Protokół rozbieżności i zbieżności

Protokół rozbieżności i zbieżności

1. Szanowna Pani Małgorzato,

Serdecznie dziękuję za tekst z majowego numeru „W drodze” 1 i za zainicjowanie tego ciągu artykułów. Dyskusja bardzo ciekawie meandruje. To dzięki Pani – bo od Pani ostrej polemiki ze mną się wszystko rozpoczęło 2, a potem dzięki Pani polemice z niektórymi tezami o. Janusza Pydy (który przecież pospieszył Pani z pomocą, by zwalczać moje poglądy) 3 – Czytelnicy mogli się zorientować, że nie takie to wszystko proste i że nie ma tu, jak w typowych współczesnych polemikach, dwóch zwalczających się obozów.

Bardzo cenię sobie Pani polemikę, bo to piękny przykład, że ludzie – zgadzając się w sprawie najistotniejszej – ostro spierają się o inne, też bardzo istotne.

Łączę ukłony

Zbigniew Nosowski

Wspólne podsumowanie?

2. Szanowny Panie Zbigniewie,

Dziękuję za ciepłe słowo o moim tekście. Pana pozytywna opinia wiele dla mnie znaczy. Poza tym odpowiadałam ojcu Januszowi Pydzie troszeczkę w imieniu nas dwojga, gdyż zaatakował nasz wspólny pogląd. Jestem więc spokojniejsza, że tekst się Panu podobał.

Co powiedziałby Pan na wspólne „zamknięcie” polemiki wokół „razemosobno”? Spotkałam się z opinią czytelników, że nasz spór może spowodować niepokój małżonków – i tych bardziej „razem”, i tych bardziej „osobno”. To z kolei mnie zaniepokoiło i nie chciałabym tak sprawy pozostawić.

Jedna z koleżanek spytała, czy moglibyśmy napisać jakiś wspólny tekst z wyłożeniem przede wszystkim tych racji, w których się zgadzamy. A jak rozumiem, oboje się zgadzamy, że w osobie jest dialektyka: i zjednoczenia, i samotności. Obie te cechy współistnieją i żadna z nich nie może się stać skrajna. Dobrze zachować obie z nich w równowadze… To, co nas różni – czyli różne wyznaczenie tego, co najważniejsze – wynika chyba z wychowania w różnych duchowościach: Pana, z tego co wiem, w Kościele Domowym (czy tak?), mojego przy Karmelu. Z mężem jesteśmy we fraterni dominikańskiej, oboje jednak cenimy indywidualne drogi, poza oczywistą wspólną. To, czy małżonkowie idą duchowo bardziej razem czy osobno, jest właśnie uprawnioną kwestią indywidualną, zależną mocno od typów duchowości, wspólnot, sytuacji małżeństw (wierząconiewierzących i in.).

To pomysł, propozycja niezobowiązująca. Co Pan o tym myśli?

Pozdrawiam najcieplej

Małgorzata Wałejko

Przeciw duchowej intercyzie

3. Droga Pani Małgorzato,

To bardzo ciekawa propozycja. Korci mnie, by tak spróbować. Wcześniej jednak musielibyśmy się dogadać, żeby takie wspólne podsumowanie nie było tylko sprowadzeniem sprawy do najmniejszego możliwego wspólnego mianownika z końcową deklaracją, że dalej to już każdy sam decyduje, bo to kwestia duchowego gustu osobistego. To by było zdecydowanie za mało.

Zapewne jednak trzeba by jednocześnie spisać „protokół rozbieżności”. Nie wiem jeszcze, czy będzie on dłuższy od tego, co wspólne, czy krótszy. Ja się jednak coraz bardziej upieram przy tym, że małżeńska droga świętości powinna się istotnie różnić od innych dróg uświęcenia. „Razem” jest istotą małżeństwa, także w wymiarze duchowym. Wszelkie małżeńskie „osobno” powinny się mieścić w ramach owego fundamentalnego „razem”.

W małżeństwie MY staje się podstawowym wymiarem tożsamości. JA i TY nie zanikają, ale częścią tożsamości JA staje się to, że wspólnie tworzymy MY. Trzeba pamiętać, że główną przyczyną współczesnego kryzysu małżeństwa jest nadmiar indywidualizmu: małżeństwo jest traktowane jako egoizm we dwoje – MNIE ma być dobrze, nie NAM; jeśli mnie nie jest dobrze, to odchodzę. Tym bardziej myślenie chrześcijańskie powinno podkreślać wspólnotowość małżeństwa, także w wymiarze duchowym.

Wystarczy zresztą spojrzeć na prawny aspekt zawarcia małżeństwa – jego skutkiem jest nowa jakość prawna: małżeńska wspólnota majątkowa. Spisywanie intercyzy przez małżonków uważamy raczej za zabieg dość dziwny. Nie po to przecież zawieramy małżeństwo, żeby tworzyć dwa oddzielne majątki, lecz żeby budować wspólny. Intercyza kojarzy się nam albo z ludźmi, którzy coś kombinują i chcą ukrywać majątek, albo z góry zakładają, że małżeństwo to umowa na czas określony, więc skoro i tak się rozejdą, to lepiej zachować odrębność majątkową.

Skoro małżeństwo jest wspólnotą majątkową, dlaczego miałoby nie być wspólnotą duchową? Dlaczego mielibyśmy akceptować duchową intercyzę? Bo tak chyba należałoby nazwać myślenie, że małżonkowie powinni na pierwszym miejscu stawiać duchowość osobistą… Dla mnie to jakiś okropny minimalizm i marnowanie łaski sakramentu małżeństwa. Moja żona nie jest jedną z wielu osób, które spotkałem w swoim życiu, tyle że tak się składa, iż akurat z nią spędziłem najwięcej czasu. My przecież tworzymy sakramentalny nierozerwalny związek małżeński będący obrazem Bożej miłości.

„Razem” musi być zatem najważniejsze, jeśli zastanawiamy się nad ideałem chrześcijańskiej duchowości małżeńskiej. W ramach tego fundamentalnego wyboru możliwych jest wiele indywidualnych dróg dla obojga małżonków, które jednak nie powinny stać się ważniejsze od tej zasadniczej, wspólnej.

Żadną miarą nie chodzi mi o antyindywidualistyczną skrajność w myśleniu o człowieku. Dlatego tak się dziwiłem, że początkowo i Pani – a później dużo ostrzej o. Pyda – taki zarzut mi postawiła. Dla mnie głoszenie tezy o potrzebie rozumienia małżeństwa jako wspólnego powołania i tym samym o konieczności poszukiwania dróg wspólnej duchowości małżeńskiej jest owocem refleksji nad istotą małżeństwa, zwłaszcza chrześcijańskiego. Może różnica bierze się z tego właśnie, że dla Pani punktem wyjścia w myśleniu jest osoba, a dla mnie małżeństwo jako unikalna wspólnota osób?

