fot. andrew slifkin

Na 71. edycję Festiwalu Piosenki Włoskiej San Remo 2021 czekałem rok, od poprzedniego, jeszcze sielskiego wydania. Wiem, że dla wielu to obciach – sam festiwal i to, że czekałem – ale po prostu tak mam, od lat siedemdziesiątych, kiedy transmitowano czy retransmitowano go także w Polsce z zabawnym niekiedy efektem, jak choćby nakładanie na śpiew beznamiętnego głosu spikera. Per noooi, peeeer noooi… śpiewali wykonawcy, a lektor czytał sucho i najkrócej jak można Dla nas… dla nas, dla nas…

Festiwal San Remo był zawsze, od kiedy pamiętam, świętem włoskości, kultury i obyczaju, świadectwem spontaniczności, rynku, cudowności, tandety w wydaniu audio i wideo. Wielka Mina ze swoim wspaniałym głosem, którym perliła piosenki uczuciowe lub estradowo wirtuozerskie, sąsiadowała z roznegliżowanymi pannami tańczącymi w pawiopodobnych piórach; głupkowate kawały i docinki z poważną refleksją nad współczesną historią czy odwiecznymi regułami życia. Ale festiwal to było nie tylko to. To wiele dni wcześniej i – zwłaszcza – wiele dni później komentarze do piosenek, szczegółów ubrania, dygnięć, prowokacji, krzywd i emfaz ze strony jury. To także tragedie, jak samobójstwo w 1967 roku wielkiego Luigiego Tenco, niedocenionego przez jury.

W tym roku oprócz samych piosenek pod festiwal podprowadza

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 04, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść