Kaznodzieja nie jest sam

Kaznodzieja nie jest sam

Przepowiadanie jest nieodłącznie wkomponowane we wspólnotowy charakter życia ludzkiego. Bóg nie przekazuje swego słowa tylko i wyłącznie wprost, bezpośrednio. Posyła swoich proroków. Wśród nich każdego z nas, ponieważ każdy chrześcijanin ma udział w prorockim urzędzie Chrystusa.

Służba kaznodziejska w kontekście rodziny dominikańskiej

Znany i często podkreślany jest fakt, że św. Dominik jeszcze przed powołaniem do życia własnego Zakonu Braci Kaznodziejów założył klasztor sióstr kontemplacyjnych, między innymi po to, by modliły się za jego dzieło. Klasztor w Prouilhe służył ponadto św. Dominikowi jako miejsce schronienia, do którego w razie potrzeby mógł się udać. Ten ważny epizod z dziejów zakonu dominikańskiego pokazuje, że służba kaznodziejska jest nierozerwalnie związana ze wspólnotą. Wspólnota nie tylko potrzebuje w sensie praktycznym podziału pracy i wzajemnej pomocy, ale także te wartości tworzy. Siostry z Prouilhe były bowiem zazwyczaj nawróconymi „doskonałymi chrześcijankami” wspólnoty albigensów lub dziewczynami oddawanymi przez ubogie rodziny na wychowanie heretykom 1 Kazania Dominika, które prowadziły do ich nawrócenia, stwarzały równocześnie warunki do budowania zaplecza dla dalszej działalności kaznodziejskiej. Przyjrzyjmy się teraz uważniej problematyce kazań oraz służbie kaznodziejskiej w kontekście życia wspólnotowego.

Określmy najpierw, co dokładnie rozumiemy przez słowo „kazanie”. W tradycji naszej duchowości kazanie nie jest postrzegane w sposób zawężony, wyłącznie jako akcja liturgiczna w czasie nabożeństwa. Oczywiście pełni również i taką funkcję, a nawet jest jakimś jej promieniującym i wspaniałym przykładem (przynajmniej w warstwie teoretycznej). Kaznodziejstwo jest jednak czymś więcej. Zakon Kaznodziejów nie powstał po to, by zwiększać jakość kazań podczas Mszy, nie powstał też w celu doskonalenia funkcji kapłańskich. Powstał jako reakcja na rozpaczliwą sytuację Kościoła i społeczeństwa na południu Francji w początkach XIII wieku. Chrześcijaństwo było wtedy głęboko rozdarte, znajdowało się w stanie społecznego i doktrynalnego chaosu, a próby jednoczenia przy użyciu ognia i miecza nie dawały większych efektów. I dlatego Dominik przychodzi z ideą głoszenia prawdy, która jest silniejsza niż miecz i jako jedyna może naprowadzić błądzących na właściwą drogę ku Bogu, który sam jest Prawdą. Kazanie nie jest więc w tym wypadku kazaniem liturgicznym, lecz kazaniem w sensie głoszenia słowa wiary. W czasach Dominika kazanie – w znaczeniu doktrynalnym – wygłaszane gdziekolwiek (nie tylko w kościele) było w zasadzie domeną kleru. Dlatego zarówno siostry, jak i różne bractwa odgrywały raczej rolę modlitewną i pokutną. W niczym nie zmienia to faktu, że

1) ich służba była częścią kaznodziejskiej służby całego zakonu

2) ograniczenie potocznie rozumianego głoszenia wiary do kleru nie jest teologicznym wymogiem czy prawem Bożym, lecz znakiem epoki, który już dziś nie pełni żadnej funkcji.

Kazanie jest więc w tradycji dominikańskiej przepowiadaniem wiary, świadectwem o wierze. Do tego powołani są, jak wiadomo, wszyscy chrześcijanie, ponieważ wypływa to z ich udziału w prorockiej misji Chrystusa. Specyficzna rola dominikanów polega jednak na podkreślaniu doktrynalnego wymiaru owego kaznodziejstwa. Nasze przepowiadanie powinno kłaść szczególny nacisk na prawdy wiary oraz ich związek z życiem chrześcijańskim. Jest rzeczą oczywistą, że świadectwo życia stanowi podstawowy warunek, na którym opiera się przepowiadanie. Dobrym dominikaninem może być tylko ten, kto żyje w sposób święty, ale nie koncentruje się na mówieniu o nauce Kościoła. Nie może nim być natomiast ktoś, kto genialnie wykłada prawdy wiary, a jednocześnie żyje w sposób odpychający nawet dla człowieka indyferentnego (jeśli taka kombinacja jest w ogóle możliwa). Musimy tu znowu podkreślić związek całej rodziny zakonnej ze służbą kaznodziejską. To, że ktoś z powodu ograniczeń panujących w danej epoce (np. w XIII wieku), sytuacji osobistej (powołanie kontemplatywne) lub warunków życiowych (braki w wykształceniu) nie może explicite świadczyć o prawdach wiary, to jeszcze nie znaczy, że nie może mieć udziału w służbie kaznodziejskiej. Jest ona bowiem funkcją całej rodziny zakonnej i każdy powinien w niej uczestniczyć na swój własny sposób.

Życie chrześcijańskie jako partycypacja

Idea uczestnictwa w życiu Bożym jest dla wiary katolickiej bardziej niż typowa, chociaż wielu ludzi sobie tego nie uświadamia. Wskutek niezrozumienia tegoż uczestnictwa rodzi się szereg pytań i zarzutów, tak często stawianych katolikom przez innych chrześcijan. Moglibyśmy przypomnieć liczne przykłady, które bez owego „udziału” w życiu Bożym stałyby się skandaliczną próbą jakiegoś bezmyślnego uniezależnienia się od Boga. Wymieńmy choćby nowotestamentowe kapłaństwo, świętość ludzi lub przedmiotów, pośrednictwo Najświętszej Maryi Panny czy ojcostwo osób duchownych.

Próba utrzymania pogańskiej lub starotestamentowej koncepcji kapłaństwa w sytuacji, gdy napisano o Chrystusie, że jest jedynym Arcykapłanem, byłaby bluźnierstwem. Również fakt istnienia chrześcijańskich kapłanów wielu ludzi uważa za alarmujący dowód lekceważenia Biblii. Sama Biblia jednak mówi o kapłaństwie wszystkich wiernych. Chodzi o udział wszystkich chrześcijan w jedynym kapłaństwie Chrystusowym. Także urzędowi kapłani – prezbiterzy – nie są kapłanami sami z siebie, lecz poprzez udział (innego typu niż wspólne kapłaństwo ochrzczonych) w jedynym kapłaństwie Chrystusowym. Oto klasyczny przykład, który określa związek między potrójnym urzędem Chrystusa a naszym w nim udziałem i który akcentuje misję królewską, kapłańską i prorocką (1 P 2,4–5.9):

Zbliżając się do Tego, który jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym, wy również, niby żywe kamienie, jesteście budowani jako duchowa świątynia, by stanowić święte kapłaństwo, dla składania duchowych ofiar, miłych Bogu przez Jezusa Chrystusa. […] Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali chwalebne dzieła Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła.

Innym przykładem udziału jest Maryja Panna, którą nazywamy Pośredniczką. Byłoby zdradą wobec Chrystusa, który jest jedynym Pośrednikiem (por. 1 Tm 2,5–6: „Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus, który wydał siebie samego na okup za wszystkich jako świadectwo, w oznaczonym czasie”), gdyby Jej pośrednictwo nie zostało wyprowadzone od tego samego pośrednictwa Chrystusa jako udział w owym jedynym pośrednictwie.

Kolejny przykład: Jeśli Jezus zastrzega tytuł „ojciec” wyłącznie dla Boga, znaczy to, że każde ojcostwo musi być udziałem w ojcostwie Bożym. Ci, którzy zarzucają niektórym chrześcijanom, że nie powinni używać słowa „ojciec” w stosunku do biskupów i księży, z całą pewnością swoich rodziców będą nazywać ojcem i matką. Ktoś, kto pojmuje zdanie Jezusa „Nikogo nie nazywajcie ojcem” jako zakaz wypowiadania jednego słowa, jest w całkowitym błędzie. Chodzi tutaj bowiem o właściwe używanie, a zwłaszcza rozumienie tego terminu. Nikt nie może być stawiany na miejscu Boga, nikt nie jest ojcem w tym sensie, co Bóg. Przeciwnie: każdy, kto jest nazywany ojcem, powinien swoje ojcostwo realizować ze świadomością zadania, które otrzymał od Boga. Dotyczy to przede wszystkim ojców duchownych, ale także ojców rodzin. Jak bardzo zmieniłyby się rodziny, gdyby chrześcijańscy ojcowie żyli ze świadomością tego faktu. Bóg po prostu dla urzeczywistnienia swojej woli oferuje nam różne sposoby udziału w swoim życiu. We właściwym tego słowa znaczeniu wszystko, co jest dobre, przysługuje wyłącznie Bogu, a każde ludzkie uczestnictwo jest Bożym wezwaniem i darem.

Podobny udział czy partycypację mamy także w misji prorockiej Chrystusa. Prorokiem jest przede wszystkim ten, kto mówi z Bożego natchnienia i głosi słowo Boże. A zatem, chrześcijanie zostali przez chrzest i bierzmowanie powołani i uzdolnieni do dawania świadectwa o Bogu i do głoszenia Jego radosnej nowiny. To jest ich udział w prorockim charakterze urzędu Chrystusa, który głosił królestwo Boże. Dotyczy to wszystkich chrześcijan, a nie tylko jakiegoś specjalnego urzędu, np. kapłanów. Papież Jan Paweł II wyraził to po synodzie o świeckich w takich oto słowach:

Udział w prorockim urzędzie Chrystusa, „który zarówno świadectwem życia, jak mocą słowa ogłosił Królestwo Ojca”, uprawnia i zobowiązuje świeckich do tego, by z wiarą przyjęli Ewangelię i głosili ją słowem i czynem, demaskując śmiało i odważnie wszelkie przejawy zła. Zjednoczeni z Chrystusem, „wielkim prorokiem” (por. Łk 7,16), ustanowieni w Duchu Świętym „świadkami” zmartwychwstałego Chrystusa, świeccy otrzymują udział zarówno w nadprzyrodzonym zmyśle wiary Kościoła, który „nie może w niej zbłądzić”, jak i w łasce słowa (por. Dz 2,17–18; Ap 19,10). Winni oni zabiegać o to, by nowość i moc Ewangelii jaśniała w ich życiu codziennym, rodzinnym i społecznym, oraz cierpliwie i odważnie, pośród sprzeczności współczesnych czasów, dawać wyraz nadziei na przyszłą chwałę „także przez formy życia świeckiego 2.

Przepowiadanie w kontekście Kościoła

Z tego, co zostało powiedziane, wyłania się kilka nakazów:

Jeśli naprawdę mamy głosić Chrystusa, musimy to robić w jedności z Kościołem.

Jeśli nasze świadectwo ma być skuteczne, musi być rzeczywiście poparte życiem zgodnym z przepowiadaniem.

Nie głosimy siebie, ale Chrystusa, tak jak Go głosi Kościół.

Związek między przepowiadaniem a wspólnotą Kościoła ma swój wymiar mistycznoteologiczny i praktycznoteologiczny. Pierwszy z nich wskazuje na Kościół jako mistyczne ciało Chrystusa. Jeśli głosi Kościół, głosi Chrystus, i na odwrót: Chrystus powierzył swoje przepowiadanie Kościołowi i dał mu Ducha, który wprowadza go w całą prawdę. Po drugie – kontekst Kościoła ma znaczenie praktyczne, i to dwojakie:

1) z jednej strony jest to czerpanie siły z liturgii i wspólnej modlitwy Kościoła

2) z drugiej – uwierzytelnianie charyzmatów.

Wspólnota Kościoła odgrywa tutaj rolę umacniającą i rolę kontrolną. Zatrzymajmy się na moment przy tym punkcie. Przepowiadanie jest nieodłącznie wkomponowane we wspólnotowy charakter życia ludzkiego. Bóg nie przekazuje swego słowa tylko i wyłącznie wprost, bezpośrednio (przeciwnie, czyni to raczej w sytuacjach nadzwyczajnych). Posyła swoich proroków (jak mówi Apokalipsa 19,10: „Świadectwem bowiem Jezusa jest duch proroctwa”). Wśród nich więc także każdego z nas, ponieważ, jak zostało wyżej powiedziane, każdy chrześcijanin ma udział w prorockim urzędzie Chrystusa. Każdy z nas jest przy tym zależny od innych ludzi i my sami powinniśmy odczuwać zależność wielu ludzi od nas. Człowiek nie jest prymarnie i z natury izolowaną jednostką, która tworzy grupy wspólnotowe wyłącznie w celach praktycznych. Z samej swej natury jest istotą społeczną. Jego istnienie ma charakter osobowy, a więc jest istnieniem w relacji. A ponieważ Bóg powierza swoje słowo w ręce lub usta ludzi, właściwe zrozumienie owego słowa jest możliwe tylko w komunikacji międzyosobowej.

Każde przepowiadanie jest więc dziełem wspólnoty ludu Bożego. Wspólnota ta musi jednak w jakiś sposób poddać danego głosiciela krytycznemu badaniu. Jeśli głosiciel lub teolog przychodzi z czymś, co jest zaskakujące, podejrzanie nowe lub na pierwszy rzut oka dziwne, nie jest rzeczą rozsądną przyjmować to pochopnie i bez dalszego badania czy rozeznawania duchów. Z drugiej strony wiemy jednak, że sprawy Boże bardzo często wydają się szalone (por. 1 Kor 1,25: „To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi”). Jak zatem rozeznać autentyczność danego przepowiadania? Jedynie w ten sposób, że wspólnota wiernych zweryfikuje je, zbada, przedyskutuje i rozważy. Już w Starym Testamencie mamy prozaicznie opisany sposób badania proroka: „[…] gdy prorok przepowie coś w imieniu Pana, a słowo jego będzie bez skutku i nie spełni się, [znaczy to, że] tego Pan do niego nie mówił, lecz w swoim zuchwalstwie powiedział to sam prorok. Nie będziesz się go obawiał” (Pwt 18,22). Podobnie w Nowym Testamencie mamy tę samą rzecz opisaną metaforycznie: „Albo uznajcie, że drzewo jest dobre, a wtedy i jego owoc jest dobry, albo uznajcie, że drzewo jest złe, a wtedy i owoc jego jest zły; bo po owocu poznaje się drzewo” (Mt 12,33). Ów owoc może być różnego typu: spełnienie się określonej przepowiedni, umocnienie wiary i moralności wiernych, wzbogacenie zrozumienia u wiernych itp. W wielu wypadkach jednak tego rodzaju owoców nie da się zweryfikować od razu i prędko. Przeciwnie, wymaga to długiego procesu. I taki proces musi przebiegać we wspólnocie wiernych, nie można go pozostawić jednostce.

W tym miejscu mógłby ktoś pomyśleć: „Nie chodzi o dyskusję, lecz o charyzmat, który otrzymuje ten, kto żyje świętością życia (np. ten, kto jest ponadto jeszcze księdzem). Nadmierne przywiązywanie wagi do ludzkiej dyskusji i analizy stanowi kliniczny przykład współczesnego lekceważenia samej istoty wiary. Z Kościoła czyni się klub dyskusyjny. Taki zarzut jest zrozumiały, ponieważ wskazuje na realne niebezpieczeństwo, które grozi Kościołowi i któremu według naszego mniemania ulegli – przy całym szacunku dla nich – bracia protestanci lub ta część katolickich teologów, którzy przyjmują naukę Kościoła wyłącznie jako wyraz opinii kolegów teologów (w dodatku jeszcze niedokształconych albo niezbyt płodnych badawczo). Nie ulega wątpliwości, iż Kościół nie jest klubem dyskusyjnym. Jednakże dialog stanowi nieodłączny składnik teologii i życia duchowego. To naturalny ludzki sposób komunikacji. I jeśli ktoś uzyskuje subiektywną pewność w jakiejś kwestii, nie ma innej drogi do podzielenia się nią z innymi, jak właśnie dialog. Podobnie też krytyczna funkcja wspólnoty kościelnej, na przykład rozeznawanie duchów, musi mieć swój dialogiczny pierwiastek. W przeciwnym razie niczego nie przekażemy innym, a naszą wspólnotową naturę skażemy na degradację. Mam nadzieję, że w ten sposób uniknęliśmy podejrzeń o nadmierne sprowadzanie duchowego wymiaru Kościoła do poziomu czystej dyskusji. Powróćmy teraz do tematu rozeznawania duchów, a więc do krytycznokontrolnej płaszczyzny służby kaznodziejskiej w Kościele. Dotyczy ona wszystkich wiernych. Ostatni sobór mówi o tym w następujący sposób:

Święty Lud Boży uczestniczy także w prorockiej funkcji Chrystusa, szerząc o Nim żywe świadectwo przede wszystkim życiem wiary i miłości i składając Bogu ofiarę chwały, owoc warg, które wyznają Jego imię (por. Hbr 13,15). Ogół wiernych, mających namaszczenie od Świętego (por. 1 J 2,20.27), nie może zbłądzić w wierze i tę swoją szczególną właściwość ujawnia przez nadprzyrodzony zmysł wiary całego ludu, gdy „poczynając od biskupów aż po ostatniego z wiernych świeckich” ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i moralności. Dzięki temu zmysłowi wiary, który jest pobudzany i podtrzymywany przez Ducha prawdy, Lud Boży pod przewodnictwem świętego Urzędu Nauczycielskiego – za którym idąc wiernie, już nie ludzkie, lecz prawdziwie Boże przyjmuje słowo (por. 1 Tes 2,13) – niezachwianie trwa „przy wierze raz podanej świętym” (por. Jud 3); wnika w nią głębiej z pomocą słusznego osądu i w sposób pełniejszy stosuje ją w życiu 3.

Wypływa z tego wniosek zarówno dla człowieka w roli głosiciela, jak i dla człowieka w roli słuchacza. Głosiciel nie może być zaskoczony, że jego słowo jest badane i weryfikowane. Biskup, kaznodzieja czy teolog, który natychmiast ciężko się obraża, gdy jego przepowiadanie nie jest od razu, bez oporów i bez dyskusji, ślepo przyjmowane, grzeszy przeciwko Bożemu planowi przekazywania Jego dobrej nowiny.

Z drugiej strony wymaga to także wysiłku ze strony słuchaczy. Czemu służy kazanie, o którym się nie dyskutuje (w sensie wspomnianego wyżej krytycznego dialogu)? Zarówno obojętne puszczanie mimo uszu, jak i ślepa akceptacja są fatalnym błędem. Rozumny kaznodzieja powinien być zachwycony, jeśli jego kazania lub książki są szeroko dyskutowane i badane. A jak to wygląda dzisiaj? Czy w ogóle czytamy książki teologiczne i dyskutujemy o nich? Czy analizujemy wspólnie dokumenty Kościoła albo niedzielne kazania? Czy rozmawiamy o naszym świadectwie słowem i czynem z naszymi bliźnimi?

Tego rodzaju badanie przyjmuje różne formy. Jest to nie tylko rozmowa o niedzielnym kazaniu miejscowego proboszcza, ale jest to na przykład także ocena książki teologicznej ze strony władzy kościelnej. Respektując wszystkie specyficzne cechy związane z urzędem i prawem kanonicznym, musimy jednak stale pamiętać, że Kościół to wszyscy wierni i że wsparcie dla kaznodziei nie idzie jedynie z góry do dołu, podobnie jak nie jest jednokierunkowa także krytyczna analiza jego kazania. Paweł VI mówi o tym wyraźnie:

Tak więc pomiędzy Chrystusem, Kościołem i ewangelizacją zachodzi jak najściślejszy związek. W tym „czasie Kościoła” on sam posiada powierzony sobie urząd ewangelizowania. Nie godzi się wykonywać tego urzędu bez niego, albo tym bardziej przeciw niemu 4.

Głosimy Chrystusa, a nie siebie

Eklezjalny wymiar służby kaznodziejskiej wypływa także z faktu, że jeśli ją zaniedbamy, zaniedbamy ciało Chrystusa (a przez to pośrednio i jego Głowę – czyli samego Chrystusa). Jak przy każdym czynie wypływającym z uczestniczącego (partycypującego) charakteru naszego życia chrześcijańskiego, kiedy czynimy coś, czyni to Chrystus. A Chrystus jest obecny wtedy, gdy są dwaj lub trzej zgromadzeni w Jego imię. To oczywiście nie znaczy, że jeden człowiek nie może sensownie przepowiadać. Chodzi o to, że ten, kto nie przepowiada jako reprezentant Kościoła, nie głosi Chrystusa, ale samego siebie. Możemy mieć święcenia, zgodę biskupa, zaproszenie od proboszcza i głosić w pełnym kościele, a mimo to nie głosić Chrystusa, lecz samych siebie, ponieważ naszym celem będzie tylko nasza własna chwała, nasza własna korzyść albo coś w tym rodzaju, a nie świadectwo o Chrystusie w kontekście Kościoła, który jest Jego ciałem.

Przepowiadanie osiąga swą pełną moc i znaczenie tylko wtedy, kiedy jest słuchane, przyjęte, przyswojone i kiedy w tym, kto je przyjmuje, wznieca przylgnięcie całą duszą. Ktoś mianowicie przyjmuje prawdy, które Bóg miłosierny objawił. Ale o wiele bardziej uznaje program życia — życia już odmienionego — jaki one proponują. Mówiąc krótko, ktoś przystaje do Królestwa, tzn. do »nowego świata«, do nowego porządku rzeczy, do nowej drogi istnienia, do nowej zasady życia, i to życia we wspólnocie, ustanowionego przez Ewangelię. Takie przystanie, którego nie można oderwać od konkretów życia, ujawnia się w rzeczy samej przez dostrzegalne i dotykalne czyjeś wejście do społeczności wiernych. Tak więc ci, którzy odmienili swe życie, wstępują do wspólnoty, która ze swej natury jest znakiem przemiany i nowości życia, tj. do Kościoła, widzialnego sakramentu zbawienia. Ale to wejście do wspólnoty kościelnej ujawnia się z kolei w wielu innych znakach, które znak Kościoła rozszerzają i wyjaśniają. Zgodnie z dynamiczną siłą ewangelizacji, ten kto przyjmuje Ewangelię jako Słowo zbawienia, zwykle przenosi je na znaki sakramentalne; na przylgnięcie do Kościoła i na przystępowanie do Sakramentów, które to przylgnięcie ukazują i umacniają przez łaskę, jakiej udzielają 5.

Na koniec popatrzmy jeszcze na świadectwo Dziejów Apostolskich, gdzie opisana została praktyka pierwotnego Kościoła; ten fragment bywa często cytowany i komentowany, ale równie często umyka przy okazji pewien ważny szczegół.

Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy uwierzyli. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne.

A zaraz potem czytamy:

Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska spoczywała na wszystkich (Dz 4,32–33).

Nie chodzi tutaj głównie o caritas czy o jakiś „chrześcijańskim socjalizm”. Zwróćmy uwagę, że wiersz 34, który nawiązuje do dwu wyżej cytowanych, mówi:

Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je i przynosili pieniądze [uzyskane] ze sprzedaży, i składali je u stóp Apostołów.

Znaczy to, że problematyka wspólnego majątku i problem społeczny pojawiają się dopiero po świadectwie Apostołów, któremu towarzyszy Boża moc. Kolejność jest więc następująca:

Mieli wszystko wspólne i nic swojego (w. 32), co oznacza:

wspólną wiarę i wspólne świadectwo (w. 33),

i wspólne i dzielone między siebie środki (w. 34).

Wspólne są zatem przede wszystkim wiara i świadectwo i dopiero to nadaje sens dzieleniu majątku. Jeśli jednak mam wszystko wspólne z braćmi i siostrami w Chrystusie, i to dla samego Chrystusa, nie mogę głosić tylko samego siebie. Jeśli człowiek głosi samego siebie, upodabnia się do żydowskich egzorcystów, o których mówią Dzieje Apostolskie (19,13–16):

Ale i niektórzy wędrowni egzorcyści żydowscy próbowali wzywać imienia Pana Jezusa nad opętanymi przez złego ducha. „Zaklinam was przez Pana Jezusa, którego głosi Paweł” – mówili. […] Zły duch odpowiedział im: „Znam Jezusa i wiem o Pawle, a wy coście za jedni?” I rzucił się na nich człowiek, w którym był zły duch, powalił wszystkich i pobił tak, że nadzy i poranieni uciekli z owego domu.

przeł. Andrzej Babuchowski 

1 Lohrum M., Dominik, Praha 1999, s. 22–24. 
2 Jan Paweł II, Christifideles laici 14. 
3 Lumen gentium 12. 
4 Paweł VI, Evangelii nuntiandi 16. 
5 Tamże.

Kaznodzieja nie jest sam
Tomáš Machula

urodzony 12 sierpnia 1971 r. w Kyjove na Morawach – inżynier, filozof, teolog, tłumacz, świecki dominikanin, absolwent Wyższej Szkoły Chemiczno-Technologicznej oraz Katolickiego Fakultetu Teologicznego na Uniwersytecie Karola w Pradze....