Pyta Pani o osobiste doświadczenia. W Kościele Domowym nigdy nie byliśmy w sensie organizacyjnym. Bliska jest nam jednak ta droga, bo Kościół Domowy to rodzinna gałąź Ruchu ŚwiatłoŻycie, a obydwoje z Kasią jesteśmy duchowymi wychowankami właśnie ruchu oazowego. A teraz – już od 25 lat – aktywnie uczestniczymy, obecnie całą rodziną, w ruchu Wiara i Światło (wspólnoty osób z upośledzeniem umysłowym, ich rodzin i przyjaciół). Nie wciągaliśmy się w żaden ruch małżeński, a tym bardziej trzecie zakony. Nasza praktyczna duchowość małżeńska (ze wszystkimi słabościami, o których lepiej nie mówić publicznie) i nasz ideał wyrażony słowami „parami do nieba” to owoc wielu własnych lektur, przemyśleń, doświadczeń i poszukiwań.

Niezmiennie serdecznie pozdrawiam i życzę pięknej niedzieli!

– Zbigniew Nosowski

„Osobno” jest podstawą „razem”

4. Drogi Panie Zbigniewie,

Czas nagli, a ja liczyłam na spokojną wymianę refleksji, a tu wciąż jestem w biegu. Myśląc „na gorąco” – rzeczywiście wydaje mi się, że oboje pozostaniemy przy swoim.

Nadal uważam, że wymiar wewnętrznej samotności jest wielkim darem i bogactwem i dotyczy wszystkich powołań – przez analogię do Trójcy Świętej, w której każda z Osób, mając osobne wewnętrzne życie, bezgranicznie oddaje się Innym. Nie mogę odejść od podstawowej filozoficznie prawdy o osobności bytu ludzkiego i jego odrębności od innych, która niesie konkretne konsekwencje dane w przeżyciu, a wśród nich właśnie duchowe, ukryte życie osoby; sprawia nie tylko to, że każdy z nas najbardziej fundamentalne wybory podejmuje sam w sumieniu; nie tylko to, że każdy z nas w samotności wyborów buduje swoją najgłębszą tożsamość; nie tylko to, że w samotności, na głębokościach Boga samego poczynamy się i umieramy, ale i to, że jedynie Bóg do końca nas obejmuje i tylko On posiada nas w pełni.

Nie widzę w tej prawdzie zagrożenia dla relacji małżeńskiej (co Pan nazywa „duchową intercyzą”), lecz właśnie szansę jej najgłębszego wyniesienia i uduchowienia! „Samotność u Boga” jest według mnie jedyną drogą do takiej jedności, o jakiej Pan pisze. I tu jest punkt zwierający, jak nieśmiało podejrzewam, nasze perspektywy. Napisał Pan: „Wszelkie małżeńskie »osobno« są możliwe, gdy są podejmowane w ramach fundamentalnego wyboru »razem«”. I ja także uważam, że owe „osobno” nie mogą w żaden sposób wymiaru „razem” zakłócać, nadwątlać. Mówię tylko o takim „osobno”, które „razem” buduje. Samotność jest więc instrumentalna, jest narzędziem dla celu, jakim jest jak najgłębsza jedność.

Ten przedziwny krąg – od samotności ku komunii – polega na tym, że osoba, godząc się na ten „aksjomat” odrębności i samotności, czyli fakt, że ukochany człowiek nie jest po to, by poznać i posiąść do cna zakamarki mojej tożsamości, i nie po to, by zaspokoić mój „egzystencjalny głód”, pokłada całą pierwotną miłość i tęsknotę w Bogu. Człowiek, który świadomie pielęgnuje wierność pierwszym przykazaniom („Będziesz miłował Pana Boga swego…”, „Nie będziesz miał bogów…”), stawia Boga na pierwszym miejscu, a wtedy Bóg ofiarowuje mu wszystko, co ma najcenniejsze. A co ma? Zjednoczenie, w Nim, z innymi.

Paul Tillich pisze:

Sami nie możemy sięgnąć głębokiego centrum drugiego człowieka. Możemy jednak to uczynić dzięki ruchowi, który zwraca się do Boga, a następnie wraca od Niego do innej jaźni. W ten sposób samotność człowieka nie jest usunięta, lecz przyjęta do wspólnoty z nimi wszystkimi. Tym samym jedna godzina odosobnienia może bardziej zbliżyć nas do tych, których kochamy, niż wiele godzin porozumiewania się. Możemy ich zabrać ze sobą na wzgórza wieczności.

To zresztą naoczne jest w sakramencie małżeństwa: nie bez powodu jest on udzielany jednak każdej z osób indywidualnie: nie można dać łaski dwóm osobom; zatem ich indywidualna relacja z Bogiem (tu: sakrament) rodzi ich wspólnotę.

Podsumowując: nie mogę zgodzić się na pierwszeństwo „razem” przed „osobno”. „Osobno” jest bowiem transcendentną podstawą, warunkiem wszelkiej komunii: tylko indywidualna relacja z Bogiem, oparta na moim ponawianym „tak” łasce, da nam miłość małżeńską bez granic. Czyli dogłębne „razem” jest uwarunkowane przez „osobno”. Czyli „razem” musi zostać poprzedzone moim „osobno” dla Boga. I nie będzie to duchowa intercyza, gdy zwiążę się w pierwszej kolejności z Bogiem, także po to, by bardziej kochać współmałżonka. Jak napisałam, oddanie się Bogu jako pierwszej miłości domaga się pewnego odejścia od innych, do Niego.

Dlaczego sądzę, że tu się zgadzamy? Gdy bowiem pisze Pan o parze idącej do Boga razem, ja widzę oczyma wyobraźni małżonków klęczących na modlitwie razem, obok siebie. Mogą nawet ustami wypowiadać słowa jednej modlitwy. Jednak każde w głębi serca zawsze prowadzi z Bogiem indywidualny dialog, zgodzi się Pan? I jeżeli oni nie przesiadują razem tylko w kinie, przy obiedzie, na imieninach, na kanapie przed telewizorem, ale także przed Bogiem – oznacza to, że, nawet będąc razem, każde z nich dokonuje owego „odejścia” od drugiego, do Boga. Świadoma ochrona wewnętrznego dialogu z Osobą, która nie chce być tylko jakimś udziałem w ich „razem”, ich łączącą siłą, dodatkiem, lecz pragnie z każdym prowadzić osobistą rozmowę rozłożoną na życie całe, wiąże ich świętą więzią.

Nawet ujmując to nieco psychologicznie: człowiek, którego (nadprzyrodzony) głód miłości jest nasycony (Bogiem), nie będzie chciał czerpać od małżonka soków gaszących jego pragnienie (zachłanność, egoizm, szukanie swego), nie będzie usiłował do cna wyssać go dla siebie, nie będzie zaborczy i toksyczny (o takim egoizmie we dwoje też Pan wspominał), lecz zdolny będzie się skupić na nim i jego potrzebach, bo sam wody życia darmo czerpie.

