partyzantki, boimy się bowiem i przedzieramy w przebraniach młodzieżowych, udajemy, że wiemy, co to współczesność, a przecież na samym dnie naszej duszy, przy pierwszej rewizji każdy bez trudu odnajdzie zacofanego zakonnika zakochanego w Prawdzie Odwiecznej.

Zazdrość duszpasterza
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...