Świadomie i dobrowolnie
fot. joey kyber / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pytanie Boga

0 votes
Wyczyść

Dodawanie kolejnych grzechów pogrąża nas w niewoli zła, podczas gdy skrucha i odwrócenie się od grzechu – nawet bez spowiedzi – znacząco zmieniają sytuację przed Bogiem. Miłosierny Ojciec wybiega synowi naprzeciw, zanim ten wyznał swój grzech.

Czasami zastanawiamy się nad tym, kiedy zaczyna się grzech i zło w naszym życiu. Jak to rozpoznać? Czy irytacja na kogoś bliskiego to już grzech? W którym momencie odpoczynek staje się lenistwem? Kiedy też grzech powszedni staje się grzechem ciężkim i powinniśmy iść do spowiedzi?

W naszej mentalności ścierają się dwie szkoły, które rozkładają się pokoleniowo. Starszym osobom często towarzyszy lęk przed Bogiem, którego obrażamy przez grzech. Bóg jest sprawiedliwy i łatwo się gniewa. Moralne przykazania wyznaczają obszar, w którym wolno się poruszać. Gdy człowiek go przekracza – grzeszy. Stąd biorą się pytania (zresztą nie tylko u starszych!) o dokładne granice. Pozwalają one ustalić, czy mamy grzech, czy też „jesteśmy czyści”. Czy coś wolno, czy czegoś nie wolno?

Druga szkoła, dominująca w młodszym pokoleniu, podkreśla, że człowiek sam wytycza granice dobra i zła. Odczytuje je w swoim sumieniu. W sobie. Tego rodzaju duchowość jest dziś w modzie. Media często przeciwstawiają osobistą dojrzałość autorytetowi, także Kościoła. Człowiek powinien decydować sam, we własnym sumieniu. I nierzadko także sam się z Bogiem jednać. Bez pośredników. Bo czy oni są lepsi?

Oba spojrzenia są błędne. Są połowiczne. I karykaturalne. Stara szkoła, w której Bóg staje się bezdusznym biurokratą i prawnikiem. I nowa, która naiwnie wierzy w osobistą dojrzałość każdego człowieka. Już starożytni Rzymianie mawiali: Nemo est iudex in causa sua. Nikt nie jest sędzią we własnej sprawie. Rzadko wyrok jest wówczas sprawiedliwy i bezstronny…

Człowiek jest w gruncie rzeczy istotą tępą moralnie. Mam nadzieję, że roześmiałeś się, Czytelniku. Rozejrzyjmy się dookoła. Popatrzmy na siebie. Potrzebujemy – niczym krzaczki pomidorów – patyka mądrości Kościoła, aby nasze sumienie nie wpadło w piasek bylejakości, ale pięło się do góry i trzymało się prosto. Człowiek jest słaby i potrzebuje pomocy. Sprawdzonych tradycji i receptur. Sięgnijmy więc po to, czego uczy w tej materii Kościół.

Definicja grzechu i grzech śmiertelny

Grzech jest to „świadome i dobrowolne przekroczenie przykazań Boskich lub kościelnych”. Mamy tutaj trzy elementy: świadomość, dobrowolność i materię. Grzech śmiertelny popełniamy wtedy, kiedy do premedytacji dochodzi materia ciężka. W przypadku lekkiej materii będzie grzech lekki. Będzie lekki także przy ciężkiej materii, gdy brakuje świadomości lub dobrowolności.

Gdyby ująć problem matematycznie, to ciężar grzechu jest iloczynem świadomej winy, dobrowolności i materii. Gdy jednak mnożymy przez zero, nie ma grzechu. Nie będzie grzechu, gdy brakuje świadomości lub gdy coś dokonuje się przemocą. W praktyce jednak rzadko się zdarza, żebyśmy byli zupełnie niewinni. Zwykle człowiek uświadamia sobie w jakimś stopniu własne zło. Katechizm Kościoła katolickiego uczy, że „aby grzech był śmiertelny, są konieczne jednocześnie trzy warunki: Grzechem śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą” (KKK 1857). Pełna świadomość i zgoda na poważne zło stanowią warunek grzechu śmiertelnego. Na przykład zaniedbanie z czystego lenistwa niedzielnej mszy świętej, oszukanie bliźniego, zdrada małżeńska, i temu podobne.