Jedna wspólna duchowość, przyznaję, jest w pewnym sensie możliwa. Wspólne lektury. Rekolekcje. Wspólnota. Rozmowy duchowe o natchnieniach i trudach. Spowiednik. Tak, to piękny ideał i przywilej par. Nawet w niej jednak tkwi immanentnie wymiar wewnętrznej relacji z Bogiem każdego z nich. Niepokoiłoby mnie jedynie, gdyby oboje dążyli do zupełnego usunięcia tego wymiaru, np. żądając duchowych zwierzeń lub siląc się na nie. Zawsze, jak w przypadku tej modlącej się razem pary, jest margines tylko dla Boga i on wynika z samej natury człowieka, poczętego w tajemnicy i ukryciu syna Boga. Ten margines bywa różny i to jest według mnie zależne od czynników sytuacyjnoindywidualnych. Znam wspaniałe małżeństwo: on w Opus Dei, ona we fraterni świeckich dominikanów. Także małżeństwa „różnosilnie” wierzące. Bywają i nie można im powiedzieć, że są „do luftu”, bo mogą być niezwykle sobie oddane…

Wiadomo także o specyficznej męskiej duchowości, nieco jakby kapłańskiej (kapłan Kościoła a kapłan rodziny jako Kościoła domowego) rozgrywającej się ściśle między mężczyzną a Bogiem i mało z niej wypuszczającej na światło dzienne, nawet ukochanej żonie – bynajmniej nie z potrzeby jej samolubnego celebrowania, lecz z niemożności wypowiedzenia, z intymności z Mistrzem. Józef Czapski w eseju poświęconym twórczości Marcela Prousta pisze:

Jest ustęp w Annie Kareninie, w którym czytamy, jak Lewin stoi nocą na tarasie domu i po długiej męce zdobywa wiarę w Boga i w miłosierdzie Jego, jest szczęśliwy. W tej chwili przychodzi jego żona i pyta, czemu jest smutny. Lewin, najlepszy kochający mąż, kładzie czuły pocałunek na jej czole, ale nic nie mówi jej o swym wielkim szczęściu.

Panie Zbigniewie, skoro „protokołujemy” i podsumowujemy, dziękuję z serca za:

1. ukazanie codzienności jako najnaturalniejszej przestrzeni naszego uświęcenia,

2. akcent postawiony na „razem”, bo – choć nie stawiam go sama tak silnie – widzę, że w czasach kultu indywidualizmu w małżeństwie i nie tylko, w czasach kryzysu małżeństwa jako wspólnoty, rozwodów – pokazał Pan temu światu, że można pięknie iść razem do Boga, to takie ważne i cenne!!!

 Kończę głęboką nocą, sama nie sądziłam, że tak się rozwinę. Być może senność uczyniła wywód chaotycznym.

Pozdrawiam

Małgorzata W.

Odtąd jedno, choć nadal dwoje

5. Pani Małgorzato,

Jak tu odpowiedzieć, skoro zgadzam się i nie zgadzam jednocześnie z tym, co Pani pisze. Może kłopot polega na tym, że Pani pisze o jedności na poziomie filozoficznym, a ja o wspólnocie na poziomie duchowości?

Wspólnota Pani i mojego myślenia jest jednak dla mnie oczywista. Warto ją światu pokazać. Myślę, że do publikacji trzeba te nasze myśli ułożyć w formie dialogu. Bo ścisłego protokołu zbieżności i rozbieżności chyba nie damy rady napisać.

zn

6. Panie Zbigniewie,

To może postawmy sobie jeszcze nawzajem najważniejsze pytania?

mw

7. Pani Małgorzato,

Ja bym przede wszystkim chciał Panią prosić o odpowiedź, z jakimi moimi stwierdzeniami Pani polemizuje. Cały czas – pomimo widocznego zbliżenia i lepszego zrozumienia – mam bowiem wrażenie, że wyczytuje Pani w moich publikacjach coś, czego tam nie ma (pisałem o tym w mojej odpowiedzi w styczniowym numerze „W drodze” 4 ). Krótko mówiąc – zgodnie z zasadą średniowiecznych polemik – prosiłbym o streszczenie poglądu, z jakim Pani polemizuje, w taki sposób, żebym ja się zgodził z tym streszczeniem. Albo o wykazanie, że w Parami do nieba twierdziłem coś innego, niż twierdzę obecnie, bo to też możliwe. Tyle chyba co do protokołu rozbieżności.

Chętnie bym też zadał Pani pytanie, jak Pani rozumie jedność małżonków. Moje myślenie o małżeństwie polega na tym, że poważnie traktuję na przykład:

– biblijne słowa „już nie będą dwoje, lecz jedno ciało” (wiadomo skądinąd doskonale, że w stwierdzeniu „jedno ciało” nie chodzi tylko o jedność cielesną);

– Wojtyłowe piękne zdanie, często obecnie cytowane na zaproszeniach ślubnych: „Nowi ludzie – Teresa i Andrzej – dotąd dwoje, choć jeszcze nie jedno; odtąd jedno, choć nadal dwoje” (biorę fragment z dramatu Przed sklepem jubilera, bo prostszym językiem wyraża to, o czym ten sam autor pisał w dziełach filozoficznych);

– sakramentalną obecność Chrystusa w więzi małżeńskiej (Jan Paweł II pisze w Familiaris consortio 13 o „komunii dwojga” jako pierwszym i bezpośrednim skutku sakramentalnego małżeństwa).

Traktuję te stwierdzenia nie jako poezję, lecz jako opis misterium małżeństwa i zaproszenie do tego, by małżonkowie czynili pogłębianie więzi małżeńskiej priorytetem swojej duchowości. Małżeństwo staje się bowiem najważniejszym wymiarem naszej ziemskiej wędrówki (cytując Wojtyłę: „odtąd jedno”).zupełnie oczywiste jest, że to nie narusza osobnego bytu obojga małżonków („choć nadal dwoje”). Podobnie jak oczywiste jest, że ostateczną tęsknotą człowieka jest Bóg („bo człowiek nie przetrwa w człowieku bez końca i nie wystarczy człowiek” – też z Przed sklepem jubilera).

Serdecznie pozdrawiam i do kolejnego przeczytania albo usłyszenia.

Zbigniew Nosowski

Najintymniejsza więź

8. Drogi Panie Zbigniewie,

Sądzę, że moja odpowiedź na pierwsze pytanie, dotyczące przedmiotu polemiki, przeobrazi się w pytania do Pana.

A. Mój zasadniczy sprzeciw dotyczy pojęcia „wspólnej duchowości” (w sensie najdosłowniejszym) par małżeńskich; polemizuję tutaj z tezą proklamującą potrzebę przede wszystkim wspólnego dialogu pary małżonków z Bogiem, z traktowaniem modlitwy indywidualnej jako drugoplanowej czy „pobocznej”. Mój niepokój budzi uznanie za możliwe przedłożenie „wspólnej duchowości” nad „osobiste starania o uświęcenie”. Podobnie – rozpatrywanie małżeństwa jako monolitu, a nie indywidualnego przeżywania go przez każdego z małżonków.

Duchowość w sensie najdosłowniejszym uważam za synonim duchowego życia: wewnętrzną i najintymniejszą więź, trwającą i jak żywa woda bijącą poza słowami, w ciszy mojego najgłębszego sanktuarium. Tu się toczy dialog obejmujący wszystkie porywy i natchnienia teraźniejszości, zaułki najdalszych, bo wewnątrzłonowych wspomnień i obrazów wczorajszych, w pewnym sensie moje jutro, widziane przez Boga, na które już dziś mnie zaprawia w sobie wiadomy sposób. Duchowość to moje wewnętrzne cierpienia, lęki i westchnienia do Boga kierowane. To ocean zakrytej dla mnie – o mnie – wiedzy: ten apokaliptyczny „kamyk”, na którym w niebie otrzymam imię nowe, najprawdziwszą i pełną tożsamość.

To, co stanowi meritum duchowego dążenia i ostatecznie decyduje o moim uświęceniu, jest właśnie osobiste i dla innych nawet niewidoczne – wszystkie intencje i czyny moralne, i te wobec małżonka, i starszej ciotki, i pana napotkanego za ladą w sklepie, i wobec lata niewidzianej koleżanki, o której jakkolwiek myślę, w których dyskretnie uczestniczy On. Oto „oko Boga” położone w głębi mojej duszy. Czy i jak mogłabym dzielić się tym wszystkim z jakimkolwiek człowiekiem?

B. Sakrament małżeństwa według nauki Kościoła katolickiego, odzwierciedlonej w prawie kanonicznym, jest czasowy, właściwy doczesności. Niepokoi mnie zatem teza o wspólnym rozliczaniu małżonków na sądzie i „duszach zrośniętych”, które poza horyzontem śmierci „nadal pozostają złączone”: nie odpowiedział Pan na pytanie dotyczące małżeństw zawieranych przez wdowy i wdowców oraz na prośbę o weryfikację powyższej tezy w obliczu sytuacji, gdy mąż ginie krótko po ślubie, żona natomiast przeżywa dalsze 2/3 życia w samotności 5. Pani Monika Waluś pisała o trwaniu małżeństwa i innych sakramentów w królestwie niebieskim. Tymczasem ja mogę się jedynie zgodzić z ich skutkowaniem: wszak namaszczenie chorych czy sakrament pokuty trwać (na szczęście) nie będą, lecz wniosą skutki dla nieba. Czy naprawdę przenosi Pan sakrament przez granicę śmierci i sądu?

W tekście Mniejsza świętość? Większa świętość? z majowego „W drodze” wspomniałam o moich zapatrywaniach: choć sakrament i oddanie wyłączne ustanie ze śmiercią, nic z naszych małżeńskich miłości uronione nie zostanie; oddanie właściwe małżonkom zostanie rozpowszechnione na wszystkich.

C. Kolejna poważna wątpliwość dotyczy tezy „Zbaw duszę swoją”. Ja także twierdzę, że mamy zabiegać o zbawienie męża, dzieci i innych jak najżarliwiej! Niewątpliwie pytanie o mój udział w ich zbawieniu zobaczę w oczach Miłosiernego na sądzie. Jednak pytam, czy sądzi Pan, iż żona ma (mocą sakramentu) moc zbawić swą modlitwą męża, który aktem woli pozostaje Bogu przeciwny? Ja uważam, że nie. Jej modlitwa może dokonywać cudów w sytuacjach dziejących się wokół niego, może zapraszać Ducha do jego serca, może przynosić na niego pokój. Jednak woli nie sięgnie, gdyż wola, obok rozumu, to nienaruszalna godność obrazu Bożego w człowieku. W tym znaczeniu owa żona może zbawić tylko siebie, gdyż „dostęp” ma tylko do swojej duszy. Tymczasem napisał Pan w Parami do nieba: „Z istoty małżeństwa wynika, że nie może istnieć szczęście (także świętość) jednego małżonka pojedynczo” (s. 175) – zdanie to zdaje się oznaczać, iż świętość, a zatem i zbawienie jednej strony automatycznie dotyczy drugiej. Czy rzeczywiście tak Pan rozumie jedność małżeńską?

Wreszcie Pańskie pytanie, jak rozumiem „jedno ciało” i jedność małżeńską. Rzeczywiście oscylujemy wciąż pomiędzy różnymi poziomami analizy: metafizycznym, z odrębnością osoby, moralnym, z komunią miłości i teologicznym, z łaską nadprzyrodzoną. Choć różne – są one niesprzeczne; choć wykraczają poza siebie, wzajemnie każdy umacniają.

Pisze Karol Wojtyła w Miłości i odpowiedzialności o tym niesłychanym paradoksie, że dwie osobne, nieprzekazywalne osoby, które bytowo nie mogą być posiadane przez nikogo, oddają się sobie nawzajem w darze, wydają się niejako „na własność”. To, co niemożliwe w porządku natury bytowej, okazuje się możliwe w porządku moralnym! Dar ten nie znosi ich osobności, lecz dzięki osobności (rozumu, woli) jest możliwy. Małżonkowie oddają się sobie nawzajem i pragną dzielić wszystko, choć w porządku natury podzielić się wszystkim nadal nie mogą. Jednak to, że chcą, naznacza ich wewnętrzny, „osobny” świat tym intencjonalnym włączeniem w jego przestrzeń osoby małżonka; tak, że modląc się, trwając w swoim wewnętrznym sanktuarium, nie powinni o nim zapominać.

Oprócz tych dwóch wymiarów, ontycznego i moralnego, jest jeszcze nadprzyrodzony: łaska sakramentu małżeństwa. Pisze Pan, że kresem jest Bóg – ostateczną tęsknotą. Myślę, że i kresem, i początkiem. Łaska sakramentu uzdalnia do złożenia tego daru z siebie małżonkowi, ale choć swoją mocą czyni z nich jedno (jako zdolnych do pełnej miłości i w tym znaczeniu uno caro, jedno ciało), to do każdego z nich, ze względu na wymiar metafizycznej osobności, musi przyjść osobno i indywidualnie (pisał o tym na początku naszej polemiki o. Tomasz Wytrwał OP 6 ). Mocą sakramentu oboje uosabiają miłość Chrystusa i Kościoła, zatem zdolni są nawet za siebie nawzajem umierać. Każde z nich musi jednak indywidualnie na tę łaskę się otwierać i każde otrzymuje ją sam na sam z Bogiem i od Boga. Łask i sakramentów nie otrzymuje się razem, gdyż każdy z nich musi być opatrzony wolą poszczególnej osoby. Uno caro nie znaczy zatem jeden byt. Znaczy: jedna miłość nabudowana na dwóch relacjach z Bogiem i dwóch „tak”.

Te trzy wymiary są zatem spójne. Oddanie się oblubieńcze nie oznacza dzielenia z małżonkiem tej duchowości, którą nazywam „najgłębszą”, a która jest jakby pokłosiem cechy odrębności bytowej (taki postulat odnajduję w Pana negatywnych ocenach „osobistych starań” czy „indywidualnego przeżywania związku”). Uno caro – jest służbą i darem konstytuującym głębokie zjednoczenie i możliwym mocą sakramentu, a nie wywnętrzaniem się drugiemu do granic możliwości.

Kończąc, myślę sobie, Panie Zbigniewie, że Pańskie tezy płyną z lęku przed nadmiernym indywidualizmem małżonków, tak (boleśnie) częstym współcześnie. Moje tezy – z niepokoju o związki nadmierne i toksyczne, czyli takie, w których małżonkowie chcą sobie zupełnie wystarczać i dzielą się wszystkim, żądają zupełnego wydania się i otwarcia, czynią z siebie nawzajem substytuty miłości Boga, a Boga do serc nie zapraszają. Nawet wierzący małżonkowie zauroczeni pięknem ich ludzkiej miłości i uśpieni doraźnym „dociepleniem” uczuciowym, które ona daje, przestają tęsknić za Bogiem, usiłują sobie wystarczać, zaniedbują modlitwę – wciąż przyklejeni do siebie, spędzający razem czas, zaborczy, żądający najintymniejszych zwierzeń. Notabene cierpi na tym nie tylko relacja z Chrystusem, lecz także ich własna. Wielu zapomina, że małżonek nie zapełni „miejsca Boga” w ich sercu i dziwi się, że, jak pisze Nouwen, „szczerość bez granic” rodząca łatwe zwierzenia i puste pogawędki spłyca ich miłość (bo nie ma przestrzeni na samotne i samodzielne kształtowanie, z Bogiem, ciekawej i pięknej tożsamości); że jednak bywa im często smutno i źle z winy współmałżonka. Wtedy płyną, prócz łez, oskarżenia, żale, fala wzbiera ku rozwodowi, a potem próbom kolejnych związków, w których – nic nie wiedząc o tym – Boga szukają. Stąd też najważniejszym tematem, pośród całego cyklu spotkań, jakie prowadzę rokrocznie dla studentów DA nt. miłości – dotyczących różnych aspektów małżeńskiego „razem” – jest Dobra Nowina o wzajemnej niewystarczalności małżonków. Dobra Nowina, bo jeśli jest źle, jest Bóg. I należy się nastawić, że najgłębszą tęsknotę może spełnić On, by nie absolutyzować naszej relacji i nie oczekiwać raju na ziemi, a bóstwa od człowieka.

Dlatego ja nie boję się indywidualizmu tak bardzo, jak nadmiernego przywiązania do człowieka, które stłamsi moje upragnienie Boga i usłyszenie Bożego upragnienia mnie. A tylko On jest przy mnie, gdy „we wnętrzu ziemi powstaję”, gdy przyjmuję Go w Komunii, gdy umieram. Powołania opisane w Piśmie także dokonują się indywidualnie.

Dochodzi 5 rano. W dzień Synek (ma już wakacje od przedszkola) pochłaniał mnie, do późna porządki domowe… Stąd taka pora pisania. Już ptaki ćwierkają i jasno zupełnie.

Proszę zatem o westchnienie o siły w tym jutrze… dzisiejszym, intensywnym dniu.

Dobranoc. MW

PS Pozdrowienia dla Małżonki.

PS 2. Czy toczy się gdziekolwiek na łamach polemika, której strony darzą się taką sympatią? ?

Komunia dwojga

9. Droga Pani Małgorzato,

Dziękuję za PS 2. Trafna uwaga… ? I od razu nawzajem – pozdrawiam Męża!

Gdybyśmy rozmawiali, to powiedziałbym, że z ust mi Pani wyjęła pewne słowa. Ale skoro korespondujemy, to nie wiem, co napisać: spod palców mi to Pani wyjęła?

Chodzi mi o końcowe podsumowanie, czego Pani się obawia, a czego ja. Tu mamy rzeczywiście wrażliwość nastawioną na zdecydowanie inne niebezpieczeństwa. Pani przestrzega przed nadmierną koncentracją małżonków na sobie, która nie pozostawia w ich miłości miejsca dla Boga. Ja natomiast za dużo większe zagrożenie uważam współczesny indywidualizm w myśleniu o relacjach międzyludzkich i nie chcę, aby panował on także w duchowości chrześcijańskiej. Całe szczęście, wzajemnie zdajemy sobie sprawę z istnienia także tych zagrożeń, o których mniej piszemy. Ja przecież pisałem w jednym z ostatnich akapitów książki Parami do nieba o realnym niebezpieczeństwie „traktowania małżeństwa jako rzeczywistości totalnej, wszechogarniającej. Tymczasem dwie osoby stają się w małżeństwie jednością, ale też pozostają sobą. Za swoją – nawet wspólną – drogę uświęcenia ponoszą odpowiedzialność także indywidualnie” 7.

Dziękuję, że tak obszernie odpowiedziała Pani na moje pytania. Dzięki temu chyba wreszcie zrozumiałem, na czym polega problem, gdy się nie zgadzamy. Chodzi o rozumienie duchowości. Używamy tego pojęcia w różnych znaczeniach. Dla Pani duchowość to „wewnętrzna i najintymniejsza więź człowieka z Bogiem” i, jako taka, musi ona być osobista. Owszem, tak rozumiana więź z Bogiem jest unikalna w przypadku każdego z nas i musi być indywidualna. Z tym że ja nie nazywałbym jej duchowością, lecz więzią mistyczną, która jest najgłębszym źródłem wielopłaszczyznowej duchowości człowieka.

Nie ograniczam bowiem pojęcia duchowości tylko do bezpośredniego kontaktu człowieka z Bogiem. Wielokrotnie pisałem, że duchowość chrześcijańska

to pewien – swoisty, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju, charakterystyczny dla danego człowieka – sposób życia Ewangelią i styl zjednoczenia z Bogiem. Każdy z nas ma więc trochę inną duchowość. Czasem świadomie ją kształtujemy, czasem przeżywamy ją niejako intuicyjnie, nieświadomie. Ważne w tym spojrzeniu jest założenie, że nasza duchowość wyraża się nie tylko poprzez modlitwę, akty pokuty czy uczynki miłosierdzia, lecz poprzez całe nasze życie. Wszystko może być wyrazem naszej duchowości – bo wszystko może wyrażać, umacniać, utrwalać i pogłębiać naszą więź z Bogiem; ale też wszystko może ją osłabiać i nadwerężać 8.

Tak rozumiana duchowość może być wspólna, jeśli odwołuje się do wspólnego powołania, a tak jest (przede wszystkim!) w małżeństwie, które jako wspólnota dwóch osób ma być odzwierciedleniem Wspólnoty Osób Boskich. W sakramencie małżeństwa – jak trafnie wyraził to o. Ksawery Knotz„Chrystus wcielił się w więź małżeńską” 9 W ramach naszych polemik na przykładzie praktyki życia trafnie pokazali to Agata i Krzysztof Jankowiakowie w majowym numerze „W drodze” 10.

Parami do nieba pisałem, że „do duchowości małżeńskiej należą nie tylko »praktyki pobożne«, lecz wszystko, co pozwala wyrażać, umacniać i pogłębiać wzajemną więź małżonków – i dzielenie się codziennymi obowiązkami, i erotyka; i wspólne »marnowanie czasu«, i wspólna modlitwa” 11. Mam wrażenie, że Pani ma oczywiście świadomość wielkiego znaczenia budowania więzi małżeńskiej, ale traktuje to Pani bardziej w kategoriach czysto ludzkich, nie uznając tego za przejaw duchowości, nie widząc w tym miejsca dla Bożego działania. Czy dobrze wnioskuję?

Takie rozumienie sakramentu małżeństwa jest jak najbardziej zgodne z nauczaniem Jana Pawła II. Pisał on w Familiaris consortio 13 [podkreślenia moje – ZN]:

Zaślubieni, jako małżonkowie, uczestniczą w nim we dwoje, jako para, do tego stopnia, że pierwszym i bezpośrednim skutkiem małżeństwa (res et sacramentum) nie jest sama łaska nadprzyrodzona, ale chrześcijańska więź małżeńska, komunia dwojga typowo chrześcijańska, ponieważ przedstawia tajemnicę Wcielenia Chrystusa i tajemnicę Jego Przymierza. […] Miłość zmierza do jedności głęboko osobowej, która nie tylko łączy w jedno ciało, ale prowadzi do tego, by było tylko jedno serce i jedna dusza.

W świetle tych słów powątpiewałbym także w stwierdzenie, które Pani – i o. Tomasz Wytrwał – podają jako pewnik: że sakramentu małżeństwa udziela się nie parze, lecz dwóm osobom oddzielnie. Co w ogóle znaczy „udziela się”, skoro to oni sami są szafarzami tego sakramentu? Oczywiście, ich osobiste relacje z Bogiem są tu pierwotne i bez nich nie byłoby sakramentu, ale co dalej? Co znaczy, że – jak pisze Jan Paweł II – uczestniczą w sakramencie „we dwoje, jako para”? Co znaczy, że miłość „prowadzi do tego, by było tylko jedno serce i jedna dusza” 12?

Pewnie musielibyśmy odbyć odrębną długą debatę, czy podczas zawierania sakramentu małżeństwa mamy po prostu do czynienia z dwoma odrębnymi „sam na sam z Bogiem” (jak rozumiem, tak twierdzi Pani i o. Wytrwał), czy też raczej sakrament ten sprawia, że z dwóch „sam na sam z Bogiem” rodzi się wspólna relacja pary małżeńskiej z Bogiem, trwale określająca duchową tożsamość ich obojga. Ta sprawa – jak zresztą wiele innych w mocno zmieniającej się w ostatnich dziesięcioleciach refleksji Kościoła o małżeństwie – zdecydowanie wymaga, moim zdaniem, dalszej refleksji. Ciekawe, że w najobszerniejszej chyba polskiej teologicznej monografii na temat sakramentalnego charakteru przymierza małżeńskiego ks. Czesław Rychlicki pisze: „gdy dwie osoby podejmują decyzję o zawarciu związku miłości i wspólnoty życia, to wybór ten, wyrażony w zgodzie małżeńskiej, stwarza nową rzeczywistość ontyczną, będącą podstawą nieodwołalnego charakteru tego związku” 13 [podkr. moje – ZN].

Pisze Pani, że nie można małżeństwom realizującym inne modele duchowości powiedzieć, „że są »do luftu«, bo mogą być niezwykle sobie oddane”. Ależ ja nikomu nie mówię, że jest „do luftu”. Owszem, koncentruję się na promowaniu myślenia o małżeństwie jako specyficznym, wspólnym powołaniu – jednak nie przeciwko świętości osobistej, lecz po prostu w odróżnieniu od indywidualnej wizji życia duchowego (także małżonków), jaka do tej pory dominuje w Kościele.

Zapewne Pani niezrozumienie mojego stanowiska bierze się z tego, że opisując różne modele świętości i duchowości małżeńskiej, zdecydowanie zalecam jeden z nich. Wielokrotnie jednak podkreślałem, że inne style duchowości i inne drogi uświęcenia prowadzą nie na manowce, lecz też do świętości. Książka Parami do nieba służyła zaś opisaniu – jak brzmi podtytuł – „małżeńskiej drogi świętości”, a nie wszelkich innych możliwych dróg, a tym bardziej ich hierarchizowaniu. Jeżeli zaś uparcie przekonuję do zalet uświęcenia „poprzez małżeństwo”, to dlatego, że ta droga jest najgłębiej małżeńska – bo wspólnotowa, a nie tylko indywidualna. Najpełniej zatem urzeczywistnia głęboką treść sakramentu małżeństwa.

Model duchowości, który określam jako „uświęcenie w małżeństwie” – o ile rozumiem, nieco Pani bliższy – też prowadzi do świętości. Dotyczy jednak poszczególnych osób, nie zaś pary małżeńskiej. Skoro zaś dotyczy on duchowości indywidualnych osób żyjących w małżeństwie, to nie można go określić mianem duchowości małżeńskiej, lecz duchowości dla małżonków – a to jednak istotna różnica.

Nie widzę problemu, jaki stawia Pani w podchwytliwym pytaniu o to, co się dzieje z powołaniem żony po śmierci męża. Nie traktuję przecież małżeństwa jako powołania jedynego i totalnego. Pisałem już o tym, odpowiadając Pani w styczniowym numerze „W drodze”, gdzie podawałem szerszą wizję różnych powołań świeckiego chrześcijanina 14.

Pyta Pani, czy moim zdaniem, żona ma (mocą sakramentu) moc zbawić swą modlitwą męża, który aktem woli pozostaje Bogu przeciwny. Tak samo jak Pani uważam, że nie. Nie wiem zresztą, skąd przypuszczenie, że mogę uważać inaczej. Zbawia przecież nie moc czyjejkolwiek modlitwy (nawet wstawiennictwo Maryi), lecz Boża łaska. Trudno mi natomiast – ale to już inne zagadnienie – wyobrazić sobie szczęście, także wieczne, tylko jednego ze współmałżonków. Tę właśnie myśl – dość niefortunnie, przyznaję – wyraziłem w książce w zdaniu, które mi słusznie Pani wypomniała: „Z istoty małżeństwa wynika, że nie może istnieć szczęście (także świętość) jednego małżonka pojedynczo”.

Pyta Pani, czy przenoszę sakrament małżeństwa przez granicę śmierci i sądu. Niepokoi Panią teza o wspólnym rozliczaniu małżonków na sądzie i „duszach zrośniętych”. Tutaj najchętniej mówiłbym „nie wiem”. Wszystkie nasze wyobrażenia rzeczywistości eschatologicznej są bowiem tylko wyobrażeniami. Chcę powiedzieć właściwie tylko tyle, że gdy stanę po śmierci przed Bogiem, najważniejsze pytanie, jakie usłyszę, będzie dotyczyło nie mojej publicystyki ani innych sfer działania, lecz mojego małżeństwa. I że na to pytanie – w przeciwieństwie do pozostałych – odpowiedzi będziemy z żoną udzielać zapewne i oddzielnie, i razem. Bo – skoro ślubowaliśmy wierną i nierozerwalną miłość – nie da się z Bożej perspektywy mówić o moim życiu bez życia mojej żony, i odwrotnie. Tak jak wiele par małżeńskich (łącznie z błogosławionymi małżonkami Beltrame Quattrocchi) 15nie potrafimy sobie wyobrazić szczęścia wiecznego bez jakiejś formy wspólnoty nas dwojga. Na pewno nas Bóg czymś zaskoczy…

Droga Pani Małgorzato, raz jeszcze dziękuję za zainicjowanie tej dyskusji. Jej dobre owoce są dla mnie oczywiste. Zapewne w sprawach spornych pozostaniemy przy swoich zdaniach. Ale myślę, że mamy już mocną świadomość, że to, co nas łączy, jest dużo silniejsze od tego, co nas różni.

Gorąco pozdrawiam całą Rodzinę i życzę Państwu udanych wakacji. Liczę też na osobiste spotkanie, a wówczas – dokończenie pozostałych wątków dyskusji…

Zbigniew Nosowski

Proroczy wymiar małżeństwa

10. Drogi Panie Zbigniewie,

Po parokrotnym przeczytaniu Pana ostatniego listu doszłam do wniosku, że pewna część moich wątpliwości i obiekcji dotyczących Pana wizji „małżeńskiej duchowości” została definitywnie rozwiana. Jednak zasadnicze pozostały i być może powrócą, gdy będzie po temu miła okazja.

Najpierw zatem to, co do czego nastała pełna jasność.

„Zbaw duszę swoją”: to hasło wywoławcze naszego sporu o to, czy małżonek może zbawić współmałżonka, który, jak się okazało, sporem nie jest. Widać błędnie odczytałam Pana pogląd, co ułatwił mi pan Sikora, który zabierając głos niejako w Pana imieniu (podtytuł: Antropologia Nosowskiego), pisząc o istnieniu takiej możliwości, w tej sprawie okazał się mówić tylko swoim głosem.

„Sąd”. Tu wypada mi się z Panem zgodzić. Małżeństwo jest dla nas, małżonków, zadaniem podstawowym i w aspekcie naszej za nie odpowiedzialności będziemy występować jakoś „razem”. Nie razem w znaczeniu trwania małżeństwa po śmierci (w tym sensie osobno), i nie razem w znaczeniu współodpowiedzialności czy odpowiedzialności łączonej (w tym sensie także indywidualnie); o te dwie kwestie dopytywałam. Jednak jakoś będziemy obecni oboje, bo oboje małżeństwo konstytuowaliśmy. Zgoda! Pytałam trochę w imieniu małżonków parokrotnych, którzy mogli po lekturze poczuć się niepewnie, skoro ich dusze, używając Pana terminu, „zrosły się” z więcej niż jedną osobą.

Nawiążę tu do polemiki ojców Broszkowskiego i Knotza i, przywołując twierdzenie ostatniego (last, but not least), że na ciele osoby nie ma miejsc nieświętych, stosując tę właściwą Ewangelii analogię do ciała, podkreślę, iż nie ma, według mnie, sfer nieświętych w życiu chrześcijanina. Pyta Pan bowiem, czy traktuję więź małżonków jako rzeczywistość czysto ludzką. A niech mnie Bóg broni! Sądzę, iż nasze definicje życia duchowego czy duchowości są tożsame: ja również nie ograniczam duchowości do kontaktu z Bogiem, podobnie jak Pan rozciąga duchowość na całe życie, piszę o wszystkich intencjach, czynach i relacjach (wspominałam wszak pana za ladą w sklepie!). Dla mnie ta „najintymniejsza więź” wybija właśnie w sposobie odnoszenia się do pana w sklepie. Chcę tu zwrócić Pana uwagę, iż wszystkie elementy Pana definicji, podobnie jak i mojej, choć oboje mówimy o całości postaw i życia, są pochodzenia głęboko wsobnego i wewnętrznego:

swoisty, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju, charakterystyczny dla danego człowieka – sposób życia Ewangelią i styl zjednoczenia z Bogiem; każdy z nas ma więc trochę inną duchowość; nasza duchowość wyraża się nie tylko poprzez modlitwę, akty pokuty czy uczynki miłosierdzia, lecz poprzez całe nasze życie. Wszystko może być wyrazem naszej duchowości – bo wszystko może wyrażać, umacniać, utrwalać i pogłębiać naszą więź z Bogiem.

Opisana przez Pana duchowość jest toczka w toczku wciąż osobista i „wewnątrzsterowna”, budowana przez danego człowieka i tylko przez niego, wyrażana całym jego życiem, tj. jego czynami.

Do czego zmierzam? Otóż do mojego sprzeciwu, który się ostał w naszej polemice. Po powyższym opisie duchowości, pisze Pan: „Tak rozumiana duchowość może być wspólna, jeśli odwołuje się do wspólnego powołania”, szczególnie małżeństwa. Obawiam się bowiem, że to wciąż za duży skrót. Opisana przez Pana duchowość, według tej dokładnie przytoczonej przez Pana definicji, wymieniającej same wewnętrzne akty i decyzje poszczególnej osoby – choć dotyczące wszelkich wymiarów egzystencji, także wspólnych czynności małżeńskich – nadal może być kreowana tylko przez każdego z małżonków osobno, nie może być zatem wspólna. Ten „przeskok” wciąż wydaje mi się uproszczony.

Natomiast to, do czego Pan mnie przekonał, to przemożny, wzajemny udział współmałżonków w budowaniu (lub degradacji) życia duchowego każdego z nich. Udział ten to ta sfera, którą wcześniej nazywaliśmy umownie „duchowością w znaczeniu szerokim”, a ja bym wolała określić wszystkim tym, co służy bogaceniu duchowości każdej ze stron. Wyobrażam sobie ją jako pomost pomiędzy dwiema górami. Każdą z nich zamieszkują wspaniałe i barwne zwierzęta, zarastają przebogate rośliny i kwiaty. Z czasem po pomoście zaczynają się piąć ozdobne i wonne rośliny, zwierzęta zaczynają odwiedzać wzajemnie oba wzniesienia… Przyroda po obu stronach staje się coraz bardziej bujna. Mam tu na myśli i wymiar religijny, i codzienny małżeńskiego współistnienia, wszelkie dobre decyzje, do których jedno przekonało drugie; promieniujące świadectwo wiary i dobrego życia, codziennej wielkoduszności; dary sobie wzajemnie składane choćby w wyręczeniu w zmywaniu czy przygarnięciu ramieniem w smutku… Wszystko, co podnosi i buduje mojątwoją tożsamość duchową. Najkrócej mówiąc, werbalny i niewerbalny dialog, służący wzajemnemu wzrostowi. Za ukazanie tego wymiaru mutuum adiutorium jestem Panu naprawdę bardzo wdzięczna.

Kontynuując rozmowę o „jednej duszy i jednym ciele”: w zupełności zgadzam się z tym, co zacytował Pan w przypisie; iż chodzi tutaj o szukanie tak głębokiej jedności, by „chcieć tego samego” i „szukać wspólnoty pragnień i myśli”. Nie mogę jednak wciąż przystać na to, by owa „jedna dusza” oznaczała także jakąś „nową jakość” w znaczeniu duchowym, jak Pan pisze. A to dlatego, że duchowość traktuję nadal indywidualnie, jak pisałam powyżej. Jakie zresztą mogłoby to mieć przełożenie i na konieczność samodzielnego decydowania o sobie w wymiarze moralnym, i na praktyki pobożne – jak pisze Pan w swojej definicji duchowości, każdy człowiek ma indywidualny styl życia Ewangelią, małżeństwo ekstatycznego charyzmatyka i cichej, milczącej adoratorki trudno wyobrazić sobie jako „nową, jedną jakość”. Poza tym w świetle nauki Kościoła sakrament małżeństwa jest rzeczywistością czasową, jednak swoistą drogą osób, a nie ich celem; od samego piękna ich uświęconego odniesienia ważniejsze jest to, że prowadzi ono do Boga. Zatem skoro małżeństwo miałoby tworzyć jakąś nieodwołalną, nową, ontyczną rzeczywistość (jak pisze ks. Rychlicki cytowany przez Pana), czyli nowy byt, byłby on nie tylko nienieodwołalny, ale jak najbardziej przemijający i kruchy… Mówienie o „nowej jakości” czyniłoby z małżeństwa pewien, jakby ostateczny cel, groziłoby jego absolutyzacją. A to tylko narzędzie i droga, życie – cień i chwilka, jak mawiała Mała Teresa, by dojść do Jezusa.

Co do przyjmowania sakramentu przez każdego z małżonków osobno, nie zaś razem, przekonuje mnie konieczność podkreślenia ich indywidualnych aktów woli (wobec przecież możliwości niedojrzałości lub ukrywania nieuczciwych motywacji przez którąś ze stron).

Przepraszam Pana za nieeleganckie rzeczywiście określenie „do luftu”, które przypisałam Pana ocenie małżonków nieżyjących „wspólną duchowością”. Jednak będę się upierać, że w książce wyraźnie hierarchizuje Pan te pary idące razem, i te, które idą jakkolwiek inaczej. Być może odcina się Pan od tego, pisząc, że wszystkie drogi prowadzą do świętości, lecz jednak często krytycznie pisze Pan o drogach równoległych, przeżywanych indywidualnie i o staraniach osobistych. Przytaczałam wychwycone cytaty w pierwszym tekście. Gdy zaś w emailu sugerowałam, byśmy wybór stylu „razemosobno” pozostawili indywidualnym wyborom małżonków, stwierdził Pan iż „to zdecydowanie za mało”, co pokazuje, iż widzi Pan jednak tu potrzebę hierarchii.

Na koniec wrócę do dwóch wymiarów sakramentu małżeństwa, o których napomknęłam w pierwszym tekście. Im bardziej rozwija się nasza polemika, tym częściej myślę, że każde z nas obstaje przy jednym z tych wymiarów. Pierwszy, odpowiadający teraźniejszości: Jezus jest obecny we wszelkich wymiarach małżeńskiego życia; Jego miłość do Oblubienicy – Kościoła płynie utajonym nurtem w miłości małżonków, doskonaląc ich wzajemne oddanie w codzienności. Tu naprawdę należy szukać i spotykać Boga żywego. Już tu jest. On jest w małżeńskiej miłości i codzienności, na wyciągnięcie ręki; najlepiej odnajdywać Go razem – pisze Pan Nosowski, a pisząc tak, wiele mnie nauczył.

Drugi wymiar to proroctwo: czułość oddania świętych małżeństw zapowiada naszą więź z Bogiem w Królestwie; zatem należy czuwać, by serca nasze, choć szczęśliwe i po części spełnione w małżeństwie, „sam na sam” z Bogiem wciąż oczekiwały, wciąż pragnęły i wyglądały Pełni Spotkania z Nim (a w Nim – ze wszystkimi) na końcu czasów; by lampy nie zgasły – jak pisze Henri Nouwen, a za nim Wałejko:

Tajemnica miłości polega na tym, że chroni i szanuje osamotnienie drugiego, tworząc jednocześnie wolną przestrzeń, w jakiej możliwa jest przemiana tegoż osamotnienia w samotność, którą można się dzielić. Możemy umacniać się w niej przez wzajemne poszanowanie, przez rozważny namysł nad cudzą indywidualnością, przez zachowanie dystansu wobec czyjejś prywatności i poprzez pełne uszanowania zrozumienie nienaruszalności człowieczego serca. W takiej samotności zachęcamy się wzajemnie do wkroczenia w ciszę naszego najgłębszego bytu i odnalezienia tam głosu, który wzywa nas, by wyjść poza ograniczenia ludzkiego „przebywania razem” ku nowej komunii osób. W takiej samotności możemy stać się stopniowo świadomi obecności Tego, który obejmuje przyjaciół i oblubieńców i daje nam wolność do wzajemnego miłowania, ponieważ On pierwszy nas umiłował (zob. J 4,19) 16.

Drogi Panie Zbigniewie, dziękuję za to niezwykłe spotkanie, podczas którego nie widząc ani razu wzajemnie swoich twarzy, mogliśmy toczyć głęboki dialog, ucząc się wsłuchiwania w siebie nawzajem z szacunkiem i życzliwością. Z serca Pana oraz Pana szanowną Małżonkę pozdrawiam, życząc wszelkiego dobra.

Małgorzata Wałejko

1 Małgorzata Wałejko, Mniejsza świętość? Większa świętość?, „W drodze” 5 (417) 2008, s. 72–87. 
2 Małgorzata Wałejko, Razem czy osobno?, „W drodze” 1 (413) 2008, s. 54–66. 
3 Janusz Pyda OP, Nie zaczynajmy budować od dachu, „W drodze” 2 (414) 2008, s. 75–86. 
4 Zob. Zbigniew Nosowski, Razem, choć osobno, „W drodze” 1 (413) 2008, s. 67–76. 
5 Monika Waluś, Jeden Pan, jeden duch, jedno ciało, „W drodze” 2 (414) 2008, s. 66–74. 
6 Tomasz Wytrwał OP, Widzialny znak niewidzialnej łaski, „W drodze” 1 (413) 2008, s. 77–81. 
7 Zbigniew Nosowski, Parami do nieba. Małżeńska droga świętości, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2004, s. 222. 
8 Zbigniew Nosowski, Szare a piękne. Rekolekcje o codzienności, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2007, s. 37–38. 
9 Zob. Ksawery Knotz OFMCap, Małżeństwo jako miejsce obecności Boga, „Znak” 618 listopad 2006. 
10 Agata i Krzysztof Jankowiakowie, Świat postawiony na głowie, „W drodze” 5 (417) 2008, s. 98–102. 
11 Parami do nieba, dz. cyt., s. 160. 
12 W tym ostatnim zdaniu zbyteczne wydaje mi się słowo „tylko”. Można je bowiem opacznie rozumieć jako stwierdzenie, że oto istnieje „tylko” para, nie zaś dwoje. Jan Paweł II wyraźnie miał tu zaś na myśli głęboką tęsknotę każdej miłości do tego, by „chcieć tego samego i wspólnie to samo odrzucać […], do wspólnoty pragnień i myśli” (to fragmenty opisu miłości z encykliki Benedykta XVI Deus caritas est 17).
13 Ks. Czesław Rychlicki, Sakramentalny charakter przymierza małżeńskiego, Płocki Instytut Wydawniczy, Płock 1997, s. 342.
14 Zob. Razem, choć osobno, art. cyt., zwł. część „Życie jako powołanie”, s. 70–72. 
15 „Wątek i osnowa są złączone w Bogu tak ściśle, że jedno bez drugiego nie ma racji bytu – nigdy – nawet w wieczności” – pisała Maria Beltrame Quattrocchi po śmierci męża. Zob. jej tekst „Radiografia małżeństwa” w książce Ludmiły Grygiel Świętość dwojga. Pierwsza błogosławiona para małżeńska, Biblioteka WIĘZI, Warszawa 2002, s. 154.  
16 Henri J. M. Nouwen, Od osamotnienia do samotności, przeł. J. Grzegorczyk, „W drodze” 4 (248) 1994, s. 56–57.

Protokół rozbieżności i zbieżności
Małgorzata Wałejko

urodzona w 1977 r. – żona i matka, teolog małżeństwa, doktor pedagogiki, adiunkt w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Szczecińskiego, autorka wielu artykułów o tematyce teologicznej, filozoficznej i pedagogicznej, dominikanka świecka....

Protokół rozbieżności i zbieżności
Zbigniew Nosowski

urodzony 6 listopada 1961 r. – absolwent socjologii na UW i teologii na ATK, redaktor naczelny miesięcznika „Więź” i dyrektor programowy Laboratorium WIĘZI. Wydał Polski rachunek sumienia z Jana Pawła II oraz wspó...