Geniusz petentki

Geniusz petentki

Gdyby albańska loretanka na zakonnym posłuszeństwie poprzestała, gdyby się zniechęciła, uległa pokusie wygody i świętego spokoju, wszyscy stracilibyśmy bardzo wiele.

Sześćdziesiąt lat temu, 17 sierpnia 1948 roku w Indiach, świętujących pierwszą rocznicę uzyskania niepodległości i wyzwolenia się spod brytyjskiego panowania, zakonnica, która nie wyglądała wcale jak zakonnica, z pięcioma rupiami w kieszeni wyruszyła samotnie na ulice Kalkuty, aby rozpocząć życie misjonarki miłości. Załatwianie formalności związanych z tym krokiem zajęło blisko dwa lata. Przysporzyło Matce Teresie sporych cierpień, ale przynajmniej nie czuła wtedy oddalenia Boga, które gnębiło ją później, aż do śmierci. Ukazaniu tej bolesnej ciemnej nocy duszy poświęcona jest książka „Pójdź, bądź moim światłem”. Prywatne pisma „Świętej z Kalkuty”. Mnie jednak zastanowiło coś innego – starania Matki Teresy o pozwolenie na prowadzenie pracy wśród najuboższych.

10 września 1946 roku Matka Teresa, o czym mówi w swoich wyznaniach, doświadczyła „powołania w powołaniu”. Wewnętrzny głos polecił jej opuścić loretanki, irlandzki zakon misyjny, w którym pracowała blisko dwadzieścia lat jako nauczycielka. Miała się udać do slumsów, aby służyć ludziom żyjącym w skrajnej nędzy. Postulator przewodu beatyfikacyjnego i autor wspomnianej książki, o. Brian Kolodiejchuk MC, zalicza Matkę Teresę w poczet świętych, „do których Jezus przemówił bezpośrednio, prosząc ich o podjęcie się jakiegoś specjalnego zadania wśród Jego ludu”.

Okoliczności, w jakich objawiło się to powołanie, wcale jednak nie ułatwiły jej zadania. Gdy się zwierzyła spowiednikowi, a zarazem kierownikowi duchowemu, jezuicie Céleste Van Exemowi, postanowił on – jak to zwykle bywa w wypadku powoływania się na zjawiska mistyczne – wystawić penitentkę na próbę. Najpierw zabronił jej o tym myśleć. Zakazał też zwracać się z tą sprawą do tamtejszego arcybiskupa. Nawet o. Kolodiejchuk postrzega to jako „dość drastyczny sposób sprawdzenia autentyczności powołania”. Matka Teresa, mimo cierpienia, gdyż wszelką zwłokę odbierała jako opóźnianie rozpoczęcia dzieła, do którego Jezus ją przynaglał, zachowała milczenie i trwała w modlitwie. Wątpliwości opuściły o. Van Exema po czterech miesiącach i udzielił jej pozwolenia na napisanie do arcybiskupa Kalkuty, jezuity Ferdinanda Périera.

Pukanie do drzwi arcybiskupa

W połowie stycznia 1947 roku Matka Teresa wyłożyła arcybiskupowi sprawę. U podstaw prośby, pisała, leży to, że pragnie „być cała dla Jezusa i sprawić, by inne dusze – zwłaszcza indyjskie – przyszły i gorąco Go ukochały”. Nie wystarcza pozostanie w zakonie loretanek, chodzi o stworzenie indyjskiego zgromadzenia. Cytuje „Głos”:

Potrzebuję indyjskich zakonnic, Ofiar mojej miłości, które będą Marią i Martą. Które będą tak mocno zjednoczone ze Mną, że będą promieniować moją miłością na dusze. Potrzebuję wolnych zakonnic, obleczonych w moje ubóstwo krzyża. […] Poproś Jego Eminencję, żeby dał Mi to jako dziękczynienie za 25 lat łaski, jakiej mu udzieliłem 1.

W dalszym ciągu listu Matka Teresa bardziej szczegółowo omawiała zamysł – zakon poza Kalkutą, rok nowicjatu, doskonałe franciszkańskie ubóstwo, benedyktyńska praca, sari jako ubiór. Praca miała polegać na chodzeniu do ludzi, bezpłatnym nauczaniu początkowym dzieci ulicy (list z 13 stycznia 1947 roku). Widziała trudności – upokorzenia, zdziwienie otoczenia. I miała rację. Już samo dłuższe konferowanie ze spowiednikiem stało się powodem plotek. Na podstawie tych nieżyczliwych przypuszczeń, że chodzi o jakąś niezdrową relację, władze zakonne przeniosły ją do innego miasta w Bengalu.

Od o. Van Exema Matka Teresa dowiedziała się, że mimo jego poparcia hierarcha Kalkuty miał trzy wątpliwości. Bał się, że może chodzić o „upór i własny interes” Matki Teresy. Zastanawiał się, czy pomysł opuszczenia loretanek i założenia nowego zgromadzenia nie wiąże się bezpośrednio z przeniesieniem i wewnątrzklasztornymi komerażami. Ponadto wzmiankę o swoich 25 latach posługi biskupiej uznał za „zbyt sentymentalną”.

Po dwóch tygodniach Matka Teresa postanowiła napisać znowu. Dyplomatycznie napomykała, że brak odpowiedzi „bardzo źle świadczy o pracy poczty”. Tłumaczyła się z zarzutu szukania własnego interesu:

Nie pojmuję, co moje ja może z tego mieć – wiem, że wszyscy będą mówili przeciw temu. Nie, Wasza Eminencjo, proszę wybaczyć, że tak mówię, w tym dziele dokona się zupełne poddanie wszystkiego, co mam, i wszystkiego, czym jestem – absolutnie nic nie zostanie. […] Co do sentymentalności – Wasza Eminencja nie może zaprzeczyć, że w ciągu tych 25 lat nasz Pan dokonał dla Waszej Eminencji cudów. Więc to, o co prosi On, jest tak samo przyrodzone, jak nadprzyrodzone (list z 25 stycznia 1947 roku).

W odpowiedzi z 19 lutego 1947 roku arcybiskup Périer ciągle podkreślał, że nie może rozstrzygać „pod presją” i nie wypowie się, zanim nie oświeci go Duch Święty. Polecał Matce Teresie modlić się ze spokojem.

Matka Teresa oczywiście nadal żarliwie się modliła, nie mogła jednak zrozumieć, dlaczego arcybiskup nie wydaje decyzji, aby sprawa mogła przejść do najwyższej instancji. W kolejnym liście błagała, aby przedstawił sprawę papieżowi. Będąc realistką, nie wykluczała możliwości dezinformacji i sugerowała, żeby arcybiskup pokazał papieżowi całą korespondencję w tej sprawie. Podkreślała, że instytut będzie działał „szczególnie na rzecz jedności i szczęścia życia rodzinnego – życia, które tak bardzo leży na sercu” papieża. Podkreślała, że misjonarka miłości „wejdzie do każdej nory”, nawet tam, gdzie nie mogą dotrzeć kapłani. Bez sentymentalizmu, z gruntu racjonalnie przyznawała, że nie ma dowodu, „że Bóg od nas tego chce”. Wyraziła też potwierdzone przez późniejszy rozwój wypadków przewidywanie, że kiedyś pozwolenie nadejdzie, a wtedy „Wasza Eminencja będzie pierwszą osobą, która udzieli temu młodemu instytutowi wszelkiej pomocy” (list bez daty, wysłany przed 7 marca 1947).

Tymczasem arcybiskup, podkreślając, że obowiązuje go absolutna neutralność – nie może być dziełu ani przeciwny, ani przychylny – ciągle rozważał, czy owa zakonnica nie porzuca „pewnego dobra dla niepewnego zysku”. Ostrożności mu nie brakowało. Sprawa wydawała mu się „skomplikowana”, choć nie precyzował, na czym owo skomplikowanie miałoby polegać. „Może Matka uważa, że to wszystko jest bardzo proste, kiedy jest ktoś, kto weźmie odpowiedzialność, ale od tego, kto ma być odpowiedzialny, wymaga to powściągliwości, modlitwy, ciągłej i żarliwej modlitwy, by zastosować się do woli Bożej – takiej, jaka mu się ukazuje” (list z 7 marca 1947).

W liście z 30 marca Teresa prosi, żeby arcybiskup zapytał o opinię proboszczów; „oni odpowiedzą, że takie zakonnice są potrzebne”. Wyczuwa lęki i skrupuły arcybiskupa. Stara się go skierować na drogę zawierzenia. Odnosząc się do obaw Périera, pisze wprost, że to nie ma znaczenia, jeśli inicjatywa okaże się klęską. „Czy nie warto przejść przez każde możliwe cierpienie dla jednej jedynej duszy? A poza tym Bóg zatroszczy się o nas”.

W odpowiedzi arcybiskup Périer otwarcie wyraził zniecierpliwienie. W dalszym ciągu, jak pisał, nie miał „moralnej pewności”, nie zamierzał działać „w szalonym pośpiechu”. Pouczał Matkę Teresę: „Wola Boża jest dla mnie czymś najwyższym, a cała reszta znika. Ale aby poznać wolę Bożą i by działać w Bożym Imieniu ci, którzy mają władzę, potrzebują konsultacji, modlitw i refleksji”. Odpowiedzialność jest ogromna, „nie tylko mogę się przyczynić do zniszczenia wielu powołań, ale mogę przez nierozważne działanie przyczynić się do wprowadzenia dusz ludzkich w ciemności” (list z 7 kwietnia 1947).

Droga wolna

W maju, pod wpływem tych zmagań, Matka Teresa przeżyła bardzo dojmujące utrapienie wewnętrzne. Opadło ją zniechęcenie. Kiedy stan ten ustąpił, odpisała, powtarzając i nieco rozwijając wątki z listu styczniowego. Podkreślała, że sam Jezus powiedział jej: „są klasztory z mnóstwem zakonnic, które opiekują się ludźmi bogatymi i mającymi możliwości, ale dla moich bardzo biednych nie ma zupełnie nikogo. Za nimi tęsknię, ich kocham”. Dodawała, że takiemu życiu, jakie proponowała, osoby świeckie nie mogłyby podołać (list z 5 czerwca 1947).

Kiedy Matka Teresa przedłożyła ten list o. Van Exemowi, on nakazał jej o wszystkim zapomnieć „raz na zawsze”. Miała dalej pracować nad swoją roztropnością, pokorą i posłuszeństwem. W korespondencji do arcybiskupa o. Van Exem wyjaśniał strategię:

Ma zostawić całe dzieło mnie i Waszej Eminencji. Powiedziałem jej, że powinna żyć wyłącznie chwilą obecną i w ogóle nie wybiegać w przyszłość i być doskonałą zakonnicą. Mogłaby zaangażować się jeszcze bardziej w swój obecny apostolat, ale musi wzrosnąć zwłaszcza w cnocie roztropności, której najbardziej jej potrzeba. Kładłem nacisk na posłuszeństwo, pogodne, radosne, proste i ślepe. Zapewniałem ją, że nigdy nie może się mylić, jeśli jest posłuszna. Zezwoliłem jej na nieco więcej pokuty i na dużo więcej wyrzeczenia, ale wątpię, czy może praktykować więcej, niż już praktykuje. Nie odmówiła niczego naszemu Panu.

Matka Teresa przyjęła te polecenia i o. Van Exem docenił jej postawę. W liście do arcybiskupa stwierdzał, że Matka Teresa, choć doświadcza „stanów poprzedzających ekstazę”, głęboko skrywa swoje doświadczenia wewnętrzne. „Wydaje się solidnie ugruntowana w pokorze”.

We wrześniu arcybiskup Périer zapowiadał rychłe podjęcie decyzji. Ponieważ nie nadchodziła, 1 października Matka Teresa błagalnie pisała do niego, napomykając także o orędownictwie św. Teresy z Lisieux, której wspomnienie w tym dniu obchodzono. Arcybiskup jej nie odpowiedział, o. Van Exemowi przedstawił natomiast zastrzeżenia i domagał się wyjaśnień, choć na wszystkie Matka Teresa odpowiadała już wcześniej.

Ojciec Van Exem wydał bardzo pozytywną opinię o zakonnicy (wyjątkowa cnota, naturalne dary, jawne działanie łaski). Arcybiskup tymczasem, niezadowolony z tego, że o. Van Exem nie utajnił całkowicie ich wzajemnej wymiany poglądów w tej sprawie, miał pretensje również o to, że z własnej inicjatywy Matka Teresa radziła się w kwestii reguły u o. Creusena, jezuity, wykładowcy na Gregorianum, choć „nie jest to jej sprawą” (list arcybiskupa Périera do o. Van Exema z 28 października 1947).

Arcybiskup Périer przestał z nią korespondować, a ona dalej nalegała i prosiła, żeby porzucił obawy. I po wielu miesiącach od pierwszego listu w tej sprawie arcybiskup zapytał o zdanie kilku duchownych. Uznali oni, że może udzielić zezwolenia, nie narażając się na zarzut poważnego braku rozwagi. 6 stycznia arcybiskup Kalkuty oznajmił dotychczasowej loretance: „Droga wolna”. 20 lutego sprawę przekazał do Kongregacji ds. Zakonów. Przy tej okazji wystawił Matce Teresie świetną opinię, m.in. wskazując na jej zdolności, pokorę i posłuszeństwo.

18 maja 1948 roku, po kilku miesiącach bez odpowiedzi z Rzymu, Matka Teresa poprosiła arcybiskupa o interwencję. Jak wynika z dat, owa interwencja nie byłaby nawet potrzebna. 8 sierpnia 1948 roku przyszła oficjalna wiadomość – Pius XII za pośrednictwem Kongregacji ds. Zakonów udzielił Matce Teresie zgody na opuszczenie loretanek i rozpoczęcie nowej misji. Dokument podpisany był 12 kwietnia, ale „z nieznanych przyczyn” do Kalkuty dotarł blisko cztery miesiące później.

Dwa sposoby myślenia w Kościele

Matka Teresa z Kalkuty nie była pierwszą założycielką, która dość długo musiała przekonywać kościelnego zwierzchnika do swojej inicjatywy. Przykładów poważniejszych dramatów można by niestety znaleźć bardzo wiele. Bywało w dziejach Kościoła, że późniejsi święci czy błogosławieni karani byli więzieniem czy nawet ekskomuniką. W wypadku Matki Teresy nie można powiedzieć, że były to trudności nadzwyczaj dotkliwe. Arcybiskup Périer, pracujący w Indiach kilkadziesiąt lat, był z pewnością bogobojnym duchownym i zasłużonym zarządcą, który starał się poważnie podchodzić do swoich obowiązków. Dobrze się zapisał w dziejach diecezji. Nie zbagatelizował prośby Matki Teresy. Podjął z nią korespondencję. Wszystko się dobrze skończyło…

O co więc chodzi?

Opisywana sprawa rozwija się pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku, w tzw. czasach przedsoborowych. Czy coś nas tu w ogóle razi lub zastanawia? A jeśli się już przyzwyczailiśmy? Bo u progu trzeciego tysiąclecia może warto się zastanowić, czy dzisiaj nie powinniśmy oczekiwać lepszego wewnątrzkościelnego dialogu, może nawet partnerstwa we współpracy między różnymi szczeblami. Korespondencja ta – bo widzenia arcybiskup Matce Teresie nie udzielił – pozwala wyraźnie odczytać dwa sposoby myślenia w Kościele. Czy różnice biorą się z tego, że listy pisane są przez mającego władzę dostojnika i szeregową zakonnicę, mężczyznę i kobietę? A może odmienność podejścia wynika głównie z różnych charakterów obojga protagonistów? A może świadczy o różnicach kulturowych? Bo – notabene – to przecież arcybiskup, Belg z pochodzenia, w liście do Rzymu do opinii o Matce Teresie uważa za stosowne dorzucić: „Z pochodzenia jest Słowianką i dlatego obawiam się, że czasami coś trochę wyolbrzymia, może czymś się ekscytuje. Jest to jednak tylko moje wrażenie i trudno byłoby mi podać jakiś powód tego wrażenia”.

Trudno jednak wskazać na coś, co Matka Teresa by wyolbrzymiała. Oczywiście mówiąc o potrzebie złożenia z siebie całkowitego daru, pokazała, że wpisuje się w szeregi szaleńców Bożych, podejrzanych chyba dla każdego urzędu. Na pewno nie wyolbrzymiała jednak nędzy setek milionów Hindusów ani ogromu pracy, który podejmowała. Trudności widziała realistycznie. Zresztą w swojej opinii hierarcha sam przyznawał, że „ma dobrą ocenę sytuacji”! Nie emocje w potocznym rozumieniu tego słowa nią kierowały, nie sentymenty, porywy, fantazje czy humory, choć to kobieta, zgodnie ze stereotypem, jest istotą emocjonalną. Jej logika, jak pisze o. Brian Kolodiejchuk, była skoncentrowaną na Bogu logiką ufności i pewności.

Matka Teresa niczym się nie „ekscytuje”. Słyszy głos Jezusa zlecający jej konkretną misję i z wierną konsekwentną miłością stara się wypełnić Jego polecenie. Możemy uznać, że w pierwszej chwili nie musiało to być jasne dla arcybiskupa, choć kierownik duchowy Matki Teresy wydawał już pozytywną opinię na jej temat. W żadnym stopniu nie jest moim zamiarem podważanie powściągliwości Kościoła wobec domniemanych zjawisk mistycznych. Jest potrzebna. Zresztą Matka Teresa sama o tym pisze: „Cieszę się, że Jego Eminencję nie interesują głosy i widzenia. Przyszły same z siebie i odeszły. Nie zmieniły mojego życia. Pomogły mi być bardziej ufną i przyciągnęły mnie bliżej Boga” (list z 1 października 1947). Czy wierzymy w nadprzyrodzone pochodzenie jej wizji – a według mnie nie mamy powodu w nie wątpić – czy też uważamy, że był to pomysł tylko ludzki, czas pokazał, że dzieło wydało wspaniałe owoce.

Matka Teresa jawi się nade wszystko jako osoba wielkoduszna. Słowa tego, pisząc o niej, użył Ferdinand Périer w liście wysłanym do Rzymu, popierającym inicjatywę. Może warto jednak zwrócić uwagę, że wielkoduszność tej kobiety ma większy ciężar gatunkowy niż wymuszane na niej posłuszeństwo. Pokory jej nie brakowało, co uznali wnikliwie ją obserwujący. Dzisiejsze czasy różnią się od tamtych tym, że staje się możliwe również pytanie o pokorę dostojników Kościoła. Dziś także można próbować wykazywać, że przewlekanie czy odwlekanie decyzji nie zawsze jest cnotą.

W korespondencji z arcybiskupem Matka Teresa walczyła o to, żeby móc złożyć z siebie doskonałą ofiarę. Ponad 10 lat później, 20 września 1959 roku, tak pisała do misjonarek miłości: „Kim jest święty, jeśli nie odważnym człowiekiem, osobą, która działa z mocą? […] Moje siostry, nie będę z was zadowolona, jeśli ograniczycie się tylko do bycia dobrymi zakonnicami”. Albańska loretanka zwracająca się do arcybiskupa Périera w roku 1947 była świetną zakonnicą, ale jak widać to nie wystarczyło. Nigdy nie była nieposłuszna, ale gdyby uległość zwierzchnikom przedłożyła nad posłuszeństwo charyzmatycznemu poleceniu Bożemu, gdyby na zakonnym posłuszeństwie poprzestała, gdyby się zniechęciła, uległa pokusie wygody i świętego spokoju, stracilibyśmy bardzo wiele wszyscy, nie tylko Indie. Potrząsnęła sumieniami olbrzymiej liczby osób. Czas pokazał, że dobro, które zainicjowała, rozprzestrzeniło się na cały świat. Ona sama stała się „wodzem światowego apostolstwa i miłosiernej armii”.

Nie prosiła arcybiskupa o pieniądze, nieruchomości na potrzeby nowego zgromadzenia czy wsparcie w szeregach współpracowników. Prosiła jedynie o to, by sama mogła rozpocząć działanie. Chciała przykładem zachęcić innych do ratowania ludzi w wymiarze fizycznym i duchowym na najbardziej zaniedbanym, niechcianym przez nikogo odcinku. W odróżnieniu od Matki Teresy prosto wykładającej konkrety arcybiskup zatrzymuje się na pięknych słowach. Odwlekając z miesiąca na miesiąc moment podjęcia decyzji, pisze na przykład, że nie będzie pod koniec swojej posługi rezygnował z przewodniej zasady całego życia zakonnego, którą jest „szukać Boga we wszystkich i we wszystkim” (list z 7 marca).

Matka Teresa mówiła bardzo prostymi słowami, ale głosem proroka. Potrzebowała do tego męstwa i żelaznej stanowczości. Wielkiej cierpliwości, ale i niemałej dozy znajomości psychologii, a nawet pewnej śmiałości, sprytu, w zawoalowany bowiem sposób demaskowała – co tu dużo mówić – pokusy małodusznej ostrożności, formalizmu i asekuranctwa. Dzieło, które miała podjąć, wydawało się jej celem bezwzględnie nadrzędnym. Było ryzykowne, ale takie wyzwania są przecież istotą chrześcijaństwa.

W niektórych listach do arcybiskupa Matka Teresa nie zapominała dodać, że jest niegodna i grzeszna, a nawet głupia. Użyła wielu różnorodnych argumentów. Cytowała dosłownie usłyszane słowa Jezusa. Powoływała się na Pismo Święte, a konkretnie na niezrażającą się kobietę z Ewangelii według św. Łukasza (zob. 18,2–8). Nawiązywała do dokumentów Kościoła: do encykliki Piusa XII Quemadmodum (1946), wzywającej świat do wzięcia w opiekę dzieci żyjących w nędzy, a także do listu pasterskiego arcybiskupa, „płomiennego apelu o apostołów”. Wspominała, że Périera nazywano „ojcem ubogich”.

Kilkakrotnie podawała precedens świętych kobiet – założycielek nowych zgromadzeń. Wspominała nieustępliwą walkę św. Klary o zapis o absolutnym ubóstwie, Franciszkę Cabrini (1850–1917), Włoszkę, która z papieskim poparciem wyruszyła na misje do Ameryki i – dodajmy – właśnie w 1946 roku została kanonizowana. Cabrini „zrobiła tak wiele dla Amerykanów, ponieważ stała się jedną z nich. Dlaczego ja nie mogę zrobić dla Indii tego, co ona zrobiła dla Ameryki? Ona nie czekała, aż dusze same do niej przyjdą – ona szła do nich wraz ze swymi pełnymi zapału pracownicami” (list z 13 stycznia 1947).

W którymś liście Teresa przywołuje zgodę kościelnego zwierzchnika w sprawie Marii od Męki Pańskiej (1839–1904), Francuzki, założycielki działającego w Indiach zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi. Przykład błogosławionej franciszkanki nie był jednak dla arcybiskupa argumentem. Périer twierdził, że i w jej wypadku istniały na początku trudności, a „poza tym Prawo Kanoniczne nie było wtedy tak skodyfikowane i nie było tylu dekretów dla zakonników” (list z 7 kwietnia 1947).

Przemycała wreszcie Teresa ewangeliczną lekcję wiary – zwracając się do władzy kościelnej, ona, szeregowa zakonnica, ośmielała się pisać:

Nie wiem, co w tym względzie ma do powiedzenia Prawo Kanoniczne – ale wiem, że nasz Pan nigdy nie pozwoli oddzielić się ode mnie. Ani nie pozwoli nikomu oddzielić mnie od Niego. J.E. potrzebuje „poważnego powodu”, by mnie poprzeć w Rzymie. Zbawianie dusz, zaspokajanie Chrystusowego pragnienia miłości i dusz – czy to nie jest wystarczająco poważne? (list z 1 października 1947).

Bardzo dyplomatycznie skrytykowała skłonność do przewlekłego załatwiania spraw, z jakiej słynie instytucja. Napisała przecież, że w rozmowach z nią Jezus „skarżył się na tę zwłokę – bo jak mówi, ilekroć On o coś prosi, ludzie stają się wyjątkowo ostrożni i zważają na mnóstwo rzeczy – ale kiedy to świat prosi, sprawy idą tak prędko”. Strachem napełnia myśl, że wtedy, 60 lat temu, decyzja w jej sprawie mogła być odmowna.

1 Wszystkie cytaty z listów Matki Teresy i Céleste van Exema za: Matka Teresa. „Pójdź, bądź nam światłem”. Prywatne pisma „Świętej z Kalkuty”, przeł. Michał Romanek, Znak, Kraków 2008.

Geniusz petentki
Joanna Petry Mroczkowska

dr nauk humanistycznych, tłumaczka, eseistka, krytyk literacki. W związku z pobytem w Stanach Zjednoczonych zajmuje się w ostatnich latach głównie tematyką dotyczącą kultury amerykańskiej oraz chrześcijańskiego feminizmu....