Bywa też różnie z dobrowolnością. Czasem człowiek walczy ze sobą: z jednej strony chętnie by zgrzeszył, na przykład obżarstwem, ale z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że jest to głupie i szkodliwe. Próbuje się powstrzymać. Walka dobrze świadczy o człowieku. Praca nad sobą i unikanie grzechu stanowią istotny element nawrócenia. Z tego powodu zawsze warto walczyć, także w sytuacji, gdy zdarzy się już upadek. Czasami zniechęcamy się z powodu powtarzających się grzechów. Jednak pojedyncza porażka waży o wiele mniej niż zniechęcenie i zaprzestanie pracy nad sobą. Wówczas bowiem człowiek dobrowolnie poddaje się w niewolę grzechu. Warto też pamiętać, że im więcej grzechów, tym głębiej zakorzenia się w człowieku wada. Z tego powodu warto walczyć i pracować nad sobą także wtedy, kiedy człowiek jest przekonany o popełnieniu grzechu śmiertelnego. Dodawanie kolejnych grzechów pogrąża nas w niewoli zła, podczas gdy skrucha i odwrócenie się od grzechu – nawet bez spowiedzi – znacząco zmieniają sytuację przed Bogiem. Miłosierny Ojciec wybiega synowi naprzeciw, zanim ten wyznał swój grzech. Nie oznacza to, że spowiedź nie jest potrzebna: jest konieczna. Niemniej jednak, dzięki wewnętrznej postawie człowiek staje się gotowy do pełnego pojednania z Bogiem. Potrzebny jest już tylko ostatni krok: spowiedź.

Okoliczności łagodzące

Łatwiej zrozumieć kwestię odpowiedzialności za swoje czyny w kontekście tego, co jest określane jako „okoliczności łagodzące”. W Katechizmie czytamy: „Poczytalność i odpowiedzialność za działanie mogą zostać zmniejszone, a nawet zniesione, na skutek niewiedzy, nieuwagi, przymusu, strachu, przyzwyczajeń, nieopanowanych uczuć oraz innych czynników psychicznych lub społecznych” (KKK 1735).

Chodzi o różne sytuacje, w których należy złagodzić ocenę danego czynu. Nie będzie grzechem zrobienie czegoś przez pomyłkę lub na przykład w półśnie. Wyjątkiem jest jednak sytuacja, gdy brak wiedzy wynika z niedbalstwa. Wsiadając do samochodu, muszę znać przepisy i umieć je stosować. Jeśli mam wątpliwości – powinienem się dokształcić.

Jednak mimo naszych starań możemy nieświadomie kogoś zranić, wprowadzić w błąd czy zrobić coś, co okaże się fatalne w skutkach. Możemy wybrać się na wycieczkę w góry, podczas której niespodziewanie zmieni się pogoda, uderzy piorun albo ktoś zrzuci kamień i dojdzie do tragedii. Można czuć się koszmarnie winnym, a mimo to nie ma tutaj żadnego grzechu. Aby grzech zaistniał, potrzebne jest świadome zaniedbanie, możliwość wpływu na przebieg zdarzeń.

Chwila nieuwagi czasem dużo kosztuje. Mimo ludzkich starań może się tak zdarzyć, że dziecko wyleje na siebie wrzątek i oparzy się. Im bardziej coś było nie do przewidzenia, tym mniejsza wina i grzech, aż po całkowite uniewinnienie. Przenalizujmy, na przykład, wypadek samochodowy: kierowca ponosi za niego odpowiedzialność w różnym stopniu. Można gdybać: gdyby jechał wolniej, gdyby wybrał inną trasę, gdyby był bardziej uważny itd. Istnieje jednak pewna granica ludzkich możliwości. Niektórych sytuacji nie sposób przewidzieć. Uznamy kierowcę za niewinnego, jeśli trzymał się przepisów i zachował należytą ostrożność, a nagle dziecko wybiegło mu pod samochód. Natomiast im więcej brawury i braku wyobraźni, tym bardziej ktoś staje się winny wypadku.

Przymus polega na tym, że istnieje jakiś rodzaj presji – zewnętrznej lub wewnętrznej. Wówczas działanie nie ma charakteru całkowicie dobrowolnego. Im większa presja (choćby tylko subiektywnie), tym bardziej działanie staje się „cudze”. Nie powinniśmy jednak zbyt łatwo się tym usprawiedliwiać. Szef mi kazał. Wszyscy tak robią, jeśli zrobię inaczej, będą się ze mnie śmiali. Presji można się przeciwstawić. Jest to kwestia męstwa i cywilnej odwagi, gotowości zapłacenia jakiejś ceny. Czasem bardzo wysokiej.

Gdy człowiek zostaje ubezwłasnowolniony i całkowicie do czegoś zmuszony, mamy do czynienia z gwałtem. Przymus oznacza sytuację, kiedy dysponujemy jakąś przestrzenią wolności. Możemy odmówić. Przymus zmniejsza odpowiedzialność, ale całkowicie nie usprawiedliwia. Im większe zło, tym cięższym grzechem jest współudział w nim.

Z zagadnieniem przymusu wiąże się strach. Im bardziej człowiek czuje się zastraszony, zahukany, tym mniejszy grzech. Nie należy potępiać ludzi, którzy stchórzyli w obawie o swoich najbliższych, o swoje życie. Tylko Bóg wie, ile było tam winy. Nigdy nie wiemy, jak byśmy się zachowali w podobnej sytuacji. Bądźmy pokorni: najlepiej zostawmy osąd dobremu Bogu. Podziwiajmy natomiast tych, którzy w skrajnych warunkach okazali hart ducha i męstwo, płacąc najwyższą cenę – oddając życie.

Kolejną okolicznością łagodzącą są nawyki i przyzwyczajenia. Na przykład nałogi. Wiadomo, że palenie papierosów szkodzi zdrowiu i jest marnowaniem pieniędzy. Jednak czasem nałóg jest silniejszy od ludzkiej woli. Zniewolenie nałogiem zmniejsza ciężar grzechu – człowiek coraz bardziej staje się ofiarą nałogu. Niemniej jednak nie oznacza to, że nałóg staje się fizycznie czy społecznie mniej niszczący i niebezpieczny, na przykład gdy wchodzi w grę alkoholizm czy, co gorsza, narkotyki.

Inne okoliczności

Katechizm sygnalizuje także inne okoliczności łagodzące w postaci różnych czynników społecznych lub psychologicznych. Dam przykład. Ludzie, słysząc o skandalach w Kościele, czują się zniechęceni do nauczania moralnego księży i uciekają się do budowania własnej „rozsądnej moralności”. Najczęściej taka prywatna moralność nie utrzyma się na wysokim poziomie i będzie w wielu punktach błędna, na przykład w kontekście etyki seksualnej. Przeciętny człowiek otoczony pseudokulturą ogólnego rozpasania będzie kuszony do rezygnacji z wysokich wymagań Kościoła na korzyść „umiarkowanej normalności”, takiej ludzkiej, z puszczaniem oka do flirtu i niektórych grzechów. Tego rodzaju mentalność może zmniejszać odpowiedzialność, szczególnie młodych osób, które dają się na to nabrać. I tak na przykład moment inicjacji seksualnej wyprzedza chwilę osiągnięcia fizycznej dojrzałości. Trudno przypisać dzieciom, które zostały zgorszone i oszukane, pełen stopień świadomości czy dobrowolności. Niemniej jednak nieświadomość – podobnie jak w przypadku narkotyków – nie usuwa niszczących i wypalających konsekwencji takich zachowań. Dokładna miara indywidualnego grzechu – to jedno, natomiast niszczące skutki niewiedzy i głupoty – to drugie.

Nazywanie rzeczy po imieniu pozwala na proste uchwycenie materii grzechu. Żyjemy bowiem w degradującej się kulturze politycznej poprawności, która jest formą kłamstwa. Język ulega prymitywizacji i rozkładowi, brakuje logiki. Karierę robią wartości i sformułowania wyprane z treści, które nie oznaczają niczego konkretnego i mogą być arbitralnie używane w sprzecznych ze sobą kontekstach, na przykład „tolerancja”, „prawa kobiet”, „prawa mniejszości” czy „walka z terroryzmem”. Dbajmy o znaczenie słów, aby miały one konkretną i jednoznaczną treść. Jest to integralna część życia w prawdzie, która chroni nas przed manipulacją.

Spowiadajmy się i róbmy rachunek sumienia prosto, jasno i przejrzyście. Często grzechy spowija mgła okoliczności, usprawiedliwień, przerzucania odpowiedzialności, skupiania się na nieistotnych szczegółach, opowiadania wszystkiego po kolei. Natomiast okłamując innych, człowiek zakłamuje także samego siebie. Mówiąc kłamstwa, zaczynamy w nie wierzyć. W konsekwencji odsuwamy się od prawdy postrzeganej jako zagrożenie: „Światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki” (J 3,19).

Intencja, materia i okoliczności – źródła zatrucia grzechem

Powodem grzechu może być intencja, czyli cel działania, materia, czyli to, co konkretnie się czyni, oraz okoliczności. Wystarczy jeden element do tego, aby działanie stało się złe, odwrotnie niż w przypadku poczytalności, gdzie wystarczy jeden element do złagodzenia oceny. Na przykład faryzeusze, którzy się modlili (właściwa materia) na pokaz (zła intencja), zostają ocenieni jako źli. Zamiast Boga szukali bowiem próżnej chwały. Więc dobro modlitwy zostaje zepsute przez złą intencję.

Zwracajmy więc uwagę na cel naszych działań. Do czego tak naprawdę dążę? Wokół czego krąży moje życie? Co kocham najbardziej?

Prostym testem na sprawdzenie intencji są nasze uczucia. Spontanicznie bowiem cieszy nas to, co kochamy. Smuci brak. Gniewamy się, gdy ktoś zabiera nam przedmiot naszej miłości. Przeżywamy uczucia w takim kluczu, w jakim jest ustawiona busola naszych pragnień: „Gdzie jest skarb, tam będzie i serce twoje”. Chciwy człowiek cieszy się zyskiem, choćby był nieuczciwy, martwi stratą, choćby wydawał na własną matkę, gniewa się, gdy ktoś dobiera się do jego pieniędzy. Prawy człowiek przeżywa świat na odwrót: martwi się, jeśli postąpił niesprawiedliwie, cieszy się, gdy może pomóc materialnie swoim bliskim i gniewa się, gdy widzi zło.

Celem i bożkiem może być pycha: chcę osiągnąć więcej, niż mogę osiągnąć. Więc muszę to zdobyć podstępem, wykorzystując innych i manipulując nimi. Celem i bożkiem mogą być pieniądze i bogactwo. Może być nim przyjemność: wyciągnąć jak najwięcej doznań z seksu, jedzenia, picia i narkotyków. Są to rzeczy w gruncie rzeczy prymitywne, ale opakowane na tyle atrakcyjnie, że dużo ludzi daje się temu uwieść.

Po określeniu i sprawdzeniu celu, ważne są właściwe środki do jego realizacji: czyny w konkrecie muszą być same w sobie dobre. Cel nie uświęca środków. Nie można budować nowego lepszego świata, mordując stary porządek. Tutaj jeszcze raz trzeba przypomnieć o materii naszych czynów. Czyny muszą być po prostu dobre. Żaden wyższy powód nie może usprawiedliwiać zdrady, aborcji, kłamstwa, oszustwa, kradzieży, pijaństwa, brawury, lenistwa, chciwości, pożądliwości, antykoncepcji itd. Okoliczności mogą złagodzić ocenę, ale konkretne zło pozostaje i trzeba się z niego nawracać. Dużo atramentu wylano, aby podważyć to nauczanie. Jednak św. Jan Paweł II i jego następcy stanowczo przypominają, że istnieją czyny wewnętrznie złe, których nie można moralnie usprawiedliwiać. Warto trzymać się tej szlachetnej prostoty. Zła trzeba się wystrzegać: „Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło” (J 5,14).

Mimo dobrego celu i środków można jeszcze zgrzeszyć przez okoliczności, między innymi poprzez działanie w niewłaściwym momencie itd. Na przykład cenna jest poważna małżeńska rozmowa (materia) dla oczyszczenia atmosfery z nieporozumień i niesnasek (intencja), ale nie każdy moment jest na nią właściwy (okoliczności). Źle dobierając sposób i czas, możemy „spalić” sprawę, raniąc i zniechęcając kogoś w ogóle do rozmowy.

Grzech czy nie?

I tak powracamy do pytań postawionych na początku: Kiedy irytacja staje się grzechem? Na poziomie poczytalności powinniśmy pracować nad tym, aby panować nad swoimi reakcjami. Możemy wychowywać swoje zachowania, nadawać odpowiedni kształt naszym emocjom oraz sposobowi ich wyrażania. Na poziomie grzeszności do zbadania jest najpierw cel: co chcemy osiągnąć? Dalej materia: czy irytacja była uzasadniona i właściwie wyrażona? To normalne, że gniewa nas zachowanie, które postrzegamy jako złe, i upominamy się o poprawę. Ważne jednak, aby zrobić to w adekwatny sposób. Dlatego warto się upewnić, czy dobrze rozumiemy cudze zachowanie. Wielu konfliktów można w ten sposób uniknąć. Zwrócenie uwagi z irytacją i gniewem nie jest złe, czasem brak reakcji jest o wiele gorszy. Dojrzałość polega między innymi na umiejętnym posługiwaniu się gniewem. Chodzi o zachowanie proporcji i złotego środka pomiędzy przesadną miękkością i udawaniem, że nic się nie stało, a Zeusem gromowładnym, który tłucze piorunami na oślep. Ktoś nadepnął mi na odcisk, na dodatek syn dostał jedynkę, więc muszę się na kimś wyżyć.

Święty Tomasz daje ciekawą wskazówkę: na spokojnie warto przemyśleć granice naszych „gniewnych reakcji”. Czyli przygotować się do tego, co chcemy zrobić, a czego nie, gdy dojdzie do sytuacji konfliktowej. Gniew jako uczucie z natury polega właśnie na tym, że z człowiekiem dzieje się coś, czego po prostu nie da się całkowicie kontrolować. Raczej nie o kontrolę chodzi, tylko o reakcję z gniewem, która jest adekwatna do sytuacji. Nie chodzi więc ani o tłumienie gniewu, ani o jego ekspresyjne okazywanie, ale raczej o to, aby w danej sytuacji zrobić to, co się zrobić powinno. Ponieważ gniew zaciemnia umysł, dlatego trzeba to sobie przemyśleć na zapas, tym bardziej że większość sytuacji konfliktowych regularnie się powtarza.

Ludzie dzielą się na ogół na dwie grupy: tych, którzy boją się własnego gniewu i jego ekspresji, oraz tych, którzy lubią sobie pokrzyczeć na innych i dać im odczuć swoją siłę.

W grupie zahukanych człowiek przypisuje sobie niepotrzebnie grzech gniewu i frustracji, czy też brak przebaczenia i jeszcze większy brak ochoty do nadstawiania drugiego policzka po raz siedemdziesiąty siódmy. Problem leży gdzie indziej. Gniewu jest nie tyle za dużo, ile za mało: brakuje protestu wobec niesprawiedliwego traktowania! I nie przebaczenie jest wówczas potrzebne, ale mądry sprzeciw, pozwolenie sobie na gniew, który pomoże nazwać rzeczy po imieniu, zrewidować to, co chore i zacząć żyć w bardziej sprawiedliwy i pełen szacunku sposób.

Z grzechu gniewu natomiast powinni się regularnie spowiadać ci, którzy mają dużą emocjonalną siłę i jej źle używają, szczególnie wobec słabszych.

Kiedy odpoczynek staje się lenistwem? Wtedy, kiedy przestaje służyć regeneracji, kiedy zamiast umacniać – wewnętrznie rozbija, albo kiedy brakuje proporcji między pracą i wypoczynkiem. Nad właściwymi proporcjami każdy powinien się zastanowić i żyć w zgodzie z własnym przekonaniem. „Wszystko bowiem, co się czyni niezgodnie z przekonaniem, jest grzechem” (Rz 14,23). Warto też zwrócić uwagę na drugą skrajność: coraz częstszy brak zdolności do wypoczynku i chroniczne przepracowanie. W pewnym punkcie wpadamy w nakręcającą się spiralę: zmęczenie powoduje spadek efektywności, to z kolei tworzy coraz więcej zaległości, a te generują rezygnację z czasu na odpoczynek. I zamyka się koło frustracji, chaosu i pośpiechu.

Trzeba się nauczyć odpoczywać, a co więcej – świętować, być razem z rodziną i przyjaciółmi, na łonie przyrody, aby złapać głębszy duchowy i emocjonalny oddech. Dopiero wtedy łatwiej będzie zreorganizować swoją pracę i wypełniane obowiązki.

Boski coaching

Zadając sobie pytanie o grzech, warto popatrzeć na nasze życie w całości. Dokąd zmierzamy? Czy robimy to, co naprawdę wartościowe i karmiące? Czy jesteśmy szczęśliwi? Co warto zmienić, póki mamy na to czas? Nazbyt często myślimy o grzechu wyłącznie bądź to w kategoriach biernego poddania się gniewliwemu Bogu (stara szkoła), bądź to całkowitej emancypacji (nowa szkoła). Może warto popatrzeć na siebie z życzliwym dystansem. Gdzie sam sobie i bliskim zatruwam życie? Co mówią o mnie? Czego nie chcę usłyszeć? Czego się boję? Co z kolei jest moją nadzieją? Z czego jestem dumny? Co chciałbym (jeszcze) osiągnąć? Jak się to ma do pierwszego przykazania, że mam kochać Boga całym sercem i umysłem oraz ze wszystkich sił? Jak się to ma do przykazania miłości bliźniego, żeby kochać go jak siebie samego?

Może się okazać, że refleksja nad grzechem jest najgłębszą i boską formą coachingu, w którym chodzi właśnie o prawdziwą wolność, pozbycie się tego, co zaśmieca moje życie. Świadomie, dobrowolnie, w różnej materii. Po to, aby oczyszczonym sercem i umysłem odnaleźć najgłębszy sens wolności: to znaczy jej zagospodarowanie dla Bożej chwały i miłości najbliższych.

Świadomie i dobrowolnie
Michał Mrozek OP

urodzony 13 grudnia 1975 r. w Ostrołęce – dominikanin, doktor nauk teologicznych, dyrektor Instytutu Tomistycznego, sekretarz „Przeglądu Tomistycznego”, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego oo. dominikanów w Krakowie....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze