Przeciw infantylizacji chrześcijaństwa

Przeciw infantylizacji chrześcijaństwa

1.

Na tę krakowską rozmowę umówiliśmy w czasie mojego majowego pobytu w Jerozolimie, gdzie jakimś cudem trafiłem na wieczór autorski Adama Zagajewskiego. To tam, w Ziemi Świętej, poznałem w końcu osobiście jednego z najciekawszych polskich poetów i wnikliwych eseistów. Kiedy więc już siedziałem z krakowskim poetą w knajpce tuż obok Wawelu, nie mogłem go nie zapytać, co myśli o kondycji rodzimego katolicyzmu. Oto jego odpowiedź: „Jestem człowiekiem religijnym, ale rzadko chodzę do Kościoła. Jest coś w języku księży, że nie daje się ich słuchać. Dla mnie religia i wiara jest twórczością. Jeśli już wejdę do Kościoła, to słyszę same banały. Co więcej, słyszałem je już wtedy, gdy jako dziecko przygotowywałem się do pierwszej komunii. Nie ma w naszej wersji katolicyzmu tej iskry poszukiwania. Religia, tak zresztą jak i życie, bez przerwy się wali, obraca w pył i trzeba ją tworzyć każdego dnia od nowa”.

W słowach Zagajewskiego pobrzmiewa przestroga, którą – kilka lat wcześniej na wykładzie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim – sformułował Leszek Kołakowski. Ten wybitny polski filozof mówił, że dziś tradycyjne Kościoły mają problem ze znalezieniem języka, który trafiłby szczególnie do ludzi młodych i wykształconych. Dlatego księża, przekonywał, muszą mieć świadomość, że od ich umiejętności przekazywania Ewangelii zależy żywotność wiary: „Jeśli zaś kapłani liczą na siłę, na gromkie potępienia, na groźby, na to, że będą skutecznie podtrzymywać wiarę, wiążąc ją z różnymi zabobonami i magią, a tym bardziej z socjalnymi i etnicznymi nienawiściami – przekonają się rychło, że pracują na swoją zgubę”.

Duchowni muszą mieć świadomość, że to głównie od ich skutecznego nauczania, od głębi i przenikliwości ich interpretacji Biblii zależy stan wiary w Polsce.

2.

Od razu powiem, że rzadko mi się zdarza, bym w czasie kazań nie odczuwał podobnego dyskomfortu, o którym opowiada Zagajewski, a przed którego zgubnym dla chrześcijaństwa wpływem przestrzegał Kołakowski. Powiało jednak optymizmem, kiedy na początku lipca najpierw w telewizyjnych „Wiadomościach” obejrzałem, a potem w „Gazecie Wyborczej” przeczytałem pozytywne uwagi na temat dwóch internetowych kaznodziejów z Poznania. Na pomysł zamieszczania swych kazań w internecie wpadli franciszkanie, o. Leonard i o. Jakub. Ich krótkie kazania z cyklu „Bez sloganu” od chwili, gdy pokazały je „Wiadomości”, robią furorę na YouTube. Oglądalność dotychczasowych trzynastu odcinków z 300–400 wejść na dobę skoczyła do trzech tysięcy.

Niewątpliwym plusem kazań franciszkanów jest to, że są krótkie. Trwają maksymalnie sześć minut! Dodatkowo mają formę dialogu, czasami nawet rodzi się spór. Jednak, przy całej mojej aprobacie dla pomysłu, przy uznaniu dla zakonników za aktywne wykorzystanie nowych form komunikacji i prób docierania z Ewangelią do internautów, muszę stwierdzić, że rozważania obu mnichów nie odbiegają zbytnio przenikliwością argumentacji od tego, co możemy usłyszeć w czasie niedzielnych homilii.

Być może się czepiam, być może to moja wina, gdyż oczekuję od kaznodziejów zbyt wiele. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wizja chrześcijaństwa, która zazwyczaj się wyłania z niedzielnych kazań naszych księży, jest zadziwiająco infantylna. Podobnie jak cała nasza kultura, która każe nam odgrywać rolę wiecznych Piotrusiów Panów. Jeśli jednak chrześcijaństwo przykłada rękę do infantylizacji naszego życia, zamiast być znakiem sprzeciwu, to oznacza, że traci ono swoją moc. To tak, jakby Ewangelię przekuć nagle w bajkę dla podrostków, a nie widzieć w niej najprzenikliwszą opowieść o kondycji ludzkiej. Jakby wielką tradycję duchową i teologiczną sprowadzić do taniej psychoterapii, zamiast poczuć w niej wiatr wzburzający fale naszego życia.

3.

Cóż więc pozostaje? Co robić, aby chrześcijaństwa, które stanowi dla nas chleb powszedni, nie pozbawić ciężaru, głębi i intelektualnej powagi?

Oczywiście nie zachęcam tutaj do ignorowania tego, czego w czasie kazań nauczają księża. To i pobożny przekaz jest, i płynie zapewne z serca. Jednak byłby to grzech zaniechania z naszej strony, aby wakacyjnego czasu nie wykorzystać na poważną lekturę. Na tę dyskretną rozmowę, na którą pozwala obcowanie z dobrą książką teologiczną. Na spór zawsze przecież będący udziałem poważnie rozprawiających o Bogu, o którym – jak przekonywał św. Tomasz z Akwinu – wiemy raczej to, kim nie jest, niż to, kim jest. Takie zmagania – i zarazem najważniejsze pytania – z jakimi mierzy się chrześcijanin, odnajduję przykładowo w znakomitej książce katolickiego teologa Otto Hermanna Pescha pt. Zrozumieć Lutra, którą opublikowało Wydawnictwo W drodze. Czy jednak, kiedy wszyscy naokoło wypoczywają i się bawią, bo przecież są wakacje, nie przesadzam, zachęcając do czytania twardej teologii?

Być może, tyle że nie widzę innego sposobu, by oprzeć się tyranii infantylizacji naszego życia religijnego i społecznego. Albo zaczniemy od razu, albo nie zaczniemy nigdy!

Przeciw infantylizacji chrześcijaństwa
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...