fot. amy shamblen

Prąd pod powiekami

Nie lubię tych myśli, może dlatego dopuszczam je tylko jako przebłyski. Nagłe i chwilowe rozdarcia powłoki spraw bieżących. Przypominają lekkie rażenie prądem. Na moment nieprzyjemny dreszcz, jasno przed oczami, mały grymas na twarzy. Zbyt mały, żeby ktoś zauważył. Ledwie dostrzegam go sama.

Od rana do wieczora bardzo się staram. Trzymam głowę mniej więcej tam, gdzie była przed tym wszystkim – w miarę wysoko, ze wzrokiem utkwionym w horyzoncie. Choć od ponad roku wszystko uczy nie wybiegać naprzód i choć najlepsi maratończycy radzą spoglądać tylko krok do przodu, bo od zerkania w stronę odległej mety się słabnie. Staram się o perspektywę, o optymizm i wiarę w lepsze jutro, ale również o rzeczy najprostsze, które już nie robią się same. Nieustannie rozpycham łokciami napierające ściany niepokoju, ograniczeń i niemożności. Nie dopuszczam beznadziei i pytana, co u mnie słychać, wciąż odpowiadam, że sobie radzę. Że widzę powody do szczęścia, że mogło być dużo gorzej, że właściwie martwię się tylko o zdrowie rodziców, reszta jest w porządku. No i przecież kiedyś będzie znów dobrze. Czyli jak? Tej odpowiedzi, a raczej jej braku, staram się nie rozważać. To jeden z punktów lekkiego rażenia prądem. O ile przyszłość i plany na nią zawsze były iluzją, to bez wątpienia ją lubiłam – tę możliwość narysowania sobie, co będzie jutro. Posze

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 04, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść