Śmietniki pełne jedzenia
fot. jan antonin kolar / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Triduum Paschalne. Przewodnik

1 votes
Wyczyść

Mąż nie wrócił na obiad do domu, dziecko, wracając ze szkoły, kupiło hamburgera, i już nie było co zrobić z czekającym na nich spaghetti. Dorota pamięta Wigilię, po której do śmieci powędrowało wszystkie 12 potraw.

– Chcecie moje mięso? – Natalia grzebie widelcem w kaszy. Za dużo zamówiła, trzeba było nie brać zupy. Kawałki kurczaka lądują na talerzach Grzegorza i Anny, przyjaciół, z którymi umówiła się na lunch. Przynajmniej kurczak, w odróżnieniu od kaszy i warzyw, nie trafi do śmietnika. – Czy w domu wyrzucam jedzenie? No, wyrzucam – przyznaje Natalia. Najczęściej wędliny, bo drugi, trzeci dzień po otwarciu wydają się jej śliskie. Wyrzuca melony, choć bardzo je lubi, ale na raz zje najwyżej pół. Uważnie czyta daty przydatności do spożycia na jogurtach, w życiu nie zjadłaby nic, co byłoby starsze choćby o dzień. – Natalia już tak ma. Wyczulona jest na punkcie tego, co je i pije. Przychodzi do pracy i pierwsze, co robi, to płucze czajnik, by na dnie nie robił się kamień – mówi o koleżance Anna. Ale Anna, trzydziestoparoletnia mama półtorarocznej dziewczynki, też wyrzuca. Bo kupi za dużo, bo zdarzy się niespodziewany wyjazd. Grzegorz wyrzuca chleb. Nikt w domu go nie je, ale kupują, spodziewając się gości.

Sylwia, mama dwóch dorosłych synów, wyrzuca ledwo napoczęte kartony z mlekiem. Nie pije go, nie używa do kawy, ale czasem trzeba dodać szklankę mleka do ciasta. Reszta zostaje, bo przecież ciasta nie piecze się codziennie. Mieszkająca z dorastającą córką Dorota niby nie wyrzuca jedzenia, ale za to ma w domu „szafę wstydu”.

Dziewięć milionów ton

Wyrzucamy tyle jedzenia, jakbyśmy chcieli nakarmić śmietniki. Do śmieci trafiają najczęściej pieczywo, owoce i wędliny. Na dalszych miejscach są warzywa, ziemniaki, jogurty, sery, mięso i mleko. Tylko sześć procent spośród nas wyrzuca dania gotowe, ale to niekoniecznie musi być prawda: niedojedzony obiad ląduje w śmietniku bez mrugnięcia okiem. Tylko nie od razu. Najpierw trzymamy go kilka dni w lodówce, jakby to miało coś zmienić.

Pozbywamy się słoików z niedojedzonym dżemem i przeterminowanych, nigdy nieotwartych sosów do makaronów. Lekko zeschniętych serów, podejrzanie wyglądających szynek, cebuli z przywiędłym szczypiorem. Całkiem dobrych cukierków, które przeleżały na dnie szafki, więc nie wiadomo, czy ich termin ważności już minął. Papryki, która tak pięknie wyglądała na straganie, a przecież wcale nie lubimy papryki. Całej zawartości zamrażarki, bo nie pamiętamy, co i kiedy do niej schowaliśmy. Każde święto jest świętem wyrzucania. Sałatek jarzynowych, nóżek w galarecie, pasztetów.

Według badań prowadzonych przez Europejski Urząd Statystyczny działający przy Komisji Europejskiej, w wyrzucaniu jesteśmy w europejskiej czołówce. Co roku w naszym kraju marnuje się 9 mln ton żywności. Wyprzedzają nas tylko Wielka Brytania, Francja, Holandia, Niemcy.

Jedzenie marnuje się już na etapie produkcji i w sklepach. Film Taste the Waste Valentina Thurna pokazuje, jak pracownicy supermarketów dbają o to, byśmy nie musieli oglądać przywiędłej sałaty, popękanych ziemniaków, obitych jabłek. Na półkach z pieczywem eksponuje się wyłącznie świeże bułki i bochenki chleba, przy czym za nieświeże uważa się niejednokrotnie te, które tylko co zdążyły ostygnąć. Jeśli na półce zostaną dwie paczki makaronu danego gatunku, uważna obsługa wycofuje je ze sprzedaży. Bo klient lubi patrzeć na obfitość. Nie można też narażać klienta, że przyniesie do domu jogurt, który po dwóch dniach straci ważność.

Skutki? Jedzenie jest droższe, niż mogłoby być, bo płacimy także za to, czego nikt nie kupił. Produkcja, pakowanie, transport ogromnych ilości żywności zanieczyszczają środowisko. Już samo rolnictwo odpowiada za produkcję jednej trzeciej gazów cieplarnianych. Jedzenie, psując się na wysypiskach, wytwarza metan, gaz 25 razy bardziej szkodliwy dla środowiska niż dwutlenek węgla. Na etapie produkcji i sprzedaży marnuje się większość jedzenia, ale aż 2 z 9 mln ton wyrzucamy osobiście w domach.

Wigilia do kosza

– Jesteśmy rozpaskudzeni. Nadrabiamy czasy, gdy wybrednym być się nie dało – twierdzi Dorota. Babcia Doroty przeżyła wojnę, gromadziła jedzenie. Chleb jadło się, gdy już wysechł, czekoladę, gdy pokryła się białym nalotem, jabłka, gdy pomarszczyła się skórka. – Przez całe dzieciństwo marzyłam o tym, żeby zjeść świeży chleb – wyznaje Dorota. Babcia i jej siostry chyba nigdy w życiu nie zjadły surowych truskawek. Zasypywały je cukrem i przerabiały na coś trwalszego, na dżem. Czereśnie babcia co do jednej zamykała w słoikach, by starczyło na 52 kompoty, po jednym na każdą niedzielę roku. – Przy domu rosło tak dużo czereśni, a nam nie wolno było ich jeść. Zerwany plon trzeba było w całości przynosić do domu. Na szczęście nie musieliśmy gwizdać w sadzie. Po co gwizdać? Gdy gwiżdżesz, nie możesz mieć nic w ustach – wspomina Dorota.

Mama Doroty unikała wyrzucania dzięki żelaznej konsekwencji w planowaniu posiłków. W niedzielę był zawsze rosół, w poniedziałek zrobiona na bazie tego rosołu pomidorowa. Mięso z rosołu służyło do produkcji farszu do zjadanych we wtorek naleśników. Dorota wyprowadzała się z domu z mocnym postanowieniem: Dość jedzenia starych rzeczy! Koniec z odzyskiwaniem resztek!

Mąż nie wrócił na obiad do domu, dziecko, wracając ze szkoły, kupiło hamburgera, i już nie było co zrobić z czekającym na nich spaghetti, które nazajutrz będzie suche i niesmaczne. Pamięta Wigilię, po której do śmieci powędrowało wszystkie 12 potraw. Nie wyszły, nie smakowały gościom.

Młodzi, dobrze wykształceni

Sylwia nie potrafi przejść obojętnie obok piekarni. – Świeży chleb tak pięknie pachnie – wzdycha. Odkąd synowie się wyprowadzili i przestali zjadać świeże bułki, gdy tylko pojawiły się w domu, Sylwia dużo częściej wyrzuca pieczywo.

Wyrzuca też rzeczy, o których zapomni. Puszkę z ananasem, którego nie zużyje do końca, odsuwa w kąt lodówki. Łatwiej wyrzucać produkty, na których pojawiła się pleśń.

Kiedy chłopcy byli mali, Sylwia starała się pilnować zasady: kroimy nowy bochenek, gdy stary jest już zjedzony. Ale co to za życie, gdy nigdy nie można skosztować świeżo wypieczonej kromki z chrupiącą skórką? Zaczęła więc – wzorem swojego ojca – odsmażać wczorajszy chleb na maśle. Ten zapach zawsze przywabiał do kuchni całą rodzinę i stary chleb wygrywał ze świeżym. Z rodzinnego domu Sylwia wyniosła też pomysł na omastę do chleba, robioną dosłownie ze wszystkiego, co znajdzie się w lodówce. I na klopsiki warzywne z pozostałej z obiadu jarzyny. Wystarczy dodać jajko, bułkę tartą – i gotowe.

– Mój tata zwykł robić zapiekanki z przeglądu całego tygodnia. Nie było to najlepsze – przyznaje Anna. A Natalia przypomina sobie potrawę robioną z suchego drożdżowego ciasta i mleka. – To akurat było dobre, naprawdę, wszyscy to jedli – zapewnia. Pokolenie, do którego należą dziewczyny, rzadziej się tak wysila. Anna czasem robi pizzę z resztek. Często wyrzuca jednak sałatę, sprzedawaną w plastikowych workach. Gotowe do spożycia, umyte listki, szybko tracą jędrność. Być może rozsądniej byłoby kupować zieloną sałatę na straganie, trwalszą i bardziej ekologiczną, bo niepakowaną w plastik. Kto jednak ma dziś czas, by rezygnować z wygody? Według badań CBOS jedzenie najchętniej wyrzucają ludzie młodzi, dobrze wykształceni i pozytywnie oceniający swoją sytuację materialną.

Stół musi się uginać

Często wyrzucamy jedzenie zupełnie bez sensu. Większość z nas bardziej ufa drukowanym na opakowaniom datom niż własnym zmysłom. Słowa „najlepiej spożyć przed” wcale nie oznaczają, że po zjedzeniu kaszy czy czekolady, którym teoretycznie upłynął termin ważności, czekają nas sensacje żołądkowe. Producent po prostu nie gwarantuje, że będą równie smaczne, jak przed upływem wskazanego terminu. Może mu też zależeć, byśmy kupowali produkty częściej, niż jest to naprawdę potrzebne.

Wyśrubowane normy przydatności do spożycia obowiązują w sieciach fast food. Jedzenie musi być gotowe z wyprzedzeniem, na wypadek wizyty czterdziestoosobowej grupy gimnazjalistów, w której każdy zamówi zestaw z frytkami. Co się wtedy dzieje z nasmażonymi na wyrost frytkami? Paradoksem jest, że jedzenie, które może nie psuć się latami, ma zaledwie siedmiominutowy okres przydatności do spożycia. Pracownicy sieci czasem działają na przekór restrykcjom i sprzedają frytki z terminem przekroczonym o minutę lub dwie. Nikt nie potrafi takiej frytki odróżnić, a ilość energii zaoszczędzonej na produkcji kolejnych niepotrzebnych porcji może być w skali świata niebagatelna.

Nie tylko sieci fast food, ale każdy z nas od czasu do czasu z premedytacją przygotowuje góry jedzenia, o których wie, że trafią do śmieci. Gościom, zwłaszcza w okresie świątecznym, nie wypada oferować tylko tyle, ile zjedzą. Stół musi się uginać od potraw. Portal bankier.pl w 2013 roku wyliczył, że po Bożym Narodzeniu i sylwestrze wyrzucamy jedzenie o wartości 200 zł. – Po świętach czuję się szczęśliwa, jeśli uda mi się nic nie wyrzucić – przyznaje Dorota. – Lata wprawy pozwoliły nam wypracować metodę. Każdy przygotowuje to, co mu wychodzi najlepiej, w ilości takiej, by dla wszystkich starczyło. Moja mama – śledzie, siostra – kapustę, ja – karpia – wylicza. Po ostatniej Wielkanocy zostały jej tylko dwa malowane jajka. Wciąż stoją, są poświęcone, głupio je wyrzucać. A podczas śniadania wszyscy uznali, że są zbyt ładne, by tłuc skorupki.

– Święta to jeszcze nic w porównaniu z weekendowym szaleństwem grillowania. Szykujemy tyle jedzenia, jakby miał przyjść pułk wojska, a przychodzi pięć osób. To jedzenie o krótkoterminowej przydatności, macerowane karkówki trafiają do śmieci – mówi ksiądz Eda Jaworski. Pracuje na wsi, gdzie jedzenie wyrzuca się rzadziej, choć jest go obfitość. Ludzie żyją w wielopokoleniowych rodzinach, gdzie – podobnie jak w rodzinie Doroty – zasady postępowania z jedzeniem kształtuje najstarsze pokolenie. – Wyrzucanie jedzenia z punktu widzenia teologicznego nie jest grzechem śmiertelnym. Jest symbolem braku szacunku do życia, do drugiego człowieka, w obliczu tylu głodujących na świecie – mówi ksiądz Jaworski.

Odgórna decyzja

Mikołaj prowadzi w Poznaniu trzy bary z typowo obiadowymi daniami. Trudno mu obliczyć, ile jedzenia pozbywa się co miesiąc. – Przy dobrze zorganizowanej kuchni takie sytuacje jak konieczność wyrzucenia 10 kg kurczaka się nie zdarzają. Wyrzucamy to, co goście zostawili na talerzach. W skali miesiąca idzie to w setki kilogramów – oblicza restaurator. Chciał, by resztki odbierała od niego firma produkująca biomasę. Okazało się jednak, że ustawienie specjalnego kontenera kosztowałoby kilkaset złotych miesięcznie. Żeby to się kalkulowało, musiałby podnieść ceny obiadów. – Tak, wyrzucam jedzenie do zwykłych odpadów komunalnych – przyznaje. Może gdyby specjalne kontenery obowiązywały wszystkich, nie byłyby tak drogie. Ale do tego potrzebna jest większa, systemowa zmiana.

Oprócz resztek z talerzy, do śmieci trafiają ugotowane składniki dań, których nikt nie zdążył kupić. Zwykle ziemniaki, bo nie da się ich przygotowywać na bieżąco. Niby niewiele, dwa, trzy kilogramy dziennie – ale miesięcznie to już 90 kg.

Kilkaset metrów od knajpki prowadzonej przez Mikołaja działa bar mleczny. – Po ile ta ryba? – emerytka przelicza trzymane w garści monety. Gdy się dowiaduje, że za rybę z ziemniakami i kapustą musiałaby zapłacić 15 zł, zmienia zdanie. Bierze zupę.

– Pomoc żywnościowa należy się osobom zarabiającym do 814 zł miesięcznie – mówi Krystyna Rogacewicz z gorzowskiego Banku Żywności. – Takie osoby kwalifikują się do otrzymania żywności z Unii Europejskiej, dostają oleje, kasze, mąkę, napoje. Kto ma 1000 zł, a 400 zł wydaje na leki, pomocy unijnej już nie otrzyma. Co im możemy dać? Wyłącznie to, co pozyskamy od darczyńców. Współpracujemy z Tesco, które przekazuje nam to, czego nie sprzedało: owoce, warzywa – sałatę, ogórki, pomidory, jabłka, winogrona, banany, ananasy, wszystko ładne, posegregowane, może czasem lekko wgniecione, może nieidealne, ale nigdy nie zepsute. To idzie prosto do świetlic, do stołówek, każdy się cieszy, gdy dostanie trochę owoców. Nie każdy to po sobie pokazuje, wielu się wstydzi, ale potrzebujący zawsze się znajdą. Próbowaliśmy namówić też inne sieci, bez skutku, taniej jest im wyrzucić. Chodziłam osobiście, pytałam, rozmawiałam. Słyszałam: „Przykro nam, odgórna decyzja”.

 „Widać po tobie biedę”

Czasem, zamiast do śmieci, niezjedzone przez nas potrawy trafiają do zwierzęcych misek i koryt. – Choć jest tutaj pewna różnica między miastem a wsią – zauważa Ariel Modrzyk, który w Instytucie Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu pisze doktorat na temat marnowania żywności. Właściciele miejskich zwierząt częściej wierzą, że zwierzęciu służyć będzie wyłącznie specjalna karma. Ci ze wsi są bardziej skłonni karmić je czymkolwiek. Modrzyk spotkał kiedyś rolnika, który kurom dawał paprykę.

– Łatwiej podzielić się jedzeniem ze zwierzętami niż z ludźmi. Nie wyobrażam sobie, że pukam teraz do drzwi sąsiadki z talerzem: „Dzień dobry, ugotowałem za dużo obiadu. Bardzo dobre, naprawdę, proszę się częstować” – mówi. Kiedyś zauważył, że w jednym z fast foodów ktoś zostawił duży karton pełen skrzydełek kurczaka. Obok przechodził człowiek z wózkiem, stereotypowy bezdomny. – Powiedziałem mu o skrzydełkach. A potem mi się głupio zrobiło. Bo proponowanie komuś jedzenia jest jak wskazywanie palcem: „Widać po tobie biedę” – mówi Modrzyk.

W ramach swoich badań spędził m.in. długie godziny, obserwując kontenery na śmieci przy supermarketach. Spotykał tam ludzi, którzy na wyrzucanej żywności opierają swoją dietę. Jednych do kontenerów prowadzi niedostatek, innych – przekonania. Nie godzą się na system, w którym tony jedzenia idą na przemiał. – Freeganie to bardzo zróżnicowana kategoria, nie tworzą spójnego ruchu. W mediach znajdziemy wizerunek freeganina jako młodego człowieka o lewicowych poglądach, który nie kupuje jedzenia w sklepach, bo nie chce generować popytu na kapitalistycznym rynku. Ale freeganin może być też osobą konserwatywną, bardzo religijną, dla której odzyskiwanie żywności to sposób na wyrażenie szacunku do darów ziemi – mówi Modrzyk.

W przysklepowych kubłach najczęściej leżą banany. Znaleźć w nich można wszystko, co szybko się psuje: owoce, warzywa, nabiał. Ale też słodycze, bakalie, przyprawy. Mieszkańcy wyrzucający jedzenie do osiedlowych śmietników często wieszają chleb w worku lub kładą go na zamkniętym kontenerze. W tym samym miejscu można znaleźć produkty uważane za delikatesowe, np. gotowe kotlety z obiadu. W miastach przybywa dzikich zwierząt stołujących się w śmietnikach: zdążyły odkryć, gdzie czeka je największa uczta. Gdy jeden sąsiad wiesza chleb, drugi zapobiegliwe posypuje go trutką. Freeganie rzadko więc korzystają z osiedlowych frykasów.

Śmietnik za murem

Anna miałaby opory, żeby jeść ze śmietnika, ale chętnie odwiedza stoiska z przecenionymi o połowę produktami z kończącą się datą ważności. Szuka sushi, dobrych serów. – Z przyjemnością zjadłbym coś, co sklepy wyrzucają pod koniec dnia. Na przykład banany, lubię dojrzałe – mówi Grzegorz. Tyle że sklepy nie chcą wystawiać jedzenia, rezygnują ze stoisk z przecenionymi produktami, ba, coraz częściej ukrywają śmietniki za wysokim murem albo wręcz na pilnie strzeżonym wewnętrznym podwórku. Potrzebujący się do nich nie dostaną. A klienci mogą spokojnie robić zakupy bez wyrzutów sumienia, że ceną za wypełnione świeżym towarem sklepowe półki są pełne kubły gdzieś na zapleczu. – Truskawki, które zostają sprzedawcom pod koniec dnia, nie wyglądają dobrze. Gdyby jednak przecenili owoce o 50–70 proc., pewnie ktoś by się skusił. Nie rozumiem, dlaczego wolą je wyrzucić – przyznaje Natalia.

Lepiej wyrzucić niż rozdać

– Wyrzucanie wpisane jest w system – komentuje Modrzyk. W swojej pracy rozprawia się ze stereotypami na temat marnowania żywności. Po pierwsze, wcale nie wiadomo, ile naprawdę wyrzucamy jedzenia. Jedni przyznając, że wyrzucają jedzenie, mają na myśli pozbycie się obierek od ziemniaków, dla innych wylanie niezjedzonej z talerza zupy wyrzucaniem jedzenia nie jest. Może Polacy wypadają kiepsko w europejskich zestawieniach, bo częściej wyrzucanie jedzenia zauważają i widzą w nim problem?

Duże sieci handlowe wolą wyrzucić jedzenie niż rozdać je lub sprzedać za niższą cenę. I nie chodzi tu o kwestie podatkowe, bo od 2013 roku, przekazując jedzenie organizacjom świadczącym pomoc ubogim, nie trzeba płacić podatku. Wystawiając niesprzedane jedzenie przy sklepie – co czasem robi się na Zachodzie – sieci mogłyby stracić część klientów, którzy zamiast robić zakupy, czekaliby na zamknięcie supermarketu. Prawdopodobnie na tej samej zasadzie działają sprzedawcy truskawek: mogą się obawiać, że część klientów, wiedząc, że w ostatniej godzinie owoce są o połowę tańsze, zamiast kupić truskawki w ciągu dnia, przyjdzie po nie wieczorem.

Pomoc żywnościowa zorganizowana jest w taki sposób, by korzystać z niej mogli tylko ludzie skrajnie biedni. Nie dopuszcza się do niej tych, których stać na jedzenie, choćby najniższej jakości. Nie bierze się pod uwagę, że dzięki oszczędności na zakupach spożywczych mogliby więcej wydać na inne potrzeby, zdrowotne lub kulturalne.

– Banan, który został zebrany na plantacji, oklejony logo, przetransportowany do Europy, wyłożony w sklepie, a potem wyrzucony, z perspektywy systemu kapitalistycznego, w którym się liczy zysk, spełnił swoje zadanie. Kto miał na nim zarobić – zarobił – zauważa Modrzyk. – Przepuszczając go przez nasz brzuch, nie zmienimy świata. Nie chcę mówić, że popieram marnowanie żywności, ale w społeczeństwie opartym na nadprodukcji żywności nie da się zupełnie nie wyrzucać jedzenia.

Podobno połowa wyrzucanego w Europie jedzenia wystarczyłaby, żeby wykarmić wszystkich głodnych ludzi na ziemi. Nikt niestety jeszcze nie wymyślił, w jaki sposób to jedzenie miałoby do nich trafić.

Śmietniki pełne jedzenia
Joanna Górska

urodzona w 1978 r. – absolwentka italianistyki, ukończyła podyplomowe studia dziennikarskie w Rzymie, gdzie mieszkała przez kilka lat. Jest mężatką, ma dwóch synów i córkę....